czwartek, 5 listopada 2015

„Spectre”, reż. Sam Mendes, premiera 6 XI 2015

fot. moviesroom.pl/

Szpiegowska bajeczka

Na ekrany polskich kin wchodzi dzisiaj kolejna część przygód agenta 007. Z pisaniem o Bondzie jest mały kłopot, bo tych przekonanych nie da się już przekonać – wiadomo, że pójdą do kin. Nieprzekonani zaś i tak będą uważać, że to baja dla dużych chłopców, zajaranych prostackimi strzelankami, pięknymi laskami i dość stereotypowym patrzeniem na kino akcji.

Wszystko w „Spectre” jest tak jak być powinno, zgodnie z oczekiwaniami, ale są też sceny, które sytuują tę część przygód agenta 007 pośród zdecydowanie najlepszych. Akcja tym razem rozpoczyna się w Meksyku – znakomity początek filmu ze sceną w helikopterze, o której sceptycy powiedzą, że to już było („Helikopter w ogniu”). Niemniej sposób kręcenia pierwszej bijatyki Bonda na maleńkiej przestrzeni helikoptera jest absolutnie mistrzowski. Dynamika montażu i precyzja ujęć niosą naprawdę sporo emocji. Następnie akcja przenosi się do Rzymu, Afryki, w Alpy, jest oczywiście też Londyn i siedziba służb. Służb, które nowy szef wszystkich szefów C (Andrew Scott) chce zlikwidować, albo inaczej – jak mawia „połączyć większość krajów w sieć”. Przeciwni są tylko wysłannicy z RPA, zatem najbliższe zamachy wybuchają właśnie w tym kraju. A wszystko w imię walki z terroryzmem. Połączeniu angielskich służb w sieć sprzeciwia się również M (Ralph Finnes). Jak to w odcinkach serii o Bondzie mało jest czasu, bo system lada chwila wchodzi w życie. Okazuje się jednak że na czele nieformalnej światowej grupy, obserwującej, podsłuchującej i generalnie stojącej za porządkiem tego świata stoi Franz Oberhauser (Christoph Waltz) i to polowanie na niego urządza w „Spectre” agent 007.

Rangę filmu podnoszą o kilka pięter znakomici aktorzy z wysuwającym się na czoło Christophem Waltzem właśnie. Nieprzekonanym do Bondów polecam wybrać się na „Spectre” właśnie dla aktorskich kreacji. Waltz jest jak wiadomo aktorem wybitnym (czy ktoś jeszcze pamięta, że grał u Zanussiego w „Życie po życiu”). W tym zaś przypadku reżyser Sam Mendes dał mu dodatkowo sporo swobody. Mamy zatem ten Waltzowski dystans, uśmieszek, mimochodem wypowiadane kwestie, sporą ironię, mocne puenty czyli to wszystko, za co kochamy tego aktora w filmach Tarantino. Tu jest zresztą jakby przeniesiony z Quentinowego planu. Klasą samą w sobie jest jak zawsze Ralph Finnes. Chłodny, zdystansowany sceptyk ale gdy robi się gorąco to wielce pomocny. M dobrze wie, że jego podwładny 007 niesforny jak zawsze będzie w końcu potrzebował pomocy. Pomoże mu, mimo że Bond wcześniej obejdzie niemal wszystkie dyrektywy szefa. Niezłe są kobiety Bonda: migająca w dwóch scenach na ekranie (na pogrzebie i w łóżku) Monica Bellucci jako Lucia Sciarra. Swoja drogą Mendes nie pierwszy raz w tym filmie mruga do widza, sytuując tę aktorkę właśnie w takich scenach. Mruga też w zabawnych, kipiących humorem, przepisanych jak ze stand-upu kwestiach informatyka Q (Ben Whishaw), kierowanych do Bonda. Bawi się Mendes sytuacjami na planie, spadającemu 007 podsuwając kanapę, by miękko na niej wylądował. Jest też wreszcie reżyserem, któremu może z racji pracy w teatrze niemal bezbłędnie wychodzą kameralne sceny, oparte na dialogu, na minimalnym geście i skupieniu. Rozmowę Franza Oberhausera z Bondem, toczoną przez kuloodporną szybę, czy rozmowę podczas sceny „na krześle”, gdy związanemu agentowi wwiercane są w głowę igły, pamięta się długo. Zresztą, kameralnych scen które trzyma się pod powiekami jeszcze wiele godzin po zakończeniu projekcji, jest całkiem sporo (choćby pierwsze spotkanie w gabinecie panny Swann i Bonda).

Jaki to Bond? Ano jak zwykle pełen dynamiki, zwrotów akcji – co oczywiście typowe dla tej serii. Tam gdzie może, Mendes kieruje wartką akcję w wolne, oparte o rozmowy, rodem z Johna le Carré, sceny szpiegowskie. Kreujący tytułową postać Daniel Craig niestety ginie pośród ról zdecydowanie lepszych, nie ma się wrażenia, że jest kreatorem, sprawcą, że popycha akcję do przodu. Może brakuje Craigowi pewnej gracji w obyciu, w chodzeniu, ciężko uwierzyć, że to angielski dżentelmen, bliżej mu do lania po pysku niż do elokwentnej cierpkiej riposty. No, ale nie można wymagać wszystkiego. Są w „Spectre” jak w „Skyfall” gadżety z przeszłości – reżyser do nich wrócił, po cierpko przyjętym przez krytykę i fanów „007 Quantum of solace”. Agent w „Spectre” oczywiście jeździ Aston Martinem. Ma dwa garnitury – ciemny i biały koktajlowy, który zakłada na krótką, bo przerwaną bijatyką randkę w pociągu, pija oczywiście vesper martini.

Léa Seydoux z kolei gra dość jednowymiarowo postać Madeleine Swann. Odnoszę wrażenie, że szalenie więcej mogła wycisnąć z roli dziewczyny Bonda. Z drugiej strony pamiętajmy, że jednak aktorki wypełniają w zmaskulinizowanych scenariuszach zapoczątkowanych przez Iana Flemminga, szablon postaci w którym rozpychać się jest wyjątkowo ciężko. Chcecie obejrzeć wybitną rolę Seydoux to polecam „Życie Adeli”. Tam, kreując Emmę, wznosi się na szczyt możliwości. Na pewno cieszy, że Mendes zaprasza do ról kobiecych w kolejnej części przygód agenta wyśmienite aktorki.

Czy wybrać się do kina na „Spectre”? Zdecydowanie tak, mając w pamięci, że to jednak szpiegowska bajeczka i nic poza tym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz