wtorek, 13 października 2015

Przemysław Gąsiorowicz, Myśli ze stłuczonej łepetyny

fot. http://www.imaginariumart.com.pl/

Pożar Kozdroniowej chałupy

 Chałupa Kozdroniowa stała we samym środku wsi. Stary Kozdroń miał w życiu dwie namiętności: całymi dniami kurzył machorkę i, nie wiedzieć z jakiego powodu, całymi dniami znosił do domu wszelkie możliwe gazety, jakie tylko gdzie po wsi znalazł. W nocy natomiast dalej kurzył machorkę i czytał te gazety. Za to i oczytany był z niego chłop ogromnie. Ale i roztargniony przy tym niemało.
Razu pewnego zasnął sobie głęboko przy czytaniu gazety, nie dokończywszy uprzednio palić zaczętej przed chwilą machorki… Żarzący się popiół z tkwiącego w półotwartych Kozdroniowych ustach peta, spadł był na stos pożółkłych „Rzeczpospolitych”, „Wyborczych” i innych „Newsweeków”. Na efekt długo nie trzeba było czekać. Zanim Kozdroń zdołał na dobre wybudzić się, chałupa kozdroniowa fajczyła się, aż miło!
Wybiegł stary Kozdroń z chałupy z wrzaskiem.
- Ludzieeee!!! Chałupaaaa!!! Moja chałupaaa!!!
W te pędy zbiegła się cała wieś z sołtysem na czele.
Zbiegła się stanęła i patrzy.
- Co tu robić? Co robić? – głowili się ludziska.
- Trza po Wójta! Po radnego! Po plebana! – zawyrokował sołtys.
Tak i po krótkiej chwili, z minami nader zasępionymi, przyjechali: wójt, radny i pleban. Przywitali się uściskiem dłoni z każdym mieszkańcem wsi z osobna, pleban pobłogosławił wszystkich razem i każdego oddzielnie, na tle płonącej chałupy ustawiono mównicę i jako pierwszy głos zabrał wójt.
- Drodzy moi, jest źle. Nie da się ukryć. Nie da się wyciszyć. Zamieść pod dywan. Trzeba radzić.
Jako drugi na mównicę wszedł pleban.
- Kochani, klęknijmy.
Wszyscy przyklękli, zmówili pacierz, powstali z kolan, po czym z mównicy odezwał się radny.
- Musimy udać się na naradę, by wypracować wspólne stanowisko.
Po tych słowach wszyscy trzej, z minami nader poważnymi, zamknęli się w Kozdroniowej stodole.
Po dłuższej chwili wynurzyli się z niej, z minami nader zadowolonymi.
Wójt przemówił (z mównicy):
- Mamy konsensus. Wszyscy trzej jesteśmy w pełni zgodni, co do faktu, że chałupa Kozdroniowa rzeczywiście płonie. I jest to żywy, prawdziwy ogień.
- Kochani, klęknijmy – skwitował pleban (z mównicy).
Po odmówieniu dziesiątki różańca na mównicę wszedł radny.
- Musimy teraz uradzić, co tu robić dalej.
I znów wszyscy trzej zamknęli się w stodole. A po dłuższej chwili wyłonili się z niej z minami uroczystymi i kolejno zaczęli zajmować miejsce na mównicy, stojącej na tle coraz bardziej spalonej chałupy starego Kozdronia.
- Jednomyślnie doszliśmy do wniosku, że pożar należy ugasić! – zawołał wójt.
- Tylko jak? – trzeźwo zapytał radny.
- Klęknijmy! – zaproponował pleban.
Po wspólnym odśpiewaniu Roty, wójt, radny i pleban ponownie udali się na naradę za zamkniętymi drzwiami stodoły. Chałupa Kozdroniowa fajczyła się w tym czasie, jak jasna cholera!
Po wyjściu ze stodoły wszyscy trzej weszli na mównicę i zgodnym chórem wykrzyczeli, to co uradzili.
- Trza zawezwać Straż Ogniową!
Ludziska popadły w euforię! Zaczęły wiwatować, skandować, wyrzucać czapki w górę! Po chwili zdjęły ludziska z mównicy wójta, radnego i plebana i zaczęły podrzucać ich na rękach w górę i dalej wiwatować na ich cześć! Zapanowała wielka radość!
W tym czasie chałupa starego Kozdronia dofajczyła się w spokoju do cna...
Wtedy na sygnale zajechała Straż Ogniowa. Z czerwonego wozu wyskoczyły chłopy, jak dęby, nażelowane, wymuskane, z białymi zębami, w pięknych mundurach i lśniących hełmach.
Ustawiły się w szeregu, dumnie piersi wypięły i dziarsko odśpiewały hymn państwowy. A że gasić w zasadzie nie było już czego, wójt przypiął im po orderze, radny uścisnął każdemu dłoń i poklepał po ramieniu, a pleban z serca pobłogosławił.
Po uhonorowaniu strażaków, Wójt podszedł do starego Kozdronia, wyściskał go jak brata, siarczyście klepnął w plecy i powiedział:
- No, Kozdroń... tego... Państwo zdało egzamin. Możesz być dumny. Daj pyska, chłopie. – i ucałował go w same usta.

Ludziska po raz kolejny zakrzyknęli „Wiwat!”, a sołtys zarządził:
- A teraz wszyscy do remizy! Mam jeszcze parę skrzynek „Ludowej”, co mi po ostatnim weselu została!
I w wybornych nastrojach cała wieś, wójt, pleban, radny i strażacy poszli świętować sukces.
Wtedy z nieba począł padać rzęsisty deszcz, który zdusił do końca tlące się jeszcze gdzieniegdzie czarne kikuty dawnej chaty Kozdroniowej…
Przed byłą chatą, w strugach deszczu stał stary Kozdroń z niedopalonym petem w rozdziawionych szeroko ustach...





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz