wtorek, 17 lutego 2015

„Rzeźnia”, reż. Artur Tyszkiewicz,Teatr Ateneum w Warszawie. Recenzuje Paulina Sygnatowicz.

fot. Bartek Warzecha

Mrożek poćwiartowany

Gdyby „Rzeźnia” w reżyserii Artura Tyszkiewicza była nowoczesnym performancem, który w dosłowny sposób miałby nam pokazać, że dobra sztuka w dzisiejszych czasach nie istnieje, byłaby pełnym sukcesem. Niestety, grana na deskach Teatru Ateneum jako spektakl teatralny, jest po prostu złym przedstawieniem.
Rzeźnia” napisana została w 1973 roku jako słuchowisko radiowe. Jej przeniesienie na sceniczne deski, jak słusznie zauważył w jednym z wywiadów Artur Tyszkiewicz, wymaga zamienienia słów na obrazy. Wymaga także umiejętnego posługiwania się reżyserskim ołówkiem przy dokonywaniu skreśleń. Nie bez powodu uważa się „Rzeźnię” za jeden z najlepszych utworów Mrożka, jakie powstały pomiędzy „Emigrantami” a „Tangiem”. Autor w charakterystyczny dla siebie, groteskowy sposób, sportretował upadek kultury wysokiej i jej odbiorców. Tekst, choć przy pierwszym czytaniu może się wydawać nieco przegadany, ma niesłychanie precyzyjną konstrukcję i jak to u Mrożka bywa, iskrzy się od zabaw słowem i jego znaczeniami. Tyszkiewicz dokonując sporych skreśleń, zarżnął Mrożka. Niestety nie wyjaśnił przy tym w jakiej właściwie sprawie.
Czy chciał pokazać dramat młodego chłopaka stłamszonego przez nadopiekuńczą matkę, który może nie ma talentu, ale marzy o tym, żeby zostać genialnym muzykiem i dzięki temu wyrwać się z domu? Czy chciał opowiedzieć o zbydlęceniu współczesnej sztuki, dla której nie ma już ratunku i nawet tak skostniała instytucja jak filharmonia w prowincjonalnymi miasteczku musi ulec presji publiczności, która zamiast klasycznych dźwięków oczekuje na scenie zwykłej rzeźni? Oba te wątki u Mrożka przeplatają się w absurdalny sposób. U Tyszkiewicza funkcjonują zupełnie obok siebie. Przedstawieniu brakuje solidnej konstrukcji, a postaciom motywacji. Przykład? Flecistkę, której bohater wyznaje miłość, choć nie chce się do tego przyznać przed własną matką, reżyser zamienia na plastikową lalkę Barbie ludzkich rozmiarów. Zabieg efektowny, pokazujący, że popkultura wkradła się we wszystkie aspekty naszego życia. Jego ofiarą stała się jednak wycięta w całości scena konfrontacji Matki z kochanką syna. Tym samym zabrakło motywacji do ostatniego fragmentu sztuki, gdy obie panie jako najlepsze przyjaciółki pojawiają się w garderobie Skrzypka przed ważnym koncertem. Flecistka nie jest już lalką Barbie, ale szarą myszką z warkoczykami. Skąd taka przemiana? Nie wiadomo. – W mojej adaptacji większość zdarzeń dzieje się w głowie głównego bohatera – tłumaczył w jednym z wywiadów Tyszkiewicz. Wyobraźnia jest w stanie znieść wszystko, scena i publiczność już niekoniecznie.
Aktorzy starają się odnaleźć w tych warunkach z różnymi efektami. Tomasz Schuchardt w roli Skrzypka stworzył bardzo konsekwentną postać zahukanego i nieco autystycznego chłopaka. Sam dał się jednak złapać w jej pułapkę, budując pomiędzy sobą a innymi aktorami barierę nie do przebicia. W rezultacie w niesłychanie dialogowej sztuce brak jest dialogu (sic!) i interakcji. Dariusz Wnuk w roli Paganiniego/Rzeźnika słucha partnera, reaguje i podbija jego kwestie. Niestety wali głową w mur.
Reżyser nie zaproponował aktorom warunków, w których słowo mogłoby przełożyć się na obraz i działanie. Justyna Elminowska stworzyła niemalże pustą przestrzeń, którą wypełnia pulpit na nuty, dwa krzesła i popiersie Paganiniego. Tyszkiewicz nie znalazł pomysłu na jej ogranie. Magdalena Zawadzka w roli Matki siedzi głównie na krześle, co nie ułatwia jej narysowania portretu nadopiekuńczej kobiety, która ze strachu przed samotnością zamknęła syna w złotej klatce.
Udany duet tworzą za to Piotr Fronczewski jako Dyrektor filharmonii i Henryk Łapiński jako Woźny. Fronczewski doskonale opracował długie monologi, w których zwraca się wprost do publiczności. Doskonale wie co mówi i po co. To aktor, który z pełną świadomością operuje słowem i czuje groteskowy klimat sztuki Mrożka. Kreśli postać konformisty, który zatańczy tak jak mu zagrają, nawet jeżeli szlachetne dźwięki Beethovena miałby zostać zamienione na odgłosy szlachtowanego bydła.
O ile trudne monologi, których u Mrożka nie brakuje, wypadają przyzwoicie, z dialogiem jest już gorzej. Aktorzy ulegają jednostajnemu tempu nadawanemu przez uruchamiany co jakiś czas metronom. Przez to całość staje się po prostu nudna i męcząca. Nie pomagają hipnotyzujące ściany obite gąbką z wypustkami, którą wycisza się pomieszczenia. Po kilkunastu minutach przedstawienia męczy się także i wzrok. Czy to oznacza, że dziś w teatrze potrzebujemy mocniejszych wrażeń? Latające flaki, lejąca się litrami na scenie sztuczna krew i efekciarstwo, przeciwko którym w „Rzeźni” protestował Mrożek nie są potrzebne. Potrzebna jest umiejętność ciekawego opowiadania historii. A tej w tym przedstawieniu zabrakło.

Paulina Sygnatowicz – dziennikarka, blogerka. Przez kilka lat pracowała w redakcjach kulturalnych „Życia Warszawy” i „Polska The Times”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz