poniedziałek, 2 marca 2015

„Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, reż. Krzysztof Popiołek, Teatr im. Jaracza w Olsztynie

fot. http://teatr.olsztyn.pl/

Wspomnieniowa czytanka

To niestety nie jest dobry spektakl, a szkoda, bo jechałem w sobotę do Olsztyna pełen nadziei. Miałem podstawy by sądzić, że młody reżyser, Krzysztof Popiołek poradzi sobie ze wspaniałym reportażem Swietłany Aleksijewicz. Swoje, jak się okazało, płonne nadzieje budowałem na wspomnieniach przedstawienia z Koszalina, które młody aktor Paweł Palcat dwa lata temu wyreżyserował również adaptując ten reportaż. Co ważne: celnie adaptując. U Palcata, pamiętam, była wyjątkowa energia zogniskowana na niewielkiej przestrzeni, sporo postawionych zadań, świetne punktowanie najważniejszych fragmentów tekstu. I ta pamiętna czerwona sukienka zmieniająca się w szmatę do podłogi, której aktorka pod koniec nadała mocne znaczenie krwi płynącej z rany. Bo Paweł Palcat czuje przestrzeń, potrafi pracować z aktorem, umiejętnie i mądrze korzysta z narzędzi jakie daje mu teatr, by transponować słowo na gest, ruch, sytuację sceniczną. Tego wszystkiego natomiast nie potrafi Krzysztof Popiołek, do niedawna student wypuszczony spod skrzydeł Krystiana Lupy z krakowskiej PWST.

Martwi, że kolejny to już młody absolwent reżyserii, którego oglądam wczesne przedstawienie, a który nie potrafi pracować w teatrze, nie umie postawić aktorkom jasnych zadań. Przedstawienie jest jedynie lekko podinscenizowaną próba czytaną. Na szczęście reportaż Aleksijewicz broni się i stanowi najciekawszy komponent spektaklu, otwiera wiele inscenizacyjnych możliwości. Ot, choćby, jak młode dziewczyny szły kilometrami, gdy miały okres, zostawiając za sobą ścieżkę krwi. Jak próbowały sprostać męskim zadaniom, jak na okręcie odkryto, że prócz kota jest na pokładzie również kobieta i co z tego wynikło. Jak wreszcie mówią o miłości na wojnie i co z niej zostało. Jak wspominają żołnierzy, w których się kochały i jak traktowano je po powrocie z wojny. Sporo tu dobrego materiału na teatr. Popiołek wraz z adaptatorką Martyną Lechman tego nie dostrzegli.

Na pustej, świetnie wyposażonej, scenie Margines postawiono na środku szary, plastyczny obiekt autorstwa scenografki Anny Wołoszczuk-Banasiak. Obiekt, który wymaga, by znaczenie nadawały mu aktorki, by był ogrywany. Tak się niestety nie dzieje. Wchodzi młoda dziewczyna (Joanna Graczyk), jak się zaraz okaże reporterka, alter ego autorki tekstu. Przez dobre kilka minut rozstawia sprzęt do nagrywania, podpina kable, kolumny. Niezrozumiałe, dlaczego dziennikarka pracuje na magnetofonie szpulowym, oraz po co jej kolumny? Że kto ma słyszeć to, co nagrywa? Bo bezpośrednich odniesień do widzów tu nie ma. A o ile mi wiadomo dyktafony już były w sprzedaży, gdy Aleksijewicz nagrywała wspomnienia byłych kobiet-żołnierzy. Na scenę wchodzi starsza Kobieta 1, grana przez Hannę Wolicką. Grana skromnie, oszczędnie, rola cała na wzruszającym niekiedy wspominaniu. Za chwilę dołączają do niej w rządku młodsze kobiety i zaczyna się seans wspomnień, przeplatany przegryzaniem warzywa z plastikowego pudełka. Czasem aktorki wstają, niekiedy opowieści nałożą się na siebie, bywa że przez chwilę pomilczą, któraś zacznie bezsensownie, nerwowo biegać dookoła sceny. No, takie spotkanie wspominkowe paru kobiet.

Tymczasem w tym reportażu białoruskiej pisarki zupełnie nie chodzi o wieczór wspominkowy, o czym widocznie zapomniała adaptatorka i reżyser. Idzie o to, by pokazać okrucieństwo wojny, które dotyka także kobiety. Że owszem, mówi się o mężczyznach ginących na froncie, ale nie opowiada się o tym kto ich leczył, kto pielęgnował, kto prał w rzece brudną bieliznę. Kto wreszcie pełnił obowiązki żony na froncie. Na szczęście tego fragmentu adaptatorka nie wykreśliła.

Ciężko mówić o wielkiej pracy przy tym przedstawieniu. Największą stanowiła nauka scenariusza „na pamkę”, kilka zadań owszem postawiono, kilku nie wykorzystano, jak huśtawek na proscenium. Po prostu przeczytano tekst i... doszło do premiery. Produkt to niestety teatropodobny, do miana spektaklu wiele mu brakuje. Cieszy, że niektóre aktorki próbują podegrać z własnej inicjatywy swoje kwestie, jak Milena Gauer. Widać jednak, że reżyser miał inny pomysł. Na statyczną, wspomnieniową czytankę. Szkoda, że na tym reportażu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz