sobota, 16 maja 2015

„Czarny ogród”, wariacja sceniczna na motywach książki Małgorzaty Szejnert, reż. Jacek Głomb, Teatr Śląski. Recenzuje Małgorzata Bryl.

fot. Krzysztof Lisiak

Wielka karuzela historii

Kazimierz Kutz „Czarny ogród” Małgorzaty Szejnert przyrównał do meteorytu, który spadł na ziemię śląską. To imponujący dokument prezentujący sto lat dziejów Giszowca, miasta ogrodu w Katowicach. Dociekliwość i pasja Szejnert pozwoliły jej zebrać na blisko pięciuset stronach opowieść złożoną z wątków historycznych, społecznych czy artystycznych. „Czarny ogród” to również plątanina pojedynczych historii, wspomnień, które przed reporterką snuli gwarą mieszkańcy górniczego osiedla.

Katowicka saga została wystawiona prapremierowo na deskach Teatru Śląskiego w reżyserii Jacka Głomba. Krzysztof Kopka, autor scenariusza stworzył wariację sceniczną na motywach książki: nadał tempa zdarzeniom, dobudował realistyczne dialogi i dopisał niektóre sytuacje, na przykład fantastyczne zdarzenia w raju czy kłótnię aniołów. Pomimo wyboru z dzieła reporterskiego Szejnert, przedstawienie i tak trwa długo, bo dwie i pół godziny.

Spektakl prezentuje zdarzenia chronologicznie, tak jak w reportażu. Historia zaczyna się w czasach, gdy na Śląsku o wydobywaniu węgla jeszcze nikt nie słyszał, choć coraz poważniej mówi się o potencjale leżących tam złóż naturalnych. Z Wrocławia do Katowic przybywa Georg Giesche (Andrzej Warcaba), który wierzy w prawdziwość nowinek naukowców, ale gdyby ktoś mu wtedy powiedział, że w przyszłości jego ród będzie właścicielem bardzo dochodowych kopalni, popukałby się w czoło. Potem oglądamy zdarzenia już znacznie późniejsze – zaczyna się projektowanie i budowa nowoczesnego osiedla górniczego, czyli Giszowca nazywanego wtedy Gieschewaldem. Wydobycie węgla rozpoczęło się już na całego, trzeba więc dać godziwe lokum dla pracujących tu górników i ich rodzin. Kopalnie rozrastają się, zatrudniejąc coraz więcej ludzi, a każdego roku biją rekord wydobycia.

Sceniczna historia przyspiesza. Jak na szaleńczo kręcącej się karuzeli migają przed nami trzy powstania śląskie i dwie wojny światowe. Z korowodu zdarzeń wychwytuję czasy prosperity i upadku kopalń, strajki górników, zmiany rządów i ustrojów, przemiany na stołkach dyrektorskich spółek kopalnianych. Śląsk raz jest niemiecki, potem polski, to znów niemiecki, a następnie ponownie polski. Giszowiec jest Gieschewaldem, Giszowcem, Osiedlem Staszica, a potem znów Giszowcem. W pewnym momencie koła wieży wyciągowych przestają się kręcić, a kopalnie upadają, ale my i tak gnamy dalej za kolejnymi wydarzeniami. Zdyszani wpadamy we współczesność i tu dopiero zwalniamy a przedstawienie nie daje jednoznacznych odpowiedzi, co będzie dalej. Podobnie jak u Szejnert w otwartym zakończeniu: „Nie ma kopalń. Co będzie dalej? Wszystko zależy od ciebie”.

Przed premierą Jacek Głomb podkreślał w jednym z wywiadów, że: „My, Polacy, wciąż myślimy, że wielka historia jest najważniejsza, a te nasze osobiste, małe historyjki, już nie. Wmawia nam się, że nasze życie to wynik Historii. Jest na odwrót: najpierw jest nasze życie, a potem dopiero wielka historia”. „Czarny ogród” podobnie jak inne przedstawienia Głomba (szczególnie z nurtu legnickiego, „Łemko”, „Orkiestra” i całkiem niedawne „Madonna księżyc i pies” czy „Zabijanie Gomułki”) uwypukla jednostkowe opowieści na tle historii przez duże H. Przez zawiłe losy Giszowca prowadzi nas Wojciech Bywalec (Bernard Krawczyk), górnik z Giszowca i obieżyświat. Za życia nie mógł usiedzieć w miejscu, teraz też znudziło mu się siedzenie w raju i postanawia wrócić na ziemię. Bóg chętnie posłucha, co to jest ten Śląsk, bo gańba nie wiedzieć.

Bywalec schodzi więc na ziemię i zagląda przez okienka giszowieckich chałup, a potem betonowych bloków. Uśmiecha się, patrząc jak zaraz po trzecim powstaniu śląskim przyszła żona (Katarzyna Błaszczyńska) ciągnie do ołtarza Alberta-Wojtka Badurę (Dariusz Chojnacki), podczas gdy on orientuje się, że w gorączce przygotowań przedślubnych przeoczył wjazd wojska polskiego do Katowic na czele z generałem Szeptyckim. Bywalec wstępuje też do kościoła, gdzie komunii udziela ksiądz Dudek (Andrzej Warcaba), który w 1939 powita z radością wojska Wehrmachtu wchodzące do Giszowca. Jest też w rozwijającym się zakładzie fryzjerskim Jana Lubowieckiego (Michał Piotrowski), fryzjera i miłośnika malarstwa. Ze współczuciem spogląda, gdy Lubowiecki i jego żona Ela (Krystyna Wiśniewska) dowiadują się o porażeniu mózgowym ich maleńkiego dziecka. Bywalec podgląda też Teofila Ociepkę (Michał Rolnicki) w pracowni malarskiej przy pracy.

„Kiedyś wszystko musi umrzyć, robiliśmy w tej czernicy, i tam wrócimy” – to fragment wypowiedzi malarza Erwina Sówki, którą Małgorzata Szejnert zdecydowała się umieścić na końcu swojej książki. Być może dlatego Małgorzata Bulanda, autorka scenografii, rekwizytów i kostiumów „Czarnego ogrodu” zdecydowała się umieścić zdarzenia rajskie pod ziemią, w kopalni. W dalszych scenach scenografia pozostaje niezmienna. Scena jest czarna, zaciemniona, po bokach widać tylko długie drabiny, jak w dawnych, nie za głębokich szybach kopalnianych. Kolorystyka jest stonowana, dominuje czerń, szarość roboczych ubrań górników, biel wykrochmalonych fartuchów gospodyń i beż drewna. Drewniana jest scena obrotowa w centrum i stojące na niej konie na biegunach. Z tego budulca zostają wykonane także rekwizyty (np. duża słuchawka telefoniczna) i wagonik na węgiel, który w zależności od sceny staje się domem, łóżkiem, stoiskiem fryzjerskim czy trumną.

Szczególnie ważnym elementem scenografii jest scena obrotowa z końmi na biegunach – Głomb uczynił to miejsce osią większości zdarzeń scenicznych. Kręcąca się scena przypomina karuzelę. Tak jak zakręcone są losy śląskich rodzin, które wskakiwały w jedne zdarzenia, by następnie z nich wypaść i zostać wciągniętym w kolejne. Pędząca zbyt szybko karuzela bywa też niebezpieczna. Nieprzystawalność Ślązaków do zmieniających się jak w kalejdoskopie realiów, w jakich się znajdowali niekoniecznie ze swojej winy (np. ścigani przez SS za udział w powstaniach śląskich, a po wojnie piętnowani przez Polaków za wcielenie do Wehrmachtu), powodowała czasem bolesne zawody i błędne decyzje prowadzące do tragedii. Jednak kręcące się statecznie koło życia było też dla śląskich rodzin górniczych z Giszowca źródłem dobrobytu i szczęścia. Wszystko do czasu, gdy koła wieży wyciągowych kopalni przestały się kręcić. Upadały kopalnie, a dziedziczone po dziadkach i rodzicach gospodarstwa w Giszowcu zastąpiono blokami z wielkiej płyty. W blokowiskach rytm dawnego życia został zaburzony i wielu mieszkańców nie umiało tego znieść. To pewnie dlatego w pewnym momencie pod koniec przedstawienia dobroduszne koniki z drewna zastępuje wymyślny łabędź, ale i on wkrótce wykoślawia się i przewraca, a scena obrotowa przestaje się kręcić.

W „Czarnym ogrodzie” wielość zainscenizowanych zdarzeń historycznych i jednostkowych historyjek jest tak duża, że nie sposób ich wszystkich rozszyfrować i zapamiętać. Jednak chyba nie o to chodzi. To przedstawienie obserwuje się jak barwną, pędzącą karuzelę, wychwytując tylko część tych najbliższych sercu historii. Ta dezorientacja widza (na skutek namnożenia wątków, a nie braku dopracowania przedstawienia) być może ma przypominać uczucia rodzin z Giszowca, które wrzucane w kołowrót zdarzeń historycznych, nie zawsze potrafiły się w nich odnaleźć.

Małgorzata Bryl – absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Pełniła obowiązki sekretarza redakcji kwartalnika teatralnego „nietak!t” i współtworzyła serwis teatralny.pl. Obecnie pracuje jako dziennikarka serwisu informacyjnego GazetaCodzienna.pl - Śląsk Cieszyński on-line. Jej pasją jest teatr, o którym często pisze na łamach czasopism kulturalnych. Współpracowała z: „Dziennikiem Teatralnym”, „Performerem”, „Didaskaliami”, „Ultramaryną” i „Reflektorem”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz