czwartek, 26 listopada 2015

„Makbet”, reż. Justin Kurzel, premiera 27 XI 2015

fot. materiały dystrybutora


Piękny bryk dla szkół

Nie idźcie na ten film. Trzymajcie się od niego jak najdalej. Tak, wiem, że sporo otrzymał gwiazdek w zagranicznych mediach. Cóż z tego, skoro ze wspaniałego dramatu Williama Shakespeare'a zrobiono ordynarny, zwykły, mamiący efekcikami bryk dla szkół.

Znajoma Angielka niedawno powiedziała mi, że najgorzej jest u nich z adaptacjami Mistrza ze Startford, bowiem muszą je grać w oryginale. Nie ma więc miejsca na kunszt i słowne zabawy tłumacza, władającego współczesnym językiem jak rapierem. Nadanie wiarygodności wypowiadanym kwestiom po angielsku, ze współczesną ekspresją to spore zadanie dla aktora i z tego ambarasu na pewno wyszedł jako tako niezły w tym filmie Michael Fassbender. Na pewno nie zawiodą się wielbicielki jego talentu. Jest go na ekranie dużo, głównie w nieznośnie bliskich planach. Zresztą, film został nakręcony głównie w bliskich planach, najazdach kamery na postaci i szerokich kadrach pokazujących przyrodę Szkocji.

Dramaty Shakespeare'a dlatego są wybitne i wciąż często grane w teatrach, ponieważ można je wypełnić w zasadzie dość dowolną, odnosząca się do tu i teraz treścią. Zatem robi się „Makbeta” najczęściej o wojnie, o polityce, o dramacie władcy i tak dalej. Tu, reżyser Justin Kurzel postanowił chyba skupić się na tym ostatnim, chociaż i to ciężko stwierdzić.

Jest w filmie kilka niezłych scen. Choćby ta, gdy Makbet chodzi po komnacie jak po więziennej celi, odchodząc już od zmysłów. Wie, że jedyne przepowiednia wiedźm już w zasadzie nie działa, pojął że „las zaraz podejdzie do murów zamku”. Niezła jest scena pomiędzy Makduffem a Malcolmem na wzgórzu, gdy Malcolm zawiadamia druha o wymordowaniu mu przez podwładnych Makbeta żony i dzieci.

Zastanawiałem się jednak podczas projekcji, jak można by jeszcze bardziej wydłużać kadry, robić jeszcze dłuższe, nieznośne już i tak slow motion – tu kilkakrotnie występujące, szczególnie w scenach bitew. Sporo jest też podkolorowanych efektów – te czerwienie łopatologicznie odsyłające do krwistych scen, których jak wiadomo w tym dramacie Shakespeare aż nadto. Więc należy je podkręcić, by nieprzekonany widz wiedział, że krwią zbroczone ręce i dusza naszego bohatera. Fassbender nie pomaga, bo przez większa część filmu kroczy z posępną miną, gra faceta z tajemnicą i bogatym życiem wewnętrznym. A przepiękna Marion Cotillard... partneruje.

Ale szkoły pewnie na „Makbeta” przyjdą. Bo to „Makbet” mniej więcej oddający o czym jest dramat. Mniej więcej, bo kilka wątków pominięto na rzecz minimalu w słowach, jak napisałem rozciągniętego w piękne sceny. Tempo filmu najpewniej wykończy sporą część nastolatków, przyzwyczajonych do szybkich impulsów na ekranie. Zrobiono z ciekawego dramatu baję jakich mało. Stworzono coś, czego nienawidzę: półprodukt udający film. Bez pomysłu, bez sensu. Ot, taki bryk z przystojnym aktorem i ładną aktorką. Jeśli już kupiliście bilet, to wypijcie przed pokazem mocną kawę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz