środa, 18 listopada 2015

"Ożenek", reż. Nikołaj Kolada, Teatr Śląski w Katowicach (premiera 23.10.2015). Recenzuje Małgorzata Bryl

fot. materiały promocyjne teatru

Lepiej się nie żenić

Dyrekcja Teatru Śląskiego w Katowicach zaprosiła jednego z najważniejszych rosyjskich twórców teatru, Nikołaja Koladę do realizacji XIX-wiecznego klasyka literatury rosyjskiej Ożenku Nikołaja Gogola. Kolada uwypuklił wszystkie napięcia tego dramatu i do spółki z aktorami stworzył znakomite przedstawienie.

Ożenek to obok Rewizora najczęściej wystawiana w polskich teatrach komedia Gogola. Najpopularniejszą praktyką wystawienniczą Ożenku na naszych scenach jest poprzestanie na wyakcentowaniu komedii charakterów i podkreśleniu farsowego przerysowania postaci. Choć takie podejście interpretacyjne daje widzom dużo satysfakcji, bo dramat Gogola iskrzy się humorem słownym i sytuacyjnym, nie jest w pełni zgodne z zamysłem tego dramatopisarza. Ożenek w chwili gdy powstał, budził kontrowersje i niechęć między innymi za sprawą jego nowatorskiego na tamte czasy zakończenia, które nie przystawało do gustów ówczesnej publiczności przyzwyczajonej do schematu XIX-wiecznej komedii mieszczańskiej zbudowanej na bazie nieskomplikowanej intrygi melodramatycznej ze szczęśliwym finałem. Gogol w Ożenku od początku bawi do łez, ale potem humor przyćmiewa romantyczny konflikt wewnętrzny głównego bohatera w części kulminacyjnej, który w finale zostaje przypieczętowany gorzkim rozczarowaniem. Twórca świetnie pozacierał szwy między poszczególnymi etapami swojej dwuaktówki, czym igra z odbiorcami, którzy być może zaśmieją się „z rozbiegu” już w momentach poważnych, a potem poczują z tego powodu zażenowanie. Z kolei zrozumienie i refleksja w myśl najsłynniejszego Gogolowskiego aforyzmu przychodzą dopiero na koniec. Dlatego inscenizacje Ożenku, które nie wyhamowują śmiechu widzów do samego opadnięcia kurtyny lub wyświetlenia napisów (Teatr TV), nie są w stanie oddać w pełni istoty tego dramatu.

Kolada rozpoznał śmieszno-gorzką naturę Ożenku i w porę wyciszył śmiejącą się do rozpuku publiczność. Jednak od początku przedstawienia reżyser piętrzy komediowe napięcia. Bohaterowie są przerysowani do granic absurdu – widać, że Kolada lubuje się w tej przesadzie i po prostu świetnie bawił się z aktorami, tworząc ten spektakl. Każdą z postaci dookreśla kolorowy kostium pełen surrealistycznych detali (scenografia i kostiumy: Anna Tomczyńska i Nikołaj Kolada): panna na wydaniu, Agafia Tichonowna (Grażyna Bułka) ma stłuczone okulary zaklejone grubym plastrem, z kolei chętni do ożenku, ale ostatecznie odtrąceni kawalerowie (Jerzy Głybin, Antoni Gryzik, Jerzy Kuczera i Wiesław Kupczak) są obwiązani poduszkami uwydatniającymi ich brzuchy i pośladki, do których dodatkowo przytwierdzono pawie pióra, natomiast na głowie noszą pokrywki od samowarów. Bohaterowie są oderwani od rzeczywistości i śmieszą także za sprawą nienaturalnego poruszania się (choreografia: Jakub Lewandowski), co szczególnie dotyczy napuszonych zalotników i dziwacznych póz, jakie przybierają do rytmu fragmentów Traviaty Giuseppe Verdiego będących wraz z pieśniami rosyjskimi stałymi motywami muzycznymi przedstawienia. W tym kontekście warto wspomnieć również ruch sceniczny służącego Stiepana (Michał Piotrowski), który charakteryzuje skoczność i dynamika obfitująca w figury gimnastyczne. Stiepan – uosobienie witalności – jest zupełnym przeciwieństwem flegmatycznego i fajtłapowatego służącego typu Dyndalskiego. Według interpretacji Kolady sługa z Ożenku to psotnik i błazen o zamaszystych gestach i ciętym języku, który za nic ma wierność i oddanie swemu panu, bo spoufalił się z nim na tyle, że wyzywa go od osłów. Oczywiście, jako błazen nigdy nie zostaje ukarany za krnąbrność, a kuksańce, które wymierzają mu raz po raz różne postaci, wywołują tylko jego jeszcze bardziej zapamiętałe pląsy.

W takiej oprawie formalnej humor Gogola wybrzmiał w całej krasie. Komizm słowny dotarł do publiczności tym lepiej, że na potrzeby spektaklu Kolady dramat został odświeżony nowym tłumaczeniem Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej. Reżyser pozostał wierny fabule Ożenku. Urzędnik Podkolesin (Marek Rachoń) ma się żenić. Swatka (Ewa Leśniak) znalazła oficjelowi świetną partię. Nieważne, jak dziewczyna na na imię, grunt, że będzie posag. Na wzbogacenie się liczą także inni kawalerowie. Teraz tylko pozbyć się konkurentów i dobić interesu w cerkwi. Niczego nieświadomą Agafię pochłania romantyczny wybór tego jedynego spośród pięciu konkurentów. Ostatecznie panna decyduje się na rachitycznego Podkolesina, ale nie dlatego, że „tak podyktowało jej serce”, ale na skutek intryg przyjaciela Podkolesina, Koczkariowa (Marcin Szaforz). Problem jednak w tym, że Podkolesin wcale nie chce się żenić.

Z początku śmieszy ten mdlejący kawaler broniący się na wszystkie sposoby przed ożenkiem – „satyra człowieka”. Śmiech wzbudzają także końskie zaloty innych kawalerów, mimo że ten cały cyrk jest przecież godny pożałowania. Uczucie i miłość odmieniane przez wszystkie przypadki to tylko blef. Panna na wydaniu jest sprowadzona do przedmiotu, który podlega handlowej transakcji. Z kolei dobre wżenienie się w majętny dom jest tu synonimem męskiej rozwagi i zaradności, a „panna może być nawet przygłupia”, jak stwierdza jeden z zalotników. Uprzedmiotawiany jest również Podkolesin, który nie chce dopasować się do wymuszanego przez społeczeństwo „wzorca mężczyzny”. Ubezwłasnowolnienie bohatera oddaje kwestia Koczkariowa: „Ożenię cię tak, że nawet nie poczujesz” i sceny, w których Stiepan i Koczkariow animują ciałem Podkolesina jak marionetką i przenoszą go z miejsca na miejsce niczym pionka. Tymczasem Podkolesin wciąż tylko myśli, jak by się stamtąd urwać. I gdy wszyscy wyśmiewamy bohatera za jego postępowanie, wytykając mu niedojrzałość i zbabienie, Kolada zmieniając klimat przedstawienia, pyta: A może on ma rację, że chce uciec od małżeństwa?

Podkolesin po raz ostatni przed podjęciem decyzji mierzy się z dylematem, żenić się albo nie żenić się. Gogol ujął to we wzbudzającym już raczej litość a nie śmiech monologu bohatera, w którym przechodzi on od ekstatycznej afirmacji małżeństwa, poprzez szereg wątpliwości aż do ponownego wycofania się, ale tym razem uzupełnionego o desperacką frustrację. W tym popadaniu ze skrajności w skrajność jest już coś niepokojącego. Obserwujemy bohatera, który kompletnie pogubił się w otoczeniu próbującym wywrzeć na nim presję i ucieka jak zaszczute zwierzę. Kolada każe Podkolesinowi wygłosić swój monolog, ale potem dokłada wymyśloną przez siebie scenę erotyczną między służącym Stiepanem a służącą Agafii, Duniaszką (Alina Chechelska). Ta scena jest jak gdyby projekcją Podkolesina. Może to wyobrażenie-sen doprowadziło ostatecznie bohatera do desperackiej decyzji? Początkowo między dwojgiem służących dochodzi do zmysłowego zbliżenia i co warte podkreślenia, zupełnie znika wcześniejsze przerysowanie w grze aktorskiej. Aktorzy grają w sposób realistyczny, wyciszają się także wcześniej wszechobecne barwy scenografii, a światło przygasa. W namiętnym i niemym zbliżeniu między dwojgiem ludzi jest całkowite skupienie się na sobie i duże napięcie, które udziela się także publiczności. Kolada ciągnie tę scenę parę minut. Jest w tym coś magnetyzującego, ale reżyser chce chyba także podkreślić, że jest w tym też coś metafizycznego. Według prawosławnej teologii małżeństwa zaślubiny i połączenie dwojga istot mają bowiem mistyczną siłę oczyszczającą i są drogą do królestwa Boga. To uduchowienie Kolada oddaje poprzez symboliczne oblanie głów Stiepana i Duniaszki wodą z dzbanka. Jednak religia to jedno, a wzorce społeczne to drugie. Sielanka nagle kończy się, gdy Stiepan dostał już od Duniaszki to, co chciał i postanawia brutalnie ją zdominować według normy, że to, co męskie jest silne, zaborcze i nie boi się podnieść ręki. Wyrzutów sumienia nie ma, no bo dlaczego niby miałyby być, skoro już przed zamążpójściem kobieta jest traktowana przedmiotowo jak towar, który ma dać zamierzony efekt i tylko służyć. Dlaczego więc nie miałaby też służyć do wyładowania agresji. I jeśli Podkolesin jest za słaby, by nie dać się wmanewrować w ślub, to prawdopodobnie będzie też za słaby, by nie ulec też innym „bardzo męskim” wzorcom społecznym w swoim otoczeniu.

Z przedstawienia Kolady wychodzi się ze zrozumieniem i ulgą, że Podkolesin uciekł, a także refleksją, że to może ostatecznie najnormalniejszy z bohaterów tej sztuki. Opuszcza się też teatr z przekonaniem, że Ożenek jest świetnym warsztatowo przedstawieniem, którego reżyser podszedł z dużą wrażliwością do inscenizowanego dramatu, nie pozostając jednocześnie więźniem tekstu, nieraz luźno się nim inspirując. A za reżyserem poszli aktorzy, którzy rozłożyli komediowe skrzydła. Dawno nie widziałam tak dobrej i wieloznacznej komedii, a w Teatrze Śląskim chyba nigdy.

Małgorzata Bryl – absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Pełniła obowiązki sekretarza redakcji kwartalnika teatralnego „nietak!t” i współtworzyła serwis teatralny.pl. Obecnie pracuje jako dziennikarka serwisu informacyjnego GazetaCodzienna.pl - Śląsk Cieszyński on-line. Jej pasją jest teatr, o którym często pisze na łamach czasopism kulturalnych. Współpracowała z: „Dziennikiem Teatralnym”, „Performerem”, „Didaskaliami”, „Ultramaryną” i „Reflektorem”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz