piątek, 12 grudnia 2014

„Kryjówka”, reż. Paweł Passini, neTTheatre. Pokaz na 7. Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Boska Komedia.

fot. Tomasz Wiech

Muzeum pamięci

„Apolonia Starzec urodziła się w 1914 roku. Studiowała na UJ w Krakowie. W czasie okupacji nosiła nazwisko Zofia Dzióbłowska. Zmarła w 2010 roku.”. Taką krótką notkę znalazłem pod rozmową sprzed dekady, przeprowadzoną z panią Polą. Ukrywała się ona w mieszkaniu Ireny Solskiej podczas okupacji, w Warszawie, w kamienicy na rogu ulic Puławskiej i Malczewskiego. Dama, muza krakowskich młodopolskich artystów w tym czasie była już po największych sukcesach. Schorowana pomieszkiwała w stolicy, pomagając ukrywać Żydów. Ze szafą, w kryjówce. Całe mieszkanie wypełnione było kłębkami wełny, którymi handlowała słynna aktorka. Młode, żydowskie dziewczęta pomagały jej w interesie.

O Solskiej, o tym domu, schronieniu dla Żydów, o jej przynależności do Żegoty, usłyszał od swojej krewnej reżyser Paweł Passini. Jak opowiadał w rozmowie, którą miałem z nim okazję przeprowadzić po przedstawieniu, Apolonia była bliską osobą jego rodziny, często spędzał z nią czas, słuchał jej historii. Gdy dowiedziała się, że „Pawełek robi w teatrze”, poprosiła, by również i jej historię jakoś wyreżyserował. Zrobił to po latach. I zrobił oczywiście po swojemu.

Przedstawienie grane jest w mieszkaniu na warszawskim Solcu, oraz na scenie w lubelskim Centrum Kultury. Ja oglądałem pokaz w miejscu wyjątkowym, bo na dużej scenie Narodowego Starego Teatru. Miejscu, w którym Irena Solska zagrała w „Weselu”, rolę Racheli. I postać tę wprowadza w przedstawieniu Passini. Mamy więc aktorkę Judy Turan w roli Ireny Solskiej, a tę z kolei w roli Racheli, przychodzącej na Wesele. Przychodzi też Żyd, witany jak wiemy w sztuce bez emocji, bez wylewności, z przymusu. Jest i Jewdocha z „Sędziów”, dzieciobójczyni. W „Sędziach” natomiast Solska grała postać Joasa. Zastanawia się Passini, i słusznie, bo fascynująca to historia, jak to się stało, że Solska przygarnęła w Warszawie tylu Żydów, tylu przeszło przez jej mieszkanie, tylu pomogła, uratowała. Czy wpływ na to miały postaci, które zagrała? Rachela i Joas? Postaci, jak wiemy, fascynujące, inne, osobne. Zastanawia się Passini, dlaczego Solska w listach i pamiętnikach, już przecież wydanych, ale jeszcze nie w całości, nie zająknęła się o tej okupacyjnej pomocy. Nikomu. Ani słowem. To pytanie zresztą kilkakrotnie pada pod koniec przedstawienia z ust reżysera, który co częste w swoich spektaklach jest narratorem, przez mikrofon lub instrumentem muzycznym komunikując się z widzami oraz aktorami występującymi na scenie.

Ciężko nawet mówić o scenie w przypadku tego projektu. Sceną jest maleńka przestrzeń, z niskim, kartonowym sufitem, obleczona nićmi wełny, które jak pajęczyna krępują ruchy widzów i aktorek. W przestrzeni tej wiele jest starych, (w domyśle: pozostawionych przez Żydów) przedmiotów: stary stolik, krzesła, balia, lalki ze sznurka i drutu. Wyjatkowa scenografia autorstwa Zuzanny Srebrnej dopowiada sensy scenariusza. 

Projekt ten powstawał nietypowo, bo z początkowej formy koncertu zrodził się zbiór opowieści dotyczących właśnie tematyki żydowskiej. W ostatniej części prezentacji Passini oraz autorka scenariusza Patrycja Dołowy, opowiadają na zmianę historie, które przytrafiły się postaciom „Kryjówki”, realizatorom spektaklu, osobom zaprzyjaźnionym z twórcami.

Zamkniętym w małej przestrzeni widzom (by dojść na poduszkę i usiąść na podłodze musiałem sunąć na kolanach dobre kilka metrów) serwują twórcy opowieść o Poli, o dziewczętach w domu Solskiej. Nie wprost tkana to opowieść, pognieciona, poszarpana, dziwna, mało konkretna, meliczna. Wprowadza reżyser różne postaci z szafy, z ukrycia. Wychodzą w kątów, w spazmie lęku, lub w powolnej narracji, szeptem, lub krzykiem snują swoją opowieść, jak tkane są nici, którymi są oplątane. Przez szpary w kartonowym suficie wdzierają się promienia światła, drga muzyka, wyświetlane są projekcje, fragment filmu „Dybuk”, z jedynym polskim słowem „Koniec” na planszy. Fascynuje ta przestrzeń ale i mocno uwiera. Rozwibrowana muzyka, postaci zmieniają role, a jednostajny głos reżysera opowiada, dopowiada. Słusznie zauważył Passini, że to pomieszczenie przynależy do nowopowstałego Muzeum „Polin”. Szkoda, że formalnie nie należy. Bo artyści stworzyli muzeum pamięci, naszej pamięci o byłych mieszkańcach tego kraju. 

Paweł Passini sytuuje się w polskim teatrze na uboczu. Ta obecność Passiniego w wielu nieoczekiwanych, alternatywnych miejscach (prócz oczywiście inscenizacji w dużych teatrach na dużych scenach), ta osobność doprowadziła go do największych laurów i nagród (między innymi dla najlepszego reżysera – Nagrody im. Konrada Swinarskiego). Osobiście wolę mniejsze jego formy, w których ma kontakt z widzem, bezpośredniość relacji, jak choćby w doskonałym „Morrison/Śmiercisyn” z Opolskiego Teatru Lalek czy wcześniejsze „Bramy raju. Krucyata dzięcięca ze Studium Teatralnego i „Odpoczywanie” z Łaźni Nowej. Cieszy, że organizatorzy Boskiej Komedii zaprosili tak rożne spektakle, o tak różnorodnych estetykach, pośród których znalazła się ta wyjątkowa "Kryjówka". Obecność na Boskiej Komedii Pawła Passiniego, dała widzom możliwość, by swoje prywatne historie dokleić do tych opowiadanych przez niego w małej zamkniętej przestrzeni. Zasłuchani, mogliśmy przypomnieć sobie o naszym stosunku do Żydów, do antysemityzmu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz