niedziela, 20 grudnia 2015

„Piotruś Pan”, reż. Janusz Józefowicz, Teatr Studio Buffo w Warszawie (premiera 12 XII 2015). Recenzuje Joanna Wąsik.

fot. Maciej Nowak


Puste efekty

Kiedy ogląda się „Piotrusia Pana” w reżyserii Janusza Józefowicza na scenie Studia Buffo, dookoła słyszy się nieustanne „ochy i „achy” najmłodszych (i nie tylko) widzów. Nie da się zaprzeczyć – jest to efektowny spektakl. Największe wrażenie robią scenografia, choreografia, kostiumy… No i to latanie. Ogromną frajdę muszą mieć te dzieci – młodzi aktorzy, które na scenie mają do dyspozycji kryjówkę Zagubionych Chłopców pełną tuneli, poskręcanych schodków, z tarasami i tajemnymi przejściami, ze spiralną ślizgawką, w dodatku umieszczoną na obrotowej scenie. Ile silnej woli kosztowało mnie, by do nich nie dołączyć…

Już pierwsza scena komunikowała: „my, twórcy, zabierzemy was na niezwykłą przygodę! Przygotujcie się!” Wyobraźcie to sobie: zapada ciemność, po sali roznosi się ogłuszająca muzyka i nagle od strony foyer wbiegają między rzędy widowni ryczący Indianie, pochodnie w ich rękach oświetlają pomalowane twarze i barwne stroje. Przemieszczają się w tańcu w rytm dzikich dźwięków. Ich ruchy są gwałtowne i energiczne; nie sposób oderwać od nich wzroku.

Duże wrażenie robi też sporych rozmiarów piracki statek, w chmurze dymu wyłaniający się z lewej kulisy, albo kłapiąca paszcza krokodyla, która zupełnie niespodziewanie wynurza się z zapadni pod sceną. W tych momentach głośne reakcje zachwyconych lub zaskoczonych dzieci stają się częścią przedstawienia – przecież to dla tych reakcji Andrzej Woron stworzył tak widowiskową scenografię; wszystkie jej elementy wskazują, że celem twórcy było właśnie wzbudzenie zachwytu dzieci. A jednak boli, że wszystkie te zabiegi nie pozostawiają ani odrobiny miejsca dla wyobraźni. Historia rodziny Darlingów i Piotrusia staje się zupełnie jednowymiarowa i nikomu nie przyjdzie do głowy interpretować ją inaczej niż w założony przez realizatorów sposób.

Wspaniałe w „Piotrusiu Panie” są piosenki Jeremiego Przybory, muzyka Janusza Stokołosy i układy taneczne Janusza Józefowicza, szczególnie te wykonywane grupowo. Sceny, które ogląda się z największym skupieniem uwagi i największą zabawą, to właśnie plemienne tańce Indian na samym początku oraz podczas uroczystości na cześć Piotrusia Pana, mroczny chór piratów, kiedy ich statek po raz pierwszy przybija do brzegu Niebywalencji, oraz pieśń Zagubionych Chłopców, którzy podczas jej wykonywania łobuzują w swojej kryjówce. Ogromną rolę odgrywa też światło w scenach toczących się w posiadłości Państwa Darling jak i Niebywalencji. Gdy po raz pierwszy widzimy nieistniejącą wyspę, jest ona skąpana w przytłumionym świetle, które przenika między gęstymi koronami drzew. Nadaje to znamię tajemniczości naszemu pierwszemu zetknięciu z krainą.

Głównego bohatera, Piotrusia Pana, zagrał Witold Sosulski, a jego wybrankę Wendy, Amelia Kaczmarczyk. Ja sama świetnie się bawiłam oglądając sceny, w których młodzi aktorzy ewidentnie mieli dużą frajdę. Jednak brakuje tempa i napięcia w momentach, w których dzieci pozostawały na scenie same, bez wsparcia zawodowych artystów, ani nie kierowani energiczną choreografią. Niewątpliwie, w wielu z nich drzemie wielki talent, mimo to widać jak bardzo brakuje im warsztatu. W przeciwieństwie do doświadczonych aktorów nie potrafią utrzymać na sobie uwagi.

Nie znaczy to jednak, że wszyscy zawodowi aktorzy, grający w „Piotrusiu Panie” zapracowali na pochwały. Chociażby grany przez Wojciecha Paszkowskiego Kapitan Hak mocno rozczarowuje. Jego postać jest płytka, niczym nie zaskakuje, i nie wynika to tylko z faktu, że jest ona kopią z disnejowskiej produkcji. Hakowi w warszawskim wydaniu po prostu brakuje charakteru, ani się go nienawidzi, ani uwielbia – a przecież to o skrajności chodzi w byciu czarnym charakterem.

Przeszkadza też język, stylizowany na mowę charakterystyczną dla początku XX wieku. Z założenia wzniosły i szlachetny, w ustach dzieci wydaje się fałszywy i pretensjonalny. Kiedy Wendy używa wyrażeń takich jak „ma matka” lub „potomstwo”, dzieci siedzące na widowni nie widzą w niej siebie tylko jakąś zupełnie obcą postać. Jaki jest zatem cel upartego pozostawania w innej epoce, skoro główni odbiorcy tej bajki – dzieci, nie utożsamiają się z jej bohaterami, nie mogą przeżywać tej niezwykłej przygody, widzieć na scenie samych siebie?

Najbardziej zniechęcające było jednak zakończenie. Na zasłoniętej już kurtynie została wyświetlona twarz starszego mężczyzny na tle otwartego parasola a z głośników popłynął jego donośny głos. Przemowa Jeremiego Przybory o tym, że Piotruś Pan będzie wracał, aby na czas wiosennych porządków zabierać ze sobą córkę Wendy, córkę córki Wendy, oraz ich kolejne córki, przypominała przedziwne proroctwo, które wydawało się być zupełnie nie na miejscu i wywoływało konsternację. Czar prysł.

Piotruś Pan” to efektowne widowisko, bo na naszych oczach, na żywo pokazuje to, co Disney przedstawił tylko w animacji: dzieci latają, wytresowany pies śpiewa wraz z aktorem, Skierlinka unosi się tuż nad naszymi głowami… Spektakl stworzono, by zachwycać dzieci. Nie jest to jednak przedstawienie dla tych, którzy liczą na niekonwencjonalne rozwiązania teatralne, na realizację, która poruszy wyobraźnię, czegoś nauczy i uchyli rąbka magii zawartego w pięknej baśni jaką jest „Piotruś Pan” J. M. Barriego.



Joanna Wąsik – studentka lingwistyki stosowanej na Uniwersytecie Warszawskim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz