czwartek, 12 listopada 2015

„Szarp pan bas”, reż. Ewa Konstancja Bułhak, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Opisuje Klara Frąkała.

fot. Bartek Warzecha

Po co to wszystko?
Wstyd się przyznać, lecz Ewę Konstancję Bułhak kojarzyłam jedynie z telewizyjnymi rolami komediowymi. Zapamiętałam ją jednak dobrze, gdyż była dla mnie uosobieniem temperamentu, humoru i żywiołowości. Gdy spostrzegłam, że na afiszu lubelskiego Teatru im. Juliusza Osterwy znajduje się kabaret muzyczny w jej reżyserii przeniesiony ze stołecznego Teatru Narodowego, pomyślałam: tak, na to czekałam.
Jedenastego października siedziałam na widowni wpatrzona w czerwoną kurtynę. Zgasły światła i popłynęły dźwięki muzyki jazzowej. Fortepian, kontrabas, perkusja – rozróżniłam od razu. Piosenki i fragmenty scenariuszy wieczorów Kabaretu Starszych Panów Jerzego Wasowskiego zostały konsekwentnie ułożone w całość. Troje aktorów przedstawiło kilka historii pomysłowo połączonych ze sobą typem postaci, rekwizytem, tematem bądź odpowiednim nastrojem. Byłam pod wrażeniem potęgi głosu, warsztatu aktorskiego i finezji ruchu Marty Ledwoń. Zachwyciła mnie tytułowa piosenka w jej wykonaniu. Podobało mi się to, w jaki sposób bawiła się słowem i gestem. Na scenie po prostu lśniła – stawała się prawdziwą gwiazdą tamtych lat. Wojciecha Rusina zapamiętałam jako zapalonego torreadora, który w uniesieniu opowiada o emocjonującej korridzie. Na naszych oczach tworzył i urozmaicał kabaret swoją inwencją. Natomiast Marek Szkoda wzbudził moje zainteresowanie rockandrollowym, frywolnym tańcem. Później obserwowałam jego subtelność i czułość w wykonaniu lirycznej piosenki o samoironii. Obok interesujących kreacji aktorskich duże znaczenie w spektaklu miała choreografia. Weronika Pelczyńska, opracowała niezwykle bogaty zestaw układów tanecznych, począwszy od stepowania przez broadway jazz po rock and roll. Muzyka tworzona na żywo przez Gabriela Meneta, Krzysztofa Redasa i Bartłomieja Rabana pod kierownictwem Jakuba Lubowicza pozwoliła mi zaangażować się w widowisko i odkryć choć rąbek tajemnicy dawnego kabaretu. W Teatrze im. Juliusza Osterwy czułam w pełni atmosferę wieczoru kabaretowego lat pięćdziesiątych. Wazon z kwiatami, instrumenty i różnokolorowe lampki nadawały klimat przedstawieniu.
Niestety, podczas trwania spektaklu, wciąż dręczyło mnie pytanie: No, dobra, ale po co to wszystko? Nie potrafiłam sobie na nie odpowiedzieć, nawet po zakończeniu widowiska. Czy ta podróż po kabarecie muzycznym lat pięćdziesiątych miała jakiś cel? Czy po prostu odbyła się po to, by rozbawić, uprzyjemnić czas, wzbudzić tęsknotę za starą, uroczą formą rozrywki?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz