sobota, 28 lutego 2015

„Czechow żartuje!”, reżyseria: Eugeniusz Korin, Teatr 6. piętro. Recenzuje Maciej Bielak.

fot. materiały prasowe teatru

Na szóstym piętrze bez zmian

Teatr 6. piętro w Warszawie po raz kolejny sięgnął po stary, sprawdzony sposób na zapełnienie widowni. Spektakl „Czechow żartuje!” w reżyserii Eugeniusza Korina składa się bowiem z pięciu jednoaktówek Antoniego Czechowa, granych przez trójkę popularnych aktorów: Andrzeja Grabowskiego (który tym spektaklem świętuje jubileusz czterdziestolecia pracy scenicznej), Annę Dereszowską i Wojciecha Malajkata. Inscenizacja Korina nie jest specjalnie oryginalna, a spektakl jest dość przewidywalny.
Na stronach internetowych teatru reklamowano To przedstawienie jako hołd dla „uniwersalnej sztuki Teatru i najważniejszego twórcy teatru – Aktora”. Trzeba przyznać, że realizatorzy zrobili wiele, żeby uwaga publiczności od samego początku ogniskowała się właśnie wokół aktorów – przed pierwszą jednoaktówką widzowie obserwują na ekranie zdjęcia z procesu charakteryzacji trójki wykonawców, którzy kolejno przechodzą przez widownię i wychodzą za kulisy. Z kolei w ostatniej odsłonie spektaklu (którą jest Łabędzi śpiew połączony z Weselem) aktor obchodzący jubileusz pięćdziesięciolecia pracy artystycznej podsumowuje swoją karierę i snuje refleksję na temat istoty aktorstwa. Wątki związane z aktorami i aktorstwem stanowią więc klamrę, która spaja przedstawienie. A w międzyczasie jest tak, jak można się spodziewać, czyli przede wszystkim zabawnie.
Pierwsza odsłona inscenizacji Korina może jednak zaskakiwać. Spektakl rozpoczyna jednoaktówka O szkodliwości tytoniu, w której podstarzały nauczyciel ma wygłosić tytułowy odczyt, ale co chwilę zbacza z tematu, wskutek czego wykład zmienia się w publiczną spowiedź ze swojego nędznego życia. Kolejne odsłony są znacznie śmieszniejsze. Niedźwiedź to spotkanie gburowatego żołdaka z egzaltowaną wdową, którzy zapałali do siebie szczerą miłością, choć jeszcze chwilę wcześniej byli gotowi do siebie strzelać. Następujący po nim Jubileusz przedstawia perypetie antypatycznego buchaltera, który nie może skończyć pisać sprawozdania, bo przeszkadza mu w tym choroba, dwie natrętne kobiety oraz szef, który świętuje tytułowy jubileusz. Po przerwie oglądamy Oświadczyny, w których zniewieściały właściciel ziemski stara się o rękę urodziwej herod-baby, ale tytułowe oświadczyny zmieniają się w komiczny spór o własność Wołowych Łączek i o to, czyj pies jest bardziej chwytny. Całość wieńczy wspomniane połączenie Łabędziego śpiewu i Wesela, w którym aktor bezskutecznie szukający zrozumienia wśród swoich słuchaczy (dwójki kolegów z zespołu, suflera i sprzątaczki) dokonuje rozrachunku ze swoją karierą.
Spektakl Korina składa się z pięciu odsłon, a wykorzystano w nim sześć jednoaktówek. Poszczególne części łączy scenografia Barbary Hanickiej, składająca się z dziewiętnastowiecznych mebli, ściany z trojgiem drzwi i patefonu (ta scenografia zmienia się dopiero w ostatniej odsłonie spektaklu), a także skoczny motyw muzyczny wybrzmiewający na koniec każdej jednoaktówki (nie najlepszy zresztą, ponieważ nie pasuje do poważniejszych fragmentów). Realizatorzy nie zaproponowali jakiejś szczególnie odkrywczej interpretacji utworów Czechowa (może z wyjątkiem Oświadczyn, w których następuje konfrontacja antyfaceta ze sfeminizowaną dziewczyną), ale wydobyli z nich to, co najważniejsze – serdeczny śmiech z ludzkich słabostek, podszyty niekiedy goryczą i zadumą. Spektaklowi Korina brak jednak tempa, w szczególności w początkowej fazie, która rozwija się bardzo niespiesznie. Można odnieść wrażenie, że czechowowskie „boskie dłużyzny” w tej inscenizacji momentami są jednak zbyt długie.
Główną siłą inscenizacji Korina jest – jakżeby inaczej – gra trojga występujących w spektaklu wykonawców, którzy na ogół prezentują aktorstwo komediowe wysokiej jakości. Na ogół, bo gdy aktorzy na siłę chcą być śmieszniejsi niż trzeba, sięgają po środki artystyczne nie najwyższych lotów (Malajkat w Jubileuszu biegnie do telefonu skacząc jak sarna, Dereszowska w Niedźwiedziu sztucznie płacze, a Grabowski w Oświadczynach „zaciąga” po lwowsku). W całym spektaklu najrówniej wypada Malajkat, który każdemu ze swoich bohaterów nadał indywidualny rys, rozbawiając przy tym zarówno widzów, jak i swoich scenicznych partnerów. Aktor wzbudza salwy śmiechu głównie jako temperamentny, choć niepozbawiony namiętności wojak Smirnow w Niedźwiedziu i zbabiały ziemianin Łomow w Oświadczynach. Dereszowska miała najtrudniejsze zadanie ze wszystkich aktorów, ponieważ wcieliła się w największą ilość ról, a także musiała w błyskawicznym tempie zmieniać kostiumy – w Jubileuszu grała dwie role, a na zmianę strojów miała niecałą minutę. Jednak obydwie postaci grane przez nią w tej jednoaktówce są nadmiernie karykaturalne i przypominają mi bardziej postaci z komedii dell'arte niż z utworu Czechowa. Pozostałe role są dużo lepsze – z przyjemnością ogląda się zwłaszcza przemianę Heleny z niedostępnej wdowy w ognistą kobietę. A szacowny jubilat? W rolach komediowych wypada poprawnie, ale wszystkie te postaci gra na jedną nutę – każdy z granych przez niego komediowych bohaterów tak samo się śmieje, tak samo się cieszy, tak samo się denerwuje itp. Znacznie lepiej Grabowski wypada w poważniejszych fragmentach. Prawdziwym majstersztykiem jest monolog O szkodliwości tytoniu, którym aktor zinterpretował dramat człowieka zmęczonego życiem i stłamszonego przez toksyczną żonę. Grabowski mówi ten monolog niemal szeptem, ale wypowiadane przez niego słowa brzmią przejmująco i donośnie, niczym krzyk rozpaczy. Według mnie jest to jeden z najlepszych fragmentów spektaklu Korina. Z kolei ostatnią jednoaktówkę siłą rzeczy trudno odczytywać inaczej niż jako próbę refleksji Grabowskiego nad własną karierą.
Można zatem powiedzieć – na szóstym piętrze bez zmian. „Czechow żartuje!” jest bowiem kolejnym spektaklem z serii dobrych, bezpiecznych przedsięwzięć Teatru 6.piętro. Inscenizacja Korina to kolejna dobra okazja do tego, by spędzić miły wieczór w teatrze oraz szansa na spotkanie z dobrą literaturą i aktorstwem komediowym na wysokim poziomie. Nie ukrywam, że lubię takie spotkania, dlatego obejrzałem ten spektakl z przyjemnością.


Maciej Bielak – absolwent historii i politologii UMCS.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz