piątek, 4 grudnia 2015

List do Konrada Szczebiota



Znamy się już jakąś dekadę. Studiowaliśmy razem w Akademii Teatralnej, Ty dwa lata niżej, wraz z kilkoma naszymi bliższymi bądź dalszymi koleżankami i kolegami. Zacne grono profesorskie uczyło nas prócz wiedzy czegoś jeszcze, szalenie ważniejszego: by być przyzwoitym, by szanować ludzi, by w tym maleńkim środowisku teatralnym uważać przed podjęciem ważnych decyzji. Pamiętam, że nie należałeś do ostrych zawodników, do hejterów, nie podążałeś również trasami znaczonymi nowościami w teatrze. Raczej zachowawczo obserwowałeś, z pewnym dystansem, co bardzo w Tobie ceniłem. Potem, gdy kilka lat później osiadłeś w Białymstoku, zamawiałem u Ciebie teksty dla miesięcznika „Teatr”.

Wczoraj, kiedy dowiedziałem się, że przyjąłeś tę ofertę od ministra Piotra Glińskiego, pomyślałem, ze zaraz odezwą się „postępowcy” i będą walić w Ciebie jak w bęben. Tak też się stało. Głosów rozsądku jak na lekarstwo. Współczuję. Też, jak przecież dobrze wiesz, obrywałem od tego środowiska, w kilku miejscach w kraju jestem persona non grata, mimo, paradoksalnie zbieżnych poglądów na świat. Bo dzisiaj głośno tupią nogą pseudoautorytety nowego teatru, dekadę temu palący znicze pod teatrem zarządzanym przez Holoubka, obecnie na dyrektorskich posadach, próbujący niby głosem rozsądku wymierzać kto jest dobry, kto nie. Nie zniżajmy się do tego poziomu. Co nas jednak obu, jak sądzę, od „postępowców” odróżnia, to chęć oglądania porządnie zrobionego teatru, niechęć do hucpy, cenienie rzemiosła.

Nie oglądałem wielu premier za dyrekcji Jana Klaty w Starym Teatrze, w sumie może z dziesięć tytułów. Wiem, że to mało. Podobnie, pewnie jak Ty cierpię na niewystarczającą ilość gotówki i czasu wolnego, by jeździć minimum dwa razy w miesiącu do Krakowa i oglądać. Tym bardziej, że wiele innych, ważnych scen prosi o przyjazdy. Generalnie, sporo powstaje w naszym kraju świetnych przedstawień, sporo też w Starym Teatrze. Gdybym miał się pokusić o jakieś generalizowanie, to krakowska scena narodowa cierpi na ten sam problem, co kilka innych w kraju – brak tam przedstawień dla szerokiego grona widzów. Widzowie pozostają bezradni wobec dziejących się tam eksperymentów dramaturgicznych i reżyserskich. Wiemy o tym obaj. I pewnie obaj uważamy że to jest bardzo nie ok. Bo to widz jest kluczowy w teatrze, to dla niego, a nie dla garstki teatrologów robi się przedstawienia. Ciekaw jestem bardzo Twojego podsumowania tych spektakli powstałych za dyrekcji Klaty. Mam tylko nadzieję, że te, które możesz, obejrzysz jednak na żywo, zarezerwowałeś już pewnie zaproszenia i bilety do Krakowa. Właśnie zaczyna się tam festiwal teatralny Boska Komedia. W niedzielę jadę, spotkajmy się na nim. Co Ty na to?

Wiesz, Jan Klata też nie jest osobą z mojej bajki. Wieczny czterdziestoletni chłopiec w mentalnych szortach, boksujący się z każdym, kto znajdzie się w jego otoczeniu a ma inne zdanie. Nigdy źle nie pisałem o Klacie, jednak fakt, że jestem recenzentem oraz pewnie to, że przez prawie dekadę pracowałem w „Teatrze”, spowodował, że w tym roku podczas jednego z festiwali Klata potraktował mnie ostro i lekceważąco. Kpił, zamiast odpowiadać, wyśmiewał, chichocząc z zadawanych pytań, no taki chłoptaś jednym słowem. Oczywiście, że miałem ochotę ostro wówczas zareagować. Rozmowę po „Orestei”, którą zresztą uważam za przedstawienie co najmniej świetne, przekierowałem na Annę Dymną i to z nią i Juliuszem Chrząstowskim przegadaliśmy kolejne minuty. Po tym spotkaniu, podchodzili do mnie ludzie i gratulowali, że nie dałem się sprowokować. Podszedł i Klata. Podziękował za spotkanie. Są, Konrad, po prostu ludzie, których popycha do działania konflikt. Mnie nie popycha, mam nadzieję, że Ciebie również nie.

Widzieliśmy się jakoś miesiąc temu w Kielcach, siedziałeś koło mnie za stołem na spotkaniu wspominkowym poświęconym zmarłemu Piotrowi Szczerskiemu. Trochę mnie, przyznaję, zaniepokoił ton, w jakim się wypowiadałeś, taki z dużymi kropkami, bez wahania, głoszący prawdy. Gdy ja dyskretnie wycofałem się z odpowiedzi na pytanie prowadzącego to spotkanie Łukasza Drewniaka o początek lat 90. w polskim teatrze, Ty z chęcią głosiłeś tezy i wnioski, jak dojrzały krytyk starszego pokolenia, który żył w tamtych czasach przełomu systemowego. Może się mylę – oby – ale jakaś taka pewność sądów biła od Ciebie jak od trybuna. Uważaj na to proszę. Nie ma niczego gorszego niż uwierzyć w swoją nieomylność i prawdy objawione.

Gdybyś mnie zapytał, czy brać to stanowisko od ministra, odpowiedziałbym – nie bierz. Mariaż z polityką ludzi zajmujących się kulturą zawsze okazuje się dotkliwie a zarazem banalnie bolesny dla nas-ludzi kultury. Moim zdaniem, słabe jest tylko to, że będziesz oglądał i jak rozumiem podpowiadał ministrowi po obejrzeniu nagrań przedstawień na płytkach. Wiesz przecież, bo uczono nas tego, że nagranie nijak się ma do spektaklu, a tym bardziej wyrokowanie na podstawie nagrań jest mocno, uważam niesprawiedliwe. Dla twórców. No i obawy rodzi ten pośpiech? Wedle informacji medialnych wszystko dzieje się w trybie ekspresowym, zrozumiałe są więc obawy ludzi z naszego środowiska, że będą ich odwoływać, zmieniać etc. Zrozum ich.

Konrad, wczoraj miałeś zapewne ciężki dzień. Na internetowych forach i na facebooku postawiono Cię pod pręgierzem. Piszę ten list, bo przeczytałem wiele niepokojąco brzmiących komentarzy na Twój temat. Wierzę w tym wszystkim w Twoją roztropność i brak chęci odgrywania się. Będę Ci mocno kibicował. Wiem, że podejmiesz mądre decyzje i nie dasz się złym głosom, nie pójdziesz za złymi doradcami. Trzymaj się chłopie!

Twój znajomy, Bartek Miernik

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz