środa, 28 stycznia 2015

Przemysław Gąsiorowicz, Myśli ze stłuczonej łepetyny

fot. http://www.imaginariumart.com.pl/

Hardcor na PKP

Mam taką przypadłość... Według niektórych wstydliwą, ale ja się jej nie wstydzę. Wręcz przeciwnie – dobrze mi z nią. Powiem więcej – dumny jestem z tej przypadłości. Otóż lubię... czuć się poniżany... No kręci mnie to po prostu! Ale nie każdy mnie rozumie... I nie każdy, w związku z tym, chce wchodzić ze mną w interakcję, że tak to ujmę... W związku z tym często-gęsto mam problem... ze spełnieniem... No i któregoś dnia jeden z moich znajomych poradził mi: skorzystaj z usług PKP! Satysfakcja murowana!

No to tak: najpierw zadzwoniłem na informację. Po trzech dniach wreszcie się dodzwoniłem. Odebrała jakaś pani o męskim głosie. Słuchajcie: to po prostu nie mieści się w głowie! Jak ona mnie opieprzyła! I to jeszcze zanim zdążyłem zadać jakiekolwiek pytanie! Normalnie – byłem w siódmym niebie... Podekscytowany myślę sobie: „Co to będzie, jak się o coś spytam?” Zapytałem. „O której odjeżdża jutro rano pociąg do Warszawy?” Oooo taaaak! Wrzeszcz na mnie malutka! Głośniej malutka! Zwymyślaj mnie! Pragnę tego! Aaaaaa!

Potem było coraz lepiej.

Najpierw musiałem odstać swoje w długiej kolejce na dworcu, bo kas na stacji jest 10, ale czynne są 2. No więc stoję sobie tak w kolejce, stoję, aż tu nagle: jeb!!! Ktoś mnie grzmotnął w plecy! Ale to tak zdrowo i solidnie. „Jakiś strongman na pewno!” – myślę sobie. Odwracam się – emeryt... Rąbnął mnie drugi raz i wtedy poleciałem do przodu na jakąś panią. Ta się odwróciła i walnęła mnie torebką w twarz, aż się przewróciłem! Patrzę – emerytka! Wtedy poczułem nagle, że ktoś mnie strasznie mocno kopie w bok. Patrzę – siedmiolatek. Wnuczek tej babci z torebką. Wtedy emeryt z tyłu znowu tak mnie rąbnął w plecy, że poleciałem głową wprzód i znalazłem się pod kasą. Podniosłem się z podłogi, poprosiłem o bilet i czekam... Czekam... Czekam... Czekam... W końcu myślę – coś się stało. Zaglądam przez okienko, a ona czegoś szuka. Szuka, tak bardzo szuka, tak czegoś szuka, tak rozgląda się, spociła się cała, z nerwów chyba i szuka. Cała czerwona, żyła jej na czoło wyszła i szuka. I tak pół godziny! Myślę sobie: „Ważna jakaś rzecz. Bez tego ani rusz.” Zapytałem: „Czego pani tak szuka?” „Szukam ENTERA” – mówi. „Tam jest proszę panią”. „Przecież wieeeeeem!!!!” – warknęła/podziękowała.

Wsiadłem wreszcie do pociągu. Uff!!!... A tam mróz! Bo to środek stycznia był. Myślę sobie – kolejna niespodzianka – nie grzeją! Przez siedem godzin jazdy (bo tylko 100 km miałem do przejechania), będę się hibernował. Ale idę dalej, szukam przedziału. A tu następna niespodzianka: w kolejnym przedziale smaży!!! Normalnie grill! Jest tak przegrzany, że można się podwędzić! Nie wiem, co wybrać! Jest na przemian: lodówka, smażalnia, lodówka, smażalnia. Do wyboru, do koloru. Chcę się hibernować – proszę! Chcę się grillować – proszę! Myślę sobie: trudny wybór... Ale w tym momencie przechodził korytarzem jakiś wojskowy i chyba mu przeszkadzałem, czy coś, bo złapał mnie za kołnierz i kopiąc w tyłek wepchnął mnie do grilla! I sobie poszedł. Cóż – los wybrał. Ale jest noc –ciemno za oknem – myślę: zdrzemnę się. Miarowy stukot kół, szum pociągu, pusto w przedziale... Z wolna zacząłem zapadać w błogi sen... odpływać... Nagle jeb! Buch! (drzwi), trzask! (światło). Co się dzieje? Co się dzieje? Jakaś żelazna łapa chwyta mnie za ramię i tarmosi! – „Bileciki do kontroli”! I nie myślcie, że to był konduktor. Konduktorka! Wtedy nagle pociąg się zatrzymał i zaczęło wsiadać dużo ludzi. Ale tak dużo, dużo. Ojej! I wszyscy zaczęli się upychać, upychać i popychać, popychać. I jeden na drugiego, jeden na drugiego. I wszyscy się wcisnęli do mojego przedziału i jeden na drugiego, jeden na drugiego i zaczęli mnie przyciskać do okna, tak o tak coraz bardziej i dalej już taki przyciśnięty jechałem. I ci wszyscy, co mnie tak przycisnęli, to potem zamknęli drzwi, zaśrubowali okno i zdjęli buty. Ale się atmosfera zrobiła! Taka towarzyska! I jeszcze szlugi zapalili. A jeden postawił na mnie swój plecak. I dalej jechałem wciśnięty w szybę z plecakiem na głowie, o tak o. A tamta dalej stoi i: „bileciki do kontroli!” – krzyczy. I łazi po wszystkich i depcze po nas i depcze i „bileciki do kontroli!”

Ale nic – jedziemy sobie dalej, opowiadamy kto na co choruje – grzybica, próchnica, kłopoty z prostatą – jakbym reklamy w czasie obiadu oglądał. Jedziemy, jedziemy, aż nagle poczułem, że muszę do toalety. Ale nie mogę się ruszyć! Wciśnięty w szybę, przywalony plecakiem – nie mogę! Więc trzymam! No ale już nie mogę wytrzymać! Więc wypełzam! I po tych ludziach, po tych ludziach! Depczę ich. Wylazłem na korytarz – i dalej po tych ludziach! Po tych ludziach! Depczę ich. Dolazłem do WC! Zamknięte! Więc trzymam. Po pół godzinie – wyszła! Ta emerytka, co mnie na dworcu torebką zdzieliła. Wchodzę do kabiny, a tam cała podłoga mokra! A muszla sucha! Ale nic – stanąłem przy muszli i już miałem zacząć – deska spadła. Próbuję podnieść nogą, a pociąg szarpie, ja się cały bujam, ale ręką nie podniosę! Podniosłem nogą, już miałem zacząć – deska spadła. No to stanąłem z boku, podniosłem deskę nogą, przytrzymałem kolanem – już miałem zacząć – pociąg się zatrzymał! A jak nie jedzie, nie wolno korzystać! Więc trzymam! A pociąg stoi! 20 minut! Ale już nie wytrzymam! Puściłem! I wtedy pociąg ruszył! Szarpnął tak. Raz! Drugi! Trzeci! I ja wszędzie, wszędzie, wszędzie – tylko nie do muszli. Wyszedłem cały mokry. Idę do przedziału i czuję się takim... takim... robakiem malutkim! Taki sponiewierany, upokorzony. Normalnie – miodzio! Idę do przedziału, a przedział pusty. Wszyscy wysiedli. Nie ma ludzi, nie ma plecaka, co mnie przyciskał, nie ma mojej kurtki! Portfela i komórki! Biegnę do konduktorki i krzyczę – „Okradli! Okradli! Ratunku! Okradli!” A konduktorka popatrzyła na mnie i... „buahahahahaha!!!” No to na następnej stacji wysiadam na peron i krzyczę do sokistów: „Złodzieje! Złodzieje! Okradli! Okradli!”. A sokiści popatrzyli na mnie i... „buahahahaha! Jaki gupi! Okradli go!”. No to krzyczę do policjantów: „Policja! Policja! Ratunku! Okradli!”. Policjanci najpierw stanęli, oczy zrobili, jak pięć złotych, bo wystraszyli się, że ktoś od nich czegoś chce, a potem... „buahahahahahaha! Jaki głupi! Buahahahahaha! Okradli go!”. A po policjantach, to już wszyscy ludzie na peronie i ci w pociągu i w ogóle wszyscy zaczęli wytykać mnie palcami i... „buahahahahahahaha! Jaki głupi! Buahahahahahaha!” No najpierw to się wkurzyłem – mnie tu nieszczęście spotyka, a oni się ze mnie śmieją! Ale potem pomyślałem sobie – „Ee... Jest dobrze! To mnie upokarza! Taaak! Taaak! Wytykajcie mnie palcami! Śmiejcie się ze mnie, śmiejcie! Taaaaaaak!!!...”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz