wtorek, 3 marca 2015

Przemysław Gąsiorowicz, Myśli ze stłuczonej łepetyny

fot. http://www.imaginariumart.com.pl/


Informacja

Mój dobry, naprawdę bardzo dobry kolega z krakowskiej szkoły teatralnej, przebrany za pracownika polskich kolei namawiał mnie ostatnio z internetów i z telewizora, żebym śmiało korzystał z usług PKP, bo to już zupełnie inna firma niż kiedyś. Że niby lepsza, nowocześniejsza, wygodniejsza, czystsza, bardziej pachnąca, bardziej światowa i w ogóle. A to, myślę sobie, skoro Piotrek tak mówi, to musi cosik w tym jest. Przeca kumpel by mnie nie kłamał. Trza łobacyć.
Tedy wziąłem ci ja sobie telefonik i wykręciłem numer na informację PKP.

Halo! O, Jezu! Ja też słucham... niech pani tak nie krzyczy... Jakie są możliwości, żebym dostał się jutro z Zielonej Góry do Warszawy? Przez Szczecin??? Nie ma bezpośredniego? A... To jest bezpośredni... A jakieś inne połączenie? Przez Kraków?! To w takim razie poproszę coś z przesiadką. Że jak??! Z siedmioma??!! Ale ja nie chcę jechać do Torunia! To co z tego, że tam jest wygodne połączenie i nie ma remontów! Ja chcę jechać do Warszawy! Nie no, ja wiem, że mogłem sobie kupić samochód. I chyba tak zrobię. Dobrze. Nieważne, niech mi pani poda tę trasę przez Szczecin, o której wyjazd, przyjazd itd. No to jak jutro nie odjeżdża, to kiedy? W pierwszy piątek każdego miesiąca i w co drugi wtorek? Dobrze, a ten przez Kraków, to jest pośpieszny, ekspres...? Aha – od Poznania do Krakowa pośpieszny, a dalej osobowy... A on chociaż kursuje codziennie? Codziennie oprócz niedziel, świąt i co trzeciej soboty, rozumiem. Naprawdę nie ma żadnej alternatywy? Jest??? A... okrężną drogą... Dobrze, to poproszę. Tak... Tak... Tak... Rozumiem... Czyli tak: najpierw jadę pośpiesznym do Katowic, tym, który kursuje od stycznia do czerwca codziennie, a od lipca do grudnia tylko w drugi tydzień każdego miesiąca, ale bez środy. Następnie przesiadam się w osobowy do Łodzi, ten który jeździ tylko w okolicach Świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocy i w wakacje i ma kilkugodzinne opóźnienia, bo się psuje. Nad ranem następnego dnia ląduję na stacji Łódź Widzew. Wsiadam w tramwaj, lub autobus, lub taksówkę, lub piechotą przedostaję się do dworca Łódź Kaliska. Tam, z ciężkim plecakiem, dwoma torbami i wywieszonym językiem, wbiegam na peron czwarty, a nie drugi, jak jest na rozkładzie, bo trzeci jest akurat w remoncie. Muszę się śpieszyć, bo za pół minuty odjeżdża ekspres do Kutna. W Kutnie na dworcu czekam trzy godziny, pijąc tę obrzydliwą herbatę z niedogotowanej wody, po czym wreszcie wsiadam w Intercity do Warszawy. Uff! A jak jest z biletem na tą trasę? Aha, za każdy przejazd muszę zapłacić oddzielnie, bo pośpieszny, ekspres i intercity się nie sumują, rozumiem. To niech mi pani jeszcze coś powie na temat tej promocji, o której tak głośno ostatnio. O ten tańszy bilet rodzinny. Uhm... Rozumiem... Czyli musi być minimum osiem osób blisko spokrewnionych rodzinnie, bilet należy zarezerwować najpóźniej na trzy miesiące przed planowaną podróżą, a wykupić go dokładnie w dniu poprzedzającym wyjazd punktualnie o godzinie 12.03 i ani sekundę później, ani wcześniej i wtedy będzie zniżka. Ile??? Piętnaście procent... Dobrze, dziękuję pani.

Wyłączyłem telefon i schowałem do kieszeni. W tym momencie pod palcami wymacałem jakiś papiórek.
- O! Ulotka reklamowa: „Z nami szybko i wygodnie! PKP”...

Piotrze... Nie mam do Ciebie pretensji. Rozumiem – zapłacili, powiedziałeś co chcieli. Jak nas obu uczyli w szkole: „Aktor od grania, jak d...a od sr...a”.
Ale – nie obraź się – na nic więcej już mnie, chłopaku, nie namówisz...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz