czwartek, 16 kwietnia 2015

Przemysław Gąsiorowicz, Myśli ze stłuczonej łepetyny

fot. http://www.imaginariumart.com.pl/

Plutonowy Grzebulec

Pułkownik Pastuch chodził po swoim gabinecie i z rozmarzoną miną wertował podręcznik do historii antycznej. W tym czasie plutonowy Grzebulec stał przed zwierzchnikiem wyprostowany jak struna i wpatrzony oczami pełnymi podziwu i uwielbienia dla światłości swojego ukochanego przełożonego.
- Eech... Starożytna Sparta... – westchnął po długiej chwili zadumy pułkownik Pastuch - To były czasy! Już małe dzieci ćwiczyli na żołnierzy! I tylko na żołnierzy! Nie jak w innych armiach, gdzie stolarz, albo chłop, przechodził podstawowe szkolenie i szedł na wojnę. Nie! Spartanin od małego chłopca spał na twardej ziemi, jadł suchy chleb, popijał go wodą i od świtu do nocy ćwiczył walkę: na noże, na miecze, walkę wręcz... A jak który zachorował, był ranny, czy niedomagał, to spychali go ze skały. Prawdziwe, twarde, żołnierskie życie. Żołnierka, to była przygoda dla prawdziwych mężczyzn! Dla słabych nie było miejsca w armii! Byli sami zdrowi, silni i wysportowani! Żadnej taryfy ulgowej! Ich ciała były jak greckie rzeźby. A ich uścisk był ze stali. Nie znali strachu! I byli niezwyciężeni! Państwo mogło na nich liczyć. A wy, plutonowy Grzebulec, co? Chcecie być takim właśnie prawdziwym żołnierzem?
- Tak jest, panie pułkowniku! – wykrzyknął radośnie i prawdziwie po żołniersku plutonowy Grzebulec.
- Chcecie być dzielni, nieustraszeni i niezwyciężeni? – dociekał pułkownik Pastuch.
- Tak jest!
- Chcecie służyć Ojczyźnie całym swoim zdrowiem i życiem
- Tak jest!
- Więc jak interes Państwa będzie tego wymagał, bez mrugnięcia okiem pojedziecie do Afganistanu? I to nie dlatego, że za to lepiej płacą, ale dlatego, że jesteście zawodowcem i nie robicie łaski?
- Do Afganistanu??!! Ale tam strzelają!!!! Normalnie granaty tam są prawdziwe, bomby, miny, armaty, karabiny!
- Jak to?!... – pułkownik nie krył zdumienia i zaskoczenia.
- No naprawdę! Kolega mi opowiadał, że jak tam był, to normalnie do nich strzelali! Z prawdziwych naboi! Tam ludzie giną! Normalnie jest wojna! A żona tego kolegi mówiła mi, że ten pobyt na misji wpłynął bardzo destrukcyjnie na jego psychikę! Nie może sobie ze sobą poradzić! To już nie ten człowiek! Przestał malować pejzaże... Jego poezja stała się jakaś taka... płytka... jednowymiarowa...
- No to jak wy to sobie wyobrażaliście, plutonowy Grzebulec??! Chcecie pobierać stały żołd od Państwa, zajmować służbowe mieszkanie, leczyć się w wojskowych szpitalach, mieć ubezpieczenia zdrowotne, premie, dodatki, pełny socjal dla rodziny, wysoką wczesną emeryturę i całą służbę przesiedzieć w koszarach?!
Tutaj plutonowy Grzebulec zamyślił się przez chwilę i po pewnej pauzie odparł:
- No, tak. I fajne laski żeby na mnie leciały... Na mundur znaczy się... A po pracy zrzucać mundur i wkładać rurki...
- To chyba trochę się tak nie da! – krzyknął mocno poirytowany i rozczarowany swoim pupilem, pułkownik Pastuch.
W tym momencie plutonowy nie wytrzymał, jakaś struna w nim pękła, jakaś długo i głęboko skrywana część własnego ja doszła do głosu i wylała się na zewnątrz i ten twardy, niezłomny żołnierz wybuchnął głośnym płaczem.
- Bo ja tak naprawdę nigdy nie chciałem być żołnierzem! Nienawidzę krzywdzić ludzi! Uważam, że z każdym wrogiem można spokojnie porozmawiać i przekonać go do swoich racji! Nigdy nie chciałem iść do wojska! Ja zawsze marzyłem, żeby... (tutaj twarz żołnierza rozjaśniła się nagle) marzyłem, żeby... w orkiestrze symfonicznej grać na flecie piccolo, koncertować, a za zarobione pieniądze prowadzić przytułek dla bezdomnych dzieci...
Pomimo poirytowania, pułkownika ujęły marzenia plutonowego Grzebulca. Zwłaszcza te dotyczące działalności charytatywnej.
- O... to bardzo szlachetne pragnienia...
- Nie ma pan pojęcia – ciągnął dalej przez łzy plutonowy – ile jest na świecie takich małych istot, skrzywdzonych przez życie i ludzi, biednych, chorych, kalekich, głodnych...
Pułkownik czuł, że słowa podwładnego coraz bardziej go rozczulają.
- Tak, to prawda...
- Można by je wszystkie umyć... ubrać... nakarmić... wyleczyć... zadbać o nie...
- To piękne, co mówicie...
- ...i za bardzo dobrą cenę sprzedać je wszystkie do Niemiec.
- Że, jak???!!! – pułkownik o mało nie wyskoczył ze swoich oficerskich butów.
- No na nerki... wątrobę... Albo tak zwyczajnie do prywatnego właściciela. Wie pan jakie one mają tam branie?
- Panie!! Co pan??!
- Są takie gładkie... miłe w dotyku... i zrobią wiele za kawałek chleba...
- Milcz! Milcz! Wynoś się pan z tego felietonu. Ludzie to czytają. Won! Won! Nie było cię tu! Wynocha!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz