poniedziałek, 8 grudnia 2014

„Słoneczni chłopcy”, reż. Olga Lipińska, Teatr 6. Piętro w Warszawie. Recenzuje Maciej Bielak.

fot. materiały prasowe Teatru 6. Piętro

Drogi popis bez taniej popisówy

Są inscenizacje, które są skazane na sukces. Jedną z nich jest spektakl „Słoneczni chłopcy” z Teatru 6. Piętro w Warszawie w reżyserii Olgi Lipińskiej. Oto bowiem znana artystka wystawia w modnym warszawskim teatrze broadway’owski przebój w gwiazdorskiej obsadzie. Tego typu przedsięwzięcia często okazują się hitami kasowymi i frekwencyjnymi, z którymi jednak nie zawsze idzie w parze sukces artystyczny. Czy tak było również w tym przypadku?

Fabuła komedii Neila Simona koncentruje się wokół spotkania po latach Słonecznych Chłopców, czyli wybitnych amerykańskich komików: Willy’ego Clarka (Piotr Fronczewski) i Ala Lewisa (Krzysztof Kowalewski). Clark i Lewis przez ponad trzydzieści lat stanowili duet, który bawił całą Amerykę, ale wskutek nagłego zawodowego wypalenia jednego z nich, Słoneczni Chłopcy przestali istnieć niemal z dnia na dzień. Od tamtego czasu panowie serdecznie się nie znoszą, a sama myśl o dawnym partnerze z estrady przyprawia o wrzody żołądka. Ale kiedy jedenaście lat później Ben Silverman, agent telewizyjny i siostrzeniec Clarka (Robert Koszucki) proponuje im wspólny występ dla telewizji CBS, mimo wahania obydwaj komicy zgadzają się jeszcze raz zaprezentować swój popisowy skecz o doktorze i urzędzie skarbowym. A gdy próba w studiu telewizyjnym omal nie kończy się tragedią, Clark i Lewis zaczynają rozumieć, że nie mogą bez siebie istnieć.

Tyle. Tylko tyle i aż tyle. Dlaczego tylko tyle? Dlatego, że sztuka Simona nie zostawia zbyt wielkiego pola do popisu dla jej inscenizatorów. „Słoneczni chłopcy” mają przede wszystkim śmieszyć i tak właśnie jest w spektaklu Lipińskiej. Humor sztuki amerykańskiego dramatopisarza nie zawsze jest najwyższych lotów, ale kwestie o „aszpatułce” czy dźganiu palcem co rusz wywołują na widowni salwy śmiechu. I absolutnie nie jest to zarzut, bo skoro publiczność śmieje się wtedy, kiedy powinna, znaczy to, że komedia spełnia swoją podstawową funkcję. Po reżyserach tego tytułu ciężko spodziewać się jednak wyszukanych zabiegów inscenizacyjnych. Lipińska zastosowała jeden znaczący – otwierającą drugą część spektaklu scenę próby w telewizji postanowiła pokazać w formie filmu. Jednak wstawka filmowa (w której występują m. in. Hanna Śleszyńska i Paweł Wawrzecki) jest zdecydowanie najsłabszym fragmentem spektaklu. Sam pomysł można by od biedy uzasadnić chęcią oddzielenia świata telewizyjnego od rzeczywistego. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że taki zabieg został podyktowany przede wszystkim względami pozaartystycznymi (mniejsze koszty, uniknięcie konieczności nagłej zmiany scenografii między poszczególnymi scenami). Artystycznie wypada to fatalnie – przeniesienie jednej sceny na ekran nic nie wniosło do spektaklu, a wstawka filmowa pełna jest kuriozalnych błędów (w studiu amerykańskiej telewizji widać polskie napisy) i niemiłosiernie się dłuży. Na szczęście ta kiepska projekcja dość szybko się kończy.

„Słoneczni chłopcy” to przede wszystkim materiał na popisowe role dla dwóch głównych aktorów, a ci zostali obsadzeni bez pudła. Przyznam, że przed spektaklem zastanawiałem się, czy Fronczewski i Kowalewski nie „odwalą popisówy” i nie uczynią swoich bohaterów śmieszniejszymi niż są. Na szczęście tak się nie stało (choć Fronczewski chwilami niepotrzebnie sztucznie wydłuża wypowiadane przez siebie kwestie). Główni aktorzy są w świetnej formie i doskonale się rozumieją, a przy tym prezentują zupełnie różne style gry. Willy Clark w wykonaniu Fronczewskiego to wredny i zdziwaczały choleryk. Aktor aż kipi energią i niemal roznosi scenę, ale nie przesadza z gestykulacją. Jego zupełnym przeciwieństwem jest Al Lewis w interpretacji Kowalewskiego, który z zewnątrz wygląda na statycznego i spokojnego pana, ale jest równie zjadliwy jak Clark, co uwidacznia w ciętych ripostach. Kowalewski przed wypowiedzeniem najśmieszniejszych kwestii często przez chwilę milczy, jakby chciał pozwolić odpowiednio mocno wybrzmieć drapieżnym puentom.

Mam też wrażenie, że role Fronczewskiego i Kowalewskiego w tym spektaklu mają w sobie coś osobistego. Komedia Simona bowiem nie tylko śmieszy, ale też porusza jak najbardziej realne problemy starszych aktorów (wypalenie, brak atrakcyjnych propozycji zawodowych) i ogólnie starszych ludzi (samotność, uzależnienie od młodszych osób). Fronczewski i Kowalewski dobrze akcentują kwestie traktujące o tych sprawach. Co więcej, kiedy Clark mówi, że nikt nie puentował tak dobrze jak Lewis, można odnieść wrażenie, że te słowa opisują grę Kowalewskiego w tym spektaklu, a gdy Lewis narzeka, że Clarka nigdy nie śmieszyły skecze, w których występował, trudno oprzeć się przekonaniu, że ta uwaga odnosi się także do Fronczewskiego, który kiedyś przyznał, że coraz rzadziej chce mu się uśmiechać. Wydaje się też, że spektakl Lipińskiej odnosi się do sytuacji Fronczewskiego i Kowalewskiego – dwóch znakomitych aktorów, których teatr ostatnio nie rozpieszcza, i którzy od jakiegoś czasu nie otrzymali propozycji zagrania roli na miarę swoich ponadprzeciętnych umiejętności.

Spektakl Lipińskiej zgodnie z przewidywaniami okazał się prawdziwym przebojem – pomimo drogich biletów widownia Teatru 6. Piętro pękała w szwach. A czy „Słonecznych chłopców” można nazwać sukcesem artystycznym? Odpowiedź brzmi: tak, pod warunkiem, że ktoś akceptuje taki typ teatru. Inscenizacja Lipińskiej najbardziej spodoba się bowiem widzom, którzy oczekują rozrywki (a jest to rozrywka na całkiem dobrym poziomie) i którzy idą do teatru „na aktorów”. W przeciwieństwie do wielu niektórych krytyków uważam, że taki teatr od czasu do czasu każdemu jest potrzebny, więc z radością daję się porwać mistrzom sceny, którzy kiedy trzeba, są przezabawni, kiedy indziej – gorzko ironiczni, a pod koniec spektaklu po prostu uroczy. A że chciałoby się oglądać ten duet w nieco ambitniejszym repertuarze – cóż, jak się nie ma co się lubi...

Maciej Bielak – absolwent historii i politologii UMCS; redaktor lubelskiej gazety teatralnej Proscenium.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz