środa, 25 marca 2015

"Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian", reż. Remigiusz Brzyk, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Recenzuje Luiza Nowak.

fot. Bartek Warzecha

Za prawdę, która nas wyzwoli – do dna!

W jednym z wywiadów Remigiusz Brzyk powiedział, że sztuka powinna rozszarpywać rany. Jednak jego przedstawienie Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian grane w lubelskim Teatrze im. Juliusza Osterwy nie tylko je rozszarpuje, ale także zadaje nowe. W spektaklu znajdziemy wszelkie możliwe skojarzenia związane ze złożonymi i skomplikowanymi relacjami polsko–ukraińskimi. W związku z tym na scenie dostrzeżemy mieszankę politologiczno–historycznych, a także socjologiczno–kulturowych skojarzeń związanych z naszymi sąsiadami – nie zabraknie Galicji, tanich papierosów, Lenina, UPA, prostytucji, Bandery, alkoholu, polskiego Lwowa, a także marszałka Piłsudskiego.

Przyjdzie Mordor i nas zje… jest sceniczną adaptacją książki reportażowej Ziemowita Szczerka o tym samym tytule, nagrodzonej w 2013 roku Paszportem Polityki. Osią spektaklu są wyjazdy Polaków na Ukrainę. Poszczególne sceny i najróżniejsze polskie wycieczki łączy postać polskiego dziennikarza Łukasza Ponczyńskiego, który grany jest przez kilku aktorów. Spośród innych postaci wyróżnia go pomarańczowa kamizelka, czyli strój w kolorze pomarańczowej rewolucji. Polacy przedstawieni w sztuce przekraczają wschodnią granicę z różnych powodów. W jednym z wątków poznajemy rodaków podróżującymi z plecaki przez dziką i nieokiełznaną Ukrainę w poszukiwaniu „hardkorowego wschodu”. Bohaterowie kreujący się trochę na postacie wyjęte z książek Jacka Kerouaca, są ciągle w drodze, żyją z dnia na dzień. Ich główną rozrywką podczas przemierzania ukraińskich stepów jest piciebalsamu „Wigor” z kwasem chlebowym i zażywanie środków odurzających. W czasie wakacji, poszukując „hardkoru” poznają lokalne atrakcje, często podczas konsumpcji alkoholu z autochtonami. Poszukiwanie wrażeń to niejedyny powód polskich wyjazdów. Wycieczki historycznym szlakiem „ polski ślad na Ukrainie” s,a kolejnym celem podróży. W spektaklu poznajemy więc polskich studentów, którzy przyjeżdżają do Drohobycza, aby zwiedzić miasto polsko–żydowskiego pisarza Brunona Schulza i oddać mu hołd. W trakcie tych scen na ekranach starych kineskopowych monitorów ustawionych na scenie możemy zobaczyć ilustracje autorstwa Schulza. Zwiedzanie ukraińskich terenów szlakiem dawnych polskich mistrzów przyciąga kolejnych turystów, którzy wierzą lub próbują wierzyć w wyidealizowany obraz polskich, a obecnie ukraińskich terenów. Mimo udawania i autokreacji trudno uwierzyć, że studentki polonistyki pijące balsam Wigor nad zapalonym ku pamięci Schulza zniczem, naprawdę tak cenią jego prozę.

Kolejnym celem autokarów wypełnionych Polakami jest oczywiście cmentarz na Łyczakowie, gdzie znajdują się groby Orląt Lwowskich. Naturalnie, nie ma nic złego w tym, że rodacy przyjeżdżają upamiętnić bohaterską walkę młodych obrońców Lwowa. Wątpliwości jednak pojawiają się, gdy zaobserwujemy zachowania typowych polskich wycieczek, które biegają z aparatami w poszukiwaniu najmłodszego Orlęcia i zachowują się co najmniej poniżej poziomu i godności tego miejsca. Zdjęcie z „orlęciem lwowskim” na wieczną pamiątkę też oczywiście podczas takiej podróży jest obowiązkowe! A dookoła wycieczek kręcą się żebrzące ukraińskie dzieci, które próbują uzyskać jałmużnę od zachodnich sąsiadów. Najskuteczniejszym sposobem jest „powołanie się” na polskie korzenie. „Polskie dziecko!” – wołają Polacy, dając pieniądze i błogosławiąc na drogę. Wspomnienie dawnej potęgi Rzeczpospolitej od morza do morza niewątpliwie ciągle tkwi w Polakach, którzy zwiedzają Ukrainę niczym swą dawną kolonię, szukają swoich przodków, oczywiście z szanowanych polskich rodów. Polacy żyją przeszłością i wspomnieniem idealizowanej potęgi.

Patrząc na tę mieszaninę kompromitujących polski naród, oderwanych od siebie scenek-etiud można sobie od razu zadać pytanie: dlaczego Polacy jeżdżą na Wschód? Dlaczego akurat Ukraina stała się celem ich podróży? Nie ulega wątpliwości, że przyjeżdżając na Ukrainę Polacy traktują miejscowych z taką samą niechęcią i dystansem jak mieszkańcy państw Europy Zachodniej traktują Polaków. Przyjeżdżając do kraju, który uważają za „bajzel na kółkach” i dziki wschód, mają niepowtarzalną i jedyną okazję, aby poczuć się lepsi, bogatsi, bardziej europejscy. Obserwują biedę i nędzę, robią zdjęcia i z nostalgią zwiedzają swoje dawne majątki (notabene podobnie jak Niemcy, którzy zwiedzają Wrocław). Oba narody, zarówno polski i ukraiński, mimo wielu różnic i zaszłości historycznych łączy niepogodzenie się ze swoim losem i wspominanie przeszłości? Oba kraje stały się przecież ofiarami historii, przegranymi losu i wielkiej polityki. Ciągłe kompleksy, ciągłe rozważania, co by było gdyby..., a historia idzie do przodu. Myśl, że wszystko mogłoby potoczyć się inaczej ciągle tkwi po obu stronach granicy.

W spektaklu łącznikiem między Polską, a Ukrainą wydaje się być Taras (Przemysław Gąsiorowicz) – polski Ukrainiec bądź jak kto woli, ukraiński Polak. Bohater patrzy na otaczającą go biedną i przygnębiającą rzeczywistość z dystansem. Podczas scen z jego udziałem padają trudne pytania i jeszcze trudniejsze odpowiedzi: o wojnie polsko–ukraińskiej i przodkach po przeciwnych stronach barykady, o wyobcowaniu w Europie obu narodów i dualizmie Ukrainy, która jest pół Azją, ale jednak także pół–Europą. Przyjdzie Mordor i nas zje… mimo podejmowania ciężkich tematów jest spektaklem dynamicznym, chociaż zdarzają mu się momenty spowolnienia akcji, przez co niektóre wątki mogą wydać się nużące. Komentatorem rzeczywistości scenicznej jest postać marszałka Piłsudskiego (Janusz Łagodziński), który przewija się między scenami i przypomina, że złożoność polsko-ukraińskich relacji to nie ostatnie pięćdziesiąt, ale dużo więcej.

Spektakl spełnia jedną z podstawowych funkcji sztuki, która powinna nie tylko bawić, ale także zadawać pytania oraz skłaniać do refleksji i myślenia na trudne i nie zawsze przyjemne tematy. Oryginalnym wydaje się pomysł, aby wystawić przedstawienie na temat Ukrainy właśnie w województwie graniczącym z tym państwem. W dodatku, w czasach, gdy sprawy ukraińskie obecne są niemal codziennie w serwisach informacyjnych, a hasłami typu „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, czy „solidarność z Ukrainą” media nacierają na nas każdego dnia. Może się to jednak okazać ryzykownym wyborem repertuarowym, ze względu na zmęczenie konfliktem ukraińskim oraz ogólną niechęcią do podejmowania trudnych tematów przez polskie społeczeństwo. Część naszych rodaków niechętnie zastanawia się nad sobą i swoimi wadami. Polskość mnie męczy – pada z ust jednej z postaci. Spektakl Brzyka zbiera wady polskiego społeczeństwa jak w soczewce i jak to satyra, wyolbrzymia je ze wzmożoną siłą. Boli? Oburza? Zawstydza? Scena wydaje się być lustrem, w którym odbijają się zachowania, często kompromitujące i ośmieszające nasze społeczeństwo.

Luiza Nowak – studentka prawa UMCS, redaktorka lubelskiej gazety teatralnej "Proscenium".

2 komentarze:

  1. "Obserwują biedę i nędzę, robią zdjęcia i z nostalgią zwiedzają swoje dawne majątki (notabene podobnie jak Niemcy, którzy zwiedzają Wrocław). "
    Przepraszam, ale ta analogia jest niedopuszczalna. Ci Niemcy zanim zostali wypędzeni wywołali wojnę i dopuścili się ludobójstwa. Zaś Polacy sami byli ofiarami ludobójstwa a ich majątki zostały im po prostu skradzione.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję za komentarz. proszę zauważyć, że analogia w artykule została poczyniona w związku z samą czynnością tak zwanego "zwiedzania". Tu - zgódźmy się - niestety wygląda to identycznie. Co do przyczyn to nie ma między nami sporu - były oczywiście inne.

      Usuń