wtorek, 15 grudnia 2015

„Wujaszek Wania”, reż. Andrzej Bubień, Teatr 6. piętro w Warszawie (premiera 21 XI 2015). Recenzuje Maciej Bielak.

fot. teatr6pietro.pl


Ludzie, którzy zmierzają donikąd

Po serii spektakli lekkich, łatwych i przyjemnych warszawski Teatr 6. piętro sięgnął po klasykę dramatu. Efekt jest całkiem przyzwoity. Wprawdzie „Wujaszek Wania” w reżyserii Andrzeja Bubienia nie jest specjalnie odkrywczy, ale pozwala delektować się tekstem Czechowa i grą Wojciecha Malajkata.

Scenografia spektaklu Bubienia składa się z kilku przenośnych, drewnianych konstrukcji imitujących dwadzieścia sześć pomieszczeń w wiejskim majątku profesora Sieriebriakowa, w którym dzieje się akcja sztuki. W miejscu tym spotyka się ośmioro bohaterów, których wiele dzieli, a łączą niespełnione marzenia i rozgoryczenie życiem. Sieriebriakow marzył o karierze naukowej, ale osiadł na wsi, której nie znosi; jego młoda żona Helena jest coraz bardziej przytłoczona małżeństwem z podstarzałym profesorem; z kolei córka Sonia jest zakochana w cynicznym alkoholiku Astrowie – niespełnionym lekarzu i miłośniku lasów, który z kolei kocha Helenę. Wreszcie tytułowy bohater Iwan Wojnicki – szwagier Sieriebriakowa poświęcił całe życie na zarządzanie majątkiem należącym do profesora, którego niegdyś podziwiał, a później znienawidził, ale zakochał się w jego żonie. Kiedy Sieriebriakow chce sprzedać majątek, zdesperowany Wojnicki usiłuje zastrzelić profesora.

Lew Szestow napisał, że postaci dramatu Czechowa „dokądś podążają, być może nawet do przodu”. Natomiast Bubień w swoim spektaklu stworzył portret ludzi, którzy zmierzają donikąd. Najlepiej widać to w jednej z ostatnich scen przedstawienia, tuż przed wyjazdem Sieriebriakowów. Bohaterowie sztuki stają wtedy w grupie, jakby pozowali do rodzinnego zdjęcia, silą się na uśmiech. Ze sceny padają nawet słowa o pojednaniu, ale już po wyjeździe części postaci, pozostali bohaterowie wprawdzie dalej ze sobą rozmawiają, ale wszyscy poza Sonią siadają i niemal zastygają w przybranych pozach. Ta scena doskonale pokazuje, że w życiu bohaterów spektaklu tak naprawdę nic już nie może się zmienić.

„Wujaszek Wania” w Teatrze 6. piętro jest przedstawieniem tradycyjnym zarówno w interpretacji, jak i w środkach wyrazu. Spora część spektaklu Bubienia rozgrywa się na lekko przyciemnionej scenie, co – używając określenia Jerzego Koeniga – dodaje przedstawieniu „mgiełki księżycowej”. W odbiorze pomaga też muzyka, która wprowadza elementy grozy i niepokoju, ale też podkreśla subtelność scen miłosnych. Jednak zdecydowanie największym atutem tego spektaklu jest Wojciech Malajkat w roli tytułowej. Aktor celnie ukazał narastające szaleństwo swojego bohatera, który z początku jest zgryźliwym cynikiem bezlitośnie wykpiwającym otoczenie, następnie przeistacza się w groźnego furiata, a pod koniec spektaklu staje się kompletnie wyobcowany. Poza tym Malajkat umiejętnie łączy tragizm z komizmem, co widać zwłaszcza w scenie próby zabójstwa profesora – kiedy aktor wypowiada słowa: „No i nie trafiłem”, widzowie momentalnie wybuchają śmiechem. Malajkat buduje też postać poprzez gest, który Wania powtarza co jakiś czas przez cały spektakl – coś w rodzaju trzykrotnego gładzenia się po twarzy.

Z pozostałych aktorów wyróżniają się Anna Dereszowska w roli Heleny i Miłogost Reczek jako Tielegin. Helena w interpretacji Dereszowskiej to typowa femme fatale, a jej sojusz z Sonią jest czysto taktyczny i ma na celu wyłącznie rozpoznanie relacji uczuciowych między Sonią a Astrowem. Scena zalotów Wojnickiego do Heleny należy do najpiękniejszych w spektaklu (z jednej strony sceny Dereszowska zalotnie wygina się, z drugiej Malajkat bezradnie siedzi i kiwa się w przód i w tył, a wszystko to przy dyskretnym akompaniamencie fortepianu). Natomiast Reczek oszczędnymi środkami buduje postać zubożałego z wyboru wazeliniarza, który walczy o resztki godności. Nieco gorzej wypadają Michał Żebrowski w roli Astrowa i Dorota Krempa jako Sonia. Żebrowski w otwierającym spektakl monologu wystrzeliwuje słowa z prędkością karabinu maszynowego, a w scenie pożegnania z Heleną Astrow ni stąd, ni zowąd popada w płacz. Natomiast finałowy monolog Soni w wykonaniu Krempy z niezrozumiałych powodów jest przekrzyczany. Z kolei Piotr Machalica w roli Sieriebriakowa w scenie kłótni z Heleną przejmująco zagrał człowieka, który nie może poradzić sobie z własną starością, ale w następnych odsłonach aktor dość monotonnie deklamuje kwestie swojego bohatera.

Mimo tych zastrzeżeń „Wujaszek Wania” w Teatrze 6. piętro jest niezłym spektaklem, wartym polecenia miłośnikom klasyki teatru w dobrym wydaniu. Mam też nadzieję, że najnowsza produkcja teatru mieszczącego się w Pałacu Kultury i Nauki będzie zwiastunem ewolucji repertuarowej tej placówki.



Maciej Bielak – absolwent historii i politologii UMCS. Redaktor lubelskiej gazety teatralnej Proscenium.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz