niedziela, 14 grudnia 2014

7. Międzynarodowy Festiwal „Boska Komedia” – podsumowanie, omówienie nagród i kilka uwag

    Danuta Stenka idzie na scenę, by odebrać nagrodę dla najlepszej aktorki festiwalu; fot. Boska Komedia

    Zaproszenie na ten festiwal każdy recenzent powinien traktować jako wyróżnienie. Zaproszenie takie daje bowiem możliwość obejrzenia wielu świetnych przedstawień w tak krótkim czasie, spotkań branżowych, spotkań z dawno niewidzianymi aktorami, nade wszystko jednak: jako taki obraz polskiego teatru ostatniego sezonu. Od razu na wstępie zaznaczę, że tak, zgadzam się, jest to obecnie najważniejszy festiwal prezentujący nasz polski teatr. Obejrzałem w sumie dwanaście przedstawień. Wymienię je wraz z dopisanymi reżyserami. Konkursowe: „Jakiś i Pupcze” Szczerskiego, „Dziady” Rychcika, „Kronos” Garbaczewskiego, „Przemiany” Weltschka, „Towiańczycy” Rubina, „Kryjówka” Passiniego, „Droga śliska od traw” Wolaka i Dworak, „Dwoje biednych Rumunów” Glińskiej i „Druga kobieta” Jarzyny. Oraz dodatkowo: „Balladyna” Rychcika, „Koncert życzeń” Ross i „Szczury” Kleczewskiej. Pokuszę się o krótkie podsumowanie tej edycji krakowskiego festiwalu. Taka recenzja z festiwalu.

    1. INTRO...
    ...napisane przez dyrektora Bartosza Szydłowskiego do festiwalowego katalogu przeczytałem pierwszego dnia. Ustawia ono i tłumaczy kilka ważnych decyzji organizatorów. Okraszone cytatem z Broniewskiego definiuje obozy polskiego teatru i kreśli pole walki: tradycjonaliści kontra postępowcy. Być może dyrektor Szydłowski ma rację. Problem z tym, że tu chyba nie o konwencje idzie, nie o środki a o treść, o pryncypia. Teatr wciąż (na szczęście) to dla wielu nie ironiczne nawiasy i cudzysłowy, zabawy w ganianego po scenie (jak w „Kronosie” Garbaczewskiego). Dla większości to wciąż dobra literatura, świetne role, pytania, te kluczowe, próby wskazywania drogi. Pogubiony we współczesnym świecie widz szuka w teatrze wytchnienia, dialogu, zaproszenia do rozmowy. Na pewno nie szuka odrzucenia, zacierania języka, uciechy z tego, że nie kapuje i musi wyjść. W Lublinie, ale i w innych teatrach dramatycznych spotykam się i rozmawiam z tymi widzami, prowadząc dziesiątki spotkań. Dlatego rozumiem tradycjonalistów, chociaż po prawdzie stoję na linii tego sporu i obserwuję jednych i drugich. Dyrektor Szydłowski proponuje, by w imię wyższej racji – braku środków na kulturę, przegrupować szeregi i miast tracić energię na wewnętrzne, środowiskowe spory, mówić jednym głosem. Podejrzewam, że Bartosz Szydłowski myślał tu o sytuacji nacisków na kuratorów, dyrektorów, na ograniczanie wolności twórczej. No właśnie to są propozycje, co do których nie ma wątpliwości – zgadzamy się. Problem tkwi, gdy troszkę zdrapiemy naskórek i pogadamy o konkretach.

    2. JĘZYK POLSKI
    Obserwowałem reakcje siedzących obok mnie widzów na żonglerkę językową, na mieszaninę języka potocznego z wysoką, literacką polszczyzną w przedstawieniu „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”. Słyszałem, że obcokrajowcy śmiali się w zupełnie innych miejscach niż my. I chociaż, tłumaczenie na angielski tego przedstawienia jest naprawdę niezłe, jest próbą tłumaczenia zabaw Masłowskiej na angielski, zmian kontekstów, znaczeń, odniesień do obszaru anglojęzycznego, to nie łudźmy się, spektakl w warstwie leksykalnej pozostał niezrozumiały. Humoru słownego obcokrajowcy nie zrozumieli. Nie wiedzieli, o czym opowiadają Parcha i Dżina, co też ten Elbląg i ta Ostróda, co to za policjanci siedzą i czemu się śmiejemy z braku wrzątku w prowincjonalnej knajpie. Skąd te odniesienia do przaśności kraju, zanurzone w przebojach lat osiemdziesiątych? Wczesna sztuka Doroty Masłowskiej nie trafiła do zagranicznych jurorów.

    3. KONTEKSTY
    Przyznam, początkowo zdziwiła mnie tylko jedna nagroda dla „Dziadów” w reżyserii Radka Rychcika. Nagroda za muzykę. Ale już po chwili zrozumiałem. Zwróćcie Państwo uwagę: reżyser owszem zmienił kontekst dramatu Mickiewicza, ale nie grzebał w języku. Ten pozostawił niemal nietknięty. Odniesienia, zabawy w skojarzenia polskiej historii i amerykańskiej popkultury znów bawiły najbardziej nas – Polaków. Znany monolog Gustawa Holoubka leciał z głośników długie minuty na pustej scenie. Kto z zagranicznych jurorów poczuł ciężar tych słów wybitnego interpretatora, znał kontekst historyczny tamtych „Dziadów”, zrozumiał motywacje dla których reżyser Rychcik (słuszny, piękny gest-ukłon) zatrzymał akcję sceniczna na czas trwania monologu.
    Idąc dalej. W kilku przedstawieniach padały ze sceny odniesienia do „Wesela” Wyspiańskiego, tak bardzo przecież opowiadającego o nas tu i teraz. Choćby w „Kryjówce”, gdzie Żyd był jedną z postaci, pojawiał się i znikał.
    Często oglądaliśmy również odniesienia do najnowszych wydarzeń dotyczących rodzimego teatru. Dziwi zresztą brak odniesień do odwołanej Golgoty Picnic. Ale mieliśmy ironicznie podane ze sceny całe partie artykułu Joanny Szczepkowskiej o homolobby (jakież to było niskie i słabe), chodzenie ze sztuczną dupą na twarzy, że to niby Szczepkowska – nawiązanie do jej aktu performatywnego pokazania tylnej części ciała reżyserowi, nagrodzonemu zresztą podczas tej edycji. Takie środowiskowe chocki klocki oglądało się w „Szczurach”. Kto z jurorów, prócz Petera Crawleya (któremu zawsze może dopowiedzieć konteksty Joanna Crawley) będzie wiedział o co chodzi? Kto z nich to zakuma? Dyrektor Szydłowski, jak czytałem w którejś z rozmów, celowo nie rozświetla im polskich kontekstów. Problemem mogą być kolejne edycje festiwalu, gdy większość reżyserów zacznie (już to się przecież dzieje) tworzyć reinterpretacje polskiej klasyki, w ramach programu Klasyka Żywa. Czy wówczas w dramaturgii Słowackiego, Krasińskiego i Wyspiańskiego oceniać będą uniwersalność?
    Zatem: czy naprawdę dobry to pomysł zapraszać do jury jedynie obcokrajowców? Bo w takim razie wygrywa nie najlepszy spektakl, a najlepszy spektakl objazdowy, taki, który możemy pokazać na zagranicznych festiwalach. Spektakl ZROZUMIAŁY i UNIWERSALNY. A czy to powinny być kryteria przyznawania nagród? Nie wiem. Rzucam pod dyskusję. Rozumiem nawet powody dyrektora Szydłowskiego, by nie babrać się w sympatie i antypatie typowe dla polskich jurorów. Tak, zgadza się, każdy je posiada. Ale czy nie warto wpuścić tam choćby jednego Polaka? Bo właśnie dlatego wygranymi są wizualny, bawiący się nowymi mediami i instalacją „Kronos”, o scenariuszu rodem z humoru zeszytów szkolnych, powstałym z zabaw aktorów, przymuszonych do pisania. Zwycięzcą została też adaptowana powieść „Wycinka”, Austriaka Thomasa Bernharda.

    4. PROGRAM
    Przeprowadziłem podczas tej edycji trzy rozmowy z twórcami. Dwie bardzo kameralne – z Pawłem Passinim i jego zespołem oraz z legnickimi aktorami i dyrektorem Jackiem Głombem. Mówię kameralne, bo dla około dwudziestu widzów każda. Zresztą, zrodził nam się familiarny klimat do dzielenia się przeżyciami i opiniami, więc sobie tę kameralność nader chwalę. Ostatnią rozmowę poprowadziłem z reżyserem i aktorami „Drugiej kobiety”. I tu już był tłum. Raz dlatego, że przyszła Danuta Stenka (dwie godziny później nagrodzona za najlepszą rolę) ale też dlatego, że równolegle nie toczyły się wydarzenia towarzyszące. Nie zaczynał się żaden spektakl, na który widzowie musieliby się spieszyć, nie trwało przedstawienie gwiazdy (spektakl Krystiana Lupy pokrywał się z "Kryjówką" i rozmową po niej, dlatego tez nie mogłem w nim uczestniczyć). W innym przypadku znów rozmawialibyśmy sobie kameralnie i familiarnie. Warto się zastanowić, czy nie lepiej grać od 14.00 studenckie dyplomy i postarać się, by spektakle nie toczyły się równolegle. Może się nie da. Ale może warto spróbować? Jako widzowie więcej obejrzymy!

    5. PRZESTRZEŃ
    Chyba najmocniej pracowała podczas „Kryjówki”, gdy skuleni siedzieliśmy pośród wełnianych nici na dużej scenie Starego Teatru i nagle spośród dymów weszła aktorka grająca Solską. Solską, która grała z kolei Rachelę. A przecież Irena Solska grała na tej właśnie scenie Rachelę podczas premiery „Wesela”. Takich kontekstów był zresztą więcej. Świetnie bawili się nimi Janiczak i Rubin w niedocenionych przez krytykę „Towiańczykach”. Przestrzeń to też Kraków. Nie wyobrażam sobie tego festiwalu w innym mieście. Po wyjściu z „Towiańczyków” szedłem przez Rynek Główny, obok... pomnika Adama Mickiewicza. Wieczór, rozświetlone stoiska z błyszczącymi się golonkami, pachniało świątecznym grzańcem. Przaśność jarmarku korespondowała z przaśnością polskiej emigracji pokazanej przed chwila na Starowiślnej. Z kolei ogromna przestrzeń nieco przeszkadzała w Centrum Kongresowym ICE, gdzie pokazano kameralną „Drugą kobietę”, ale tu rozgrzeszam organizatorów, bowiem zainteresowanie tym przedstawieniem było ogromne. Z kolei przestrzeń w „Koncercie życzeń” tworzyła nowe sensy, kameralizowała, gdy staliśmy dookoła kawalerki bez ścian, w której krzątała się Danuta Stenka.

    6. AKTORZY
    Prócz wspaniałej Danuty Stenki w „Drugiej kobiecie” i „Koncercie życzeń”, oglądałem niewystarczająco cenionego krakowskiego aktora, grającego również w dwóch propozycjach i to konkursowych. Roman Gancarczyk pokazał się jako Reżyser w „Drugiej kobiecie” i Adam Mickiewicz w „Towiańczykach”. Wspaniały, wszechstronny aktor. Prócz nich zespół legnicki, Michał Czachor w „Szczurach” i Michał Kocurek w „Dziadach”, Marta Ścisłowicz w „Towiańczykach”.

    7. ZWYCIĘZCY
    Na pewno Legnica, gdyż na siódmej edycji festiwalu ten zasłużony dla polskiego teatru współczesnego ośrodek mógł się zaprezentować po raz pierwszy (sic!). Na pewno Paweł Passini, bo jego „Kryjówka”, projekt non-profit zaistniał na Dużej Scenie narodowej instytucji kultury. Z pewnością Danuta Stenka i Piotr Skiba – wyjątkowi aktorzy. Wygranym jest również Krzysztof Mieszkowski. Czy to dobrze? Nie wiem. Jestem za to przekonany, że deszcz nagród dla „Wycinki” i „Kronosa” posłuży jako oręż (według niektórych tarcza), w każdym razie broń w walce z dolnośląskim urzędem marszałkowskim. Mieszkowski pokaże, że przecież zdobywa nagrody, więc należy dofinansowywać ten teatr. Na pewno zwyciężył Szydłowski wzmacniając pozycję "Boskiej Komedii". To tu spotyka się całe teatralne środowisko, juz nie tylko krajowe. Tu z przyjemnościa zjeżdżają kuratorzy ważnych światowych festiwali, by rozmawiać o polityce finansowej. Wielki, wielki sukces.

    8. OBSŁUGA
    Marta Pawlik i wolontariusze opiekujący się dziennikarzami. Oraz Bożena Sowa, opiekująca się dziennikarzami prowadzącymi spotkania. Wielkie ukłony. To już kolejna edycja, na której wolontariusze, podejrzewam, że z krakowskich uczelni i liceów, wykonują wielką, ważną, widoczną pracę. Mimo tak dużej liczby mediów, dziennikarzy, są cały czas pod telefonem. Naprawdę, czułem się zaopiekowany, wydawało się, jakby mogli rozwiązać każdy logistyczny problem. Profesjonalna obsługa na najwyższym poziomie. Czytelna, krótka, zwięzła informacja, brak przesytu maili i kombinowania z karnetami.

    9. I NA KONIEC
    Szefostwo "Boskiej Komedii" wyciąga wnioski z poprzednich edycji i zmienia detale. Co cieszy. Rok temu nie wypaliła mobilność klubu festiwalowego, każdego wieczoru w innym miejscu, więc teraz przeniesiono wszystkie spotkania do Bunkra Sztuki. Rok temu wypaliło gotowanie podczas spotkań z artystami, więc teraz gotowano, strzyżono i robiono tatuaże. Bardzo lubię ten festiwal za kreatywność.
    A kogo zabrakło? Zestaw nazwisk byłby spory, bo nie tylko Remigiusza Brzyka (Laur Konrada na zakończonym miesiąc temu festiwalu Interpretacje za „Koń, kobieta i kanarek” z Sosnowca) i Michała Zadary („Dziady” – rola Porczyka i „Zbójcy” – rola Stippy). Ale przyznać należy, że mieliśmy zestaw nazwisk czołowych krajowych reżyserów. Dzięki zaproszeniu na ten festiwal mogłem obejrzeć wiele wartościowych prezentacji. I za zaproszenie i tę możliwość chciałbym Bartoszowi Szydłowskiemu, wszystkim organizatorom i wolontariuszom podziękować. Chylę nisko czoło. Robicie świetny festiwal.
                                           *

Tuż po ceremonii wręczenia wsiadłem w autobus, by z przesiadką w Rzeszowie przenieść się do Lublina. Niemal półtorej godziny spędziłem na nocnym spacerze po rzeszowskim Rynku. Mijałem też o wpół do piątej miejscowy Teatr im. Wandy Siemaszkowej. Słup przed wejściem oklejony jest plakatami „Balladyny” (patrz: zdjęcie poniżej). Tak sobie pomyślałem, i napiszę to tutaj ale już tak zupełnie prywatnie, osobiście, z dna serca, że najbardziej mnie cieszy powstanie, produkcja tego przedstawienia w rzeszowskim teatrze. Teatrze moich pierwszych kroków, tu, gdzie dwadzieścia lat temu uczyłem się poznawać alfabet teatru. Obecność podkarpackich aktorów na "Boskiej Komedii" uważam za ogromny sukces i skok tego teatru kilka pięter w górę.

Werdykt jury 7. Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Boska Komedia tutaj: https://www.boskakomedia.pl/news/werdykt2014
























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz