czwartek, 9 czerwca 2016

„Miłość w Saybrook”, reż. Eugeniusz Korin, Teatr 6. piętro w Warszawie (premiera: 21 maja 2016 r.). Recenzuje Luiza Nowak.

fot. Jarosław Niemczak

Szablonowość i papierowość

Spektakl Miłość w Saybrook, mimo szumnych zapowiedzi twórców, nie jest „wyjątkową i niezwykle zabawną komedią”. Nie jest to też głęboka analiza ludzkich problemów i egzystencjalnych rozważań. Oglądając przedstawienie nie można oprzeć się wrażeniu pewnej wtórności, zarówno w płaskich kreacjach bohaterów, jak i w samych scenicznych wydarzeniach.
Akcja przedstawienia toczy się w letniskowej miejscowości Saybrook, w której mieszkają dwa małżeństwa, Norman (Marcin Perchuć) i Sheila (Sonia Bohosiewicz) oraz Jenny (Joanna Liszowska) i David (Wiktor Zborowski). Sielankową atmosferę letniego weekendu przerywa niespodziewane przybycie wcześniejszych właścicieli posiadłości, Sandy (Barbara Kurdej-Szatan) oraz Hala (Szymon Bobrowski). Niezapowiedziani goście przez przypadek doprowadzą do wyjawienia sekretu, który poróżni obie pary i doprowadzi do kryzysu między nimi. Oglądając pierwsze sceny, w których poznajemy relacje między bohaterami, od razu na myśl przychodzi atmosfera innego utworu Allena, filmu Seks nocy letniej. Ot, ciepłe lato, posiadłość za miastem i sekrety, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. Jednak słabość bohaterów z Saybrook polega na ich szablonowości i papierowości. Chociaż oczywiście większość utworów nowojorskiego reżysera opiera się na dobrze znanych widzom schematach, to niekiedy zdarza się, że stają się one na swój sposób oryginalne. Otrzymują od aktorów charakterystyczne, indywidualne cechy i zostają w pamięci widzów. Niestety nie można tego powiedzieć o mieszkańcach Saybrook, którzy tylko przypominają nam postacie, które gdzieś już widzieliśmy. Papierowość i płaskość bohaterów może bronić się dopiero w momencie, gdy poznajemy ich prawdziwą tożsamość. Otóż, okazuje się, że skłócone małżeństwa są efektem wyobraźni pisarza Maxa (Andrzej Poniedzielski), który padł ofiarą własnej twórczości. Jego postacie zbuntowały się i ukryły go, uniemożliwiając mu napisanie ich dalszych losów. Niemal identyczny zabieg znamy z filmu Purpurowa róża z Kairu, w którym jedna z postaci opuszcza plan filmowy i przechodzi do rzeczywistego świata. Z kolei tworzenie alternatywnych wydarzeń nieistniejących bohaterów moglibyśmy obejrzeć chociażby w filmie Melinda i Melinda, w którym poznajemy dwie wersje wydarzeń wykreowane dla tych samych bohaterów. Można podejrzewać więc, że zbuntowane postacie w sposób zamierzony miały pokazywać swoją szablonowość i prostotę. W końcu Max nie dokończył swej sztuki, nie opisał dalszych losów bohaterów i nie dodał im egzystencjalnej głębi. Jednak nie tylko bohaterowie „sztuki w sztuce” (co z kolei przywodzi na myśl kolejny utwór Allena, pt. Bóg), rażą schematycznością i brakiem emocji. Jenny i Hal, jedyne oprócz Maxa „realne” postacie, są tak samo papierowe jak zbuntowani bohaterowie „sztuki w sztuce”. Zostają wciągnięci przez przypadek w wydarzenia, które toczą się w Saybrook. Staje się to zresztą pretekstem do analizy ich związku. Z pozoru błahe problemy i pretensje są tylko wierzchołkiem góry lodowej poważnego kryzysu. Małżeństwo, co częste u Allena, okazuje się być związkiem obcych sobie samotnych ludzi, wzajemnie oszukujących i zdradzających się. Jednak losy tej pary nie są pełne emocji. Nie czuć też między małżonkami chłodu, czy wzajemnej niechęci. Nie ma też namiętności, czy chemii. Ich relacja jest bez wyrazu i chociaż problemy małżeńskie mogłyby poruszać i działać na emocjach, nie robią tego. Pełne powagi sceny przerywane są komediowymi, prostymi i mało wyszukanymi scenami związanymi z losami zbuntowanych postaci. Co więcej, nie widać różnicy pomiędzy „postaciami fikcyjnymi”, a przedstawicielami „realnego świata”. I chociaż zabieg ten udał się we wcześniej wspomnianej Purpurowej róży z Kairu, w Miłości w Saybrook nie ma po nim śladu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz