piątek, 17 czerwca 2016

„Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, reż. Elżbieta Depta, Teatr im. Żeromskiego w Kielcach (premiera: 14 maja 2016 r.).

fot. Krzysztof Bieliński

Pomysł goni pomysł

Niełatwy to tekst. Mocny, intensywny reportaż. Adaptacja i przeniesienie go na warunki sceniczne również wydają się nieproste. Swietłana Aleksijewicz wprowadza bowiem w swojej książce pewną meliczność, do znudzenia wręcz wypytuje bohaterki o czas drugiej wojny światowej. To, że po tylu latach zaczęły wreszcie mówić o tym, jak wyglądała wojna ich oczami, jakie dantejskie sceny się toczyły na tyłach frontu, jest najmocniejszą cechą tego reportażu.

Kielecki spektakl cierpi na jedna poważną chorobę: chwiejną ścianę nośną, na której ledwie trzyma się cała dramaturgiczna konstrukcja. Oto mianowicie realia drugiej wojny światowej adaptatorki Elżbieta Depta (również reżyserka przedstawienia) i Justyna Pobiedzińska postanowiły wykorzystać do opowiadania o dzisiejszych wojnach i kobietach walczących na froncie. Naiwność czy głupota? Głupota w rodzaju dozbrajania dziarskich chłopców z grup rekonstrukcyjnych w karabiny przez ministra obrony narodowej, wierzącego/niewierzącego, że tak powstrzymamy wroga. Powstrzymamy jeśli każdy będzie miał karabin? Serio? W świecie dronów, niewykrywalnych samolotów i głowic atomowych. Bajki dla małych chłopców. Podobną bajkę snują realizatorki w kieleckiej interpretacji.

Spektakl zaczyna się w foyer teatru. Po schodach schodzi kobieta w pięknej czerwonej długiej sukni, zadaje widzom pytania o wojnę. Pytania niekiedy tendencyjne, z tezą. Nie bardzo wiem, po co ta sonda – ot, jeden z wielu pomysłów młodej reżyserki. Tych pomysłów będzie zresztą zaraz jeszcze więcej.

Przebrano oto aktorów w mundury krojem i detalami odwołujące się do amerykańskiej armii. Aktorzy grają groteskowo, disneyowsko niemal, co rzecz jasna śmieszy cześć widowni. Aktorki z kolei grają uciemiężone kobiety: strzyżone maszynkami, zagonione do ćwiczeń na poligonie, niemal tresowane. Sugerowałbym dramaturżce i reżyserce wybranie się w Kielcach do położonej kilkaset metrów od teatru jednostki przygotowującej żołnierzy do międzynarodowych misji. Dowództwo z pewnością zgodziłoby się by dziewczyny poobserwowały jak wygląda przygotowanie kobiet do misji, czym się zajmują, jak wyglądają ćwiczenia. Bo te – prezentowane nam w spektaklu są rodem z filmów „Pluton” czy „Czas apokalipsy”, bądź z rodzimej „Samowolki”.

Kłamstwem, głębokim fałszem jest, że oto kobiety w dzisiejszej armii amerykańskiej, identycznie jak te z Armii Czerwonej lat 1941-45, nie mają się gdzie myć, czym czesać, że oglądają stosy gnijących trupów i chodzą w tych samych majtach okrągły miesiąc. Drogie realizatorki – trwały manewry NATO „Anakonda” – sporo w nich uczestniczyło kobiet – powinnyście były wybrać się, prócz bazy w Kielcach, również tam, podejrzałybyście w jakich hotelach mieszkały uczestniczki. Armia amerykańska, o której chciałyście zrobić przedstawienie jest świetnie wyposażona a incydenty wykorzystywania kobiet zdarzają się i u nas i tam, ale są to, uwaga: incydenty, zręcznie sfilmowane w hollywoodzkiej produkcji Ridleya Scotta pt. „G.I. Jane”, na podstawie której zrobiłyście jak sądzę tę adaptację. Obecna armia amerykańska, a ta pokazana w filmie sprzed dwudziestu lat mają się nijak do siebie. Nijak!

Teraz najważniejsze. To jest sprawnie zagrany spektakl. Gdyby nie chwiejna konstrukcja dramaturgiczna, stanowiłby na pewno mocny punkt sceny przy Sienkiewicza. Worki jak z okopów, wiele plastycznych pomysłów, jak ten z lalkami Barbie z poodrywanymi kończynami, czy sam mocny, intensywny początek. Piękny jest obraz tworzenia pacyfki z kwiatów, gdy wokół strzelanina, gdy na projekcjach tygrys pożera krwiste mięso, pewnie przed chwilą upolowane. Piękne są plany świetlne. Projekcje są jednak kompletnie zbyteczne w tym spektaklu, niczego nie wnoszą, wprowadzają niepotrzebny szum, zbyteczny element. Są kolejnym pomysłem, ewidentnie świadczącym o tym, że reżyserka jeszcze nie potrafi rezygnować z pomysłów, ciąć, ograniczać się. To przychodzi z wiekiem. Widać również, jak mocno uwierzyły reżyserce aktorki. Grają nieźle poszczególne tematy.

Oglądałem dwie poprzednie realizacje tego reportażu. Świetną, dynamiczną koszalińską i olsztyńską opartą na słowie z minimalną akcją. Ta, kielecka sytuuje się gdzieś pośrodku. Wciąż wzorcem metra z Sèvres będzie koszalińskie odczytanie w reżyserii Pawła Palcata, wbijające umęczone kobiety w sytuację bez wyjścia, z pięknymi obrazami, z artefaktami zmieniającymi swoje znaczenie na scenie. W Kielcach pokazała się sprawna, młoda reżyserka Elżbieta Depta. W jej realizacji pomysł gonił pomysł, czym dynamizowała akcję. Miała oddane aktorki i aktorów, więc było co oglądać. Problem jednak w tym, że nie wystarczy zawiesić półtuszę świńską z plastiku tuż przed widzami i pobawić się w strzelanki, by stało się strasznie.

Na pewno wielkim plusem tej propozycji jest to, że możemy się zapoznać z reportażem sprzed już ponad trzydziestu lat. Możemy też podziwiać role kieleckich aktorów. Ale że są świetni to już przecież dobrze wiemy z wielu poprzednich realizacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz