wtorek, 21 marca 2017

"Można absolutnie wszystko". Z Moniką Nitkiewicz i Pawłem Bednarczykiem o teatrze młodzieżowym rozmawiają Monika Błaszczak i Bartłomiej Miernik.


fot. Błąd, Teatr Notoco z Kraśnika


Monika Błaszczak: Czym tak właściwie jest teatr młodzieżowy, co jest dla niego charakterystyczne?

Paweł Bednarczyk: Jego istotą jest niedoskonałość. Teatr młodzieżowy to „teatr amatorski” – czyli z zasady tworzony przez amatorów – i w tym cały jego urok. Nie jesteśmy podpięci pod żadną linię programową, nie mamy dyrektora teatru, który by nam coś narzucał. Do teatru ciągnie nas pasja.

Bartłomiej Miernik: A pamiętajmy, że amator to z łaciny miłośnik – od słowa kochać: amo, amare. To tak naprawdę niezwykle pozytywne słowo i bardzo chciałbym, żeby wszyscy tworzący sztukę byli amatorami. Miłośnikami.

M.B.: Jak wygląda dobry spektakl teatru młodzieżowego?
Monika Nitkiewicz: Przede wszystkim mówi o problemach, które młodzież sama sobie wybrała do opracowania. W naszym kraśnickim teatrze NOTOCO mamy spektakle autorskie, więc nie musimy się do niczego dostosowywać, tylko po prostu sami układamy przedstawienie od początku do końca. Wtedy spektakl jest o tym, co nam w duszy gra, co młodzież sama chce przekazać, co ją nurtuje, co boli, z czym się zgadza lub nie.
M.B.: Często podkreśla się, że teatry młodzieżowe powinny poruszać właśnie problematykę młodzieżową.
P.B.: Poniekąd tak, chociaż często jest to błędnie interpretowane. Ludzie chcą zrobić spektakl kontrowersyjny, o młodzieży zdemoralizowanej, która bierze narkotyki, pije, jest agresywna i tak dalej. Zdarzają się wyjątki, natomiast najczęściej twórcy takiego przedstawienia mają tendencję do nienaturalnego dociskania, wyjaskrawienia tematu. No bo nie oszukujmy się, ostre narkotyki nie są problemem, z którym większość młodych ludzi styka się na co dzień. Uważam natomiast, że scena jest doskonałym miejscem do wypowiedzi dla młodych, którzy często mają może słabszy kontakt z rodzicami, przeżywają okres buntu, w szkole też nie mają okazji do wyrażenia siebie. Właśnie dlatego bardzo dobrze wspominam moje liceum, bo było tam miejsce, w którym mogłem otwarcie powiedzieć, co mnie rusza, jaki mam problem: scena.
M.N.: Moja grupa porusza czasami dosyć kontrowersyjne tematy. Zawsze na przeglądach teatralnych miałyśmy dyskusje z jurorami, którzy pytali, co takie niewinne dziewczynki wiedzą na temat pobytu w poprawczaku. Nie, nie były w poprawczaku, ale spotkały koleżankę, która była – i to je w jakiś sposób dotknęło. Nie zgadzam się, że teatr młodzieżowy musi być tylko o tym, czego młodzież doświadczyła bezpośrednio.
M.B.: Jak wygląda wasza organizacja pracy przy spektaklach?
M.N.: Jestem nie tylko instruktorką teatralną w domu kultury, ale też nauczycielką w szkole – i przez kilka lat prowadziłam tam teatr. Moim zdaniem ciekawiej pracuje się z młodzieżą w domu kultury, bo tam uczęszczają osoby, które naprawdę chcą coś zrobić, a w szkole często jednak dzieciakom zależy po prostu na ocenie. Chociaż tworzenie spektaklu z klasą to też jest fajne doświadczenie, nawiązuje się wtedy zupełnie inną relację z młodzieżą, nie taką nauczyciel–uczeń.
P.B.: W zeszłym roku zrobiłem dwa spektakle. W jednym – Pęd – występowałem tylko jako reżyser, a w drugim – Drabina – również zagrałem. Ten drugi robiłem z ludźmi, z którymi dobrze się znałem, więc nie było między nami relacji wyższości. W przypadku tego pierwszego okazało się jednak, że umiejscowienie reżysera w teatrze amatorskim jest bardzo trudne, bo trzeba znaleźć balans między zabawą i pewnymi zasadami, których nie można łamać. Od najmłodszych osób byłem starszy o dwa lata i momentalnie się z nimi zakumplowałem, więc próby zaczynaliśmy od tego, że sobie po prostu rozmawialiśmy, śmialiśmy się… Bardzo trudne było wtedy wprowadzenie dyscypliny i wejście na scenę. Czasem to zajmowało godzinę. Jednocześnie wiedziałem, że jest to potrzebne, bo absolutnie nie chciałem występować w roli złego pana, który stoi ponad nimi. Zabawna sytuacja, bo miałem wówczas przeprowadzić warsztaty pantomimiczne, żeby wyłonić osoby, z którymi zrobię spektakl. Ale w szkole zapowiedzieli mnie przez radiowęzeł: „Warsztaty poprowadzi pan Paweł Bednarczyk”. Pomyślałem, że to jest przecież jakaś katastrofa, bo ludzie dojdą do wniosku, że przyszedł do nich jakiś pan aktor – a ja byłem w trzeciej klasie, byłem ich kolegą! Zdawałem sobie sprawę, że ja sam się jeszcze uczę. Chociaż jednocześnie raz na jakiś czas musieli się mnie posłuchać. Podpisujemy się pod tym, słabej rzeczy nie będziemy pokazywać, musimy mieć przekonanie, że to, co zrobiliśmy, jest dobre.
B.M.: To przekonanie czasem bardzo przeszkadza w wysłuchaniu uwag. Jako juror takich przeglądów miałem często przypadki, że bardzo delikatne moim zdaniem uwagi powodowały awanturę albo totalne zamknięcie się w sobie.
P.B.: Tak, ale musimy wyjść na scenę ze świadomością, że to, co zrobiliśmy, jest dobre, bo inaczej nam słabo pójdzie i widz to wyczuje. A w teatrze widz odgrywa znaczącą rolę. To dla niego wychodzimy przecież na scenę.
M.B.: Kim jest ten widz? Dla kogo robicie spektakle?
B.M.: Czy przypadkiem żywot takiego przedstawienia nie kończy się po kilku pokazach dla rodziny i znajomych – oraz trzech festiwalach teatralnych w województwie?
M.N.: Jak grupa już istnieje parę lat, to pojawia się niebezpieczeństwo, że zaczyna się robić spektakle pod przegląd. Po iluś festiwalach zna się już opinie jurorów i zespół zaczyna kombinować, jak się przypodobać. Ale odbiorcą jest przede wszystkim rówieśnik danej grupy. Robimy to też dla siebie, bo sama praca nad spektaklem jest już fajnym procesem. Na koniec roku spektakl umiera, czasami zmienia się skład grupy, czasami spektakl grającym się zwyczajnie nudzi.
P.B.: Nie jest się uwiązanym. W teatrze dyrektor powie, że spektakl zagramy sto razy, więc gramy. Od tego w teatrze młodzieżowym trzeba uciekać. W Panopticum jeden spektakl zagraliśmy piętnaście czy osiemnaście razy i błagaliśmy już, żeby go zmienić, na co pan Wojtas mówił: „Ale to się podoba”. A my odpowiadaliśmy: „Ale nam się nie podoba”. Myślę, że głos przeważający powinien należeć w takiej sytuacji do grupy. Dlatego repertuar teatrów młodzieżowych zmienia się dość często.
B.M.: A co, kiedy wasze propozycje rozmijają się z oczekiwaniami publiczności? Jeśli w spektaklu padają wulgaryzmy, a występujecie przed publicznością mam, cioć, babć, to podejrzewam, że część widowni może to zaskoczyć. Czy teatr młodzieżowy jest pruderyjny? Czy nie jest nazbyt zachowawczy?
P.B.: Jak się wychodzi na scenę, to trzeba wiedzieć, że można tam zrobić absolutnie wszystko, ale trzeba też umieć uzasadnić, dlaczego się to zrobiło. Brak balansu między tymi dwiema zasadami powoduje, że teatr jest albo zbyt zachowawczy, albo zbyt dociśnięty, i to czuć.
M.B.: Młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy, że pewne rozwiązania wyglądają po prostu sztucznie, bo nie oglądają innych spektakli. Nie wiedzą, skąd czerpać inspiracje.
B.M.: Młodzież jak młodzież, ale instruktorzy nie wiedzą. Obejrzałem zastraszającą ilość spektakli młodzieżowych autorstwa instruktorów, którzy mają jedynie jakieś wyobrażenie o współczesnym teatrze. Estetyka przełomu lat 80. i 90. w wydaniu aktorów nieprofesjonalnych, pokazywana w 2017 roku, staje się synonimem piekła. Oglądałem na przykład Pana Tadeusza przepisanego na hip-hop, zrobił go pięćdziesięcioletni pan, który uważał, że my – jurorzy – się go czepiamy, bo on przecież zrobił to bardzo współcześnie. Najgorzej, kiedy właśnie nie ma tej inspiracji, instruktorzy nie czytają, nie oglądają, tylko „robią teatr”.
M.N.: Trzeba przede wszystkim pokazywać młodzieży jak najwięcej. Jak jesteśmy na przeglądzie, to każę moim dziewczynom oglądać wszystko. Nie zawsze jest możliwość, żeby młodzież zawozić do teatru, ale staram się, żeby jak najwięcej teatru przyjechało do nas. Bo teatr nie bierze się z próżni. Młodzież nie będzie się rozwijać, jeśli ktoś nie popchnie jej w odpowiednim kierunku, trzeba ją troszeczkę nakierować.
M.B.: Mówiliśmy, że w teatr młodzieżowy jest wpisana niedoskonałość. Jak więc oceniać te nie najlepsze spektakle? Szczerze krytykować, czy jednak docenić, że młodzi ludzie poświęcili swój wolny czas na zrobienie czegoś twórczego?
P.B.: Ja generalnie nie uznaję czegoś takiego jak „docenianie starań”. Mojej grupie powiedziałem na samym wstępie, żeby przed krytyką nie zasłaniali się tym, że „się napracowali”. Można się napracować i robić przez pół dnia ciasto, ale jak się jest słabym cukiernikiem, to wyjdzie zakalec. Może jak dziecko ma 5–6 lat, to jego mama zje tego zakalca i powie „Pyszne, bo się postarałeś”, ale generalnie to ciasto ma być przecież smaczne.
B.M.: No właśnie, ale czy przypadkiem tą szczerą krytyką nie możesz kogoś zamknąć, oddalić od teatru?
M.N.: Daleka jestem od tego, żeby komuś robić krzywdę. Źle bym się czuła, gdyby ktoś mi powiedział: „Jesteś do kitu”. Jako instruktor muszę tak pokombinować, żeby dziecko poradziło sobie ze swoim zadaniem. Kiedy robiłam spektakl w klasie, to wszyscy chcieli wziąć w nim udział, żeby dostać piątki, ale niekoniecznie każdy chciał występować na scenie – więc niektórzy robili dekoracje, obsługiwali sprzęt. Każdy czuł się potrzebny i nie robił tego, czego nie lubi robić. Miałam kiedyś w grupie teatralnej dziewczynkę z fatalną wadą wymowy, nie wymawiała jednej głoski, ale dobrze się bawiła na scenie, więc zmieniałam jej kwestie tak, żeby tej głoski w nich nie było.
B.M.: To też pytanie, na ile jesteśmy instruktorami, a na ile pedagogami, psychologami, powiernikami. Mam wrażenie, że trochę też zdejmujemy z młodzieży blokady, pomagamy osobom, które mają problem z otwartością w życiu prywatnym.
M.N.: Mam grupę, z którą pracuję już siódmy rok. Dziewczyny zaczynały, jak były w czwartej klasie, teraz są w drugiej liceum. Jedna z nich powiedziała mi: „Jejku, to pani jest z nami już przez większość naszego życia”. Po tych osobach bardzo widać rozwój – a to jest chyba najważniejsze w takiej grupie teatralnej. Dzieci stają się inne, rozkwitają na scenie. Teatr bardzo dużo daje, jeśli chodzi o rozwój osobisty młodego człowieka – bo to, co robi na scenie, przekłada się na to, co robi w życiu. A to, czy ktoś zostanie aktorem, czy nie, to sprawa drugorzędna.


Monika Nitkiewicz – nauczycielka, instruktorka, reżyserka, prowadzi Teatr NOTOCO w Centrum Kultury i Promocji w Kraśniku.
Paweł Bednarczyk – student dziennikarstwa UW.

Monika Błaszczak – studentka edytorstwa KUL.

Druk w numerze 3/2017 lubelskiej gazety teatralnej Proscenium

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz