środa, 19 listopada 2014

Reportaż Małgorzaty Bryl o Teatrze Żelaznym z Katowic.



Przestrzeń Twórcza Stacja Piotrowice, siedziba Teatru Żelaznego


Pociąg do teatru


Ligota to zielona dzielnica znacznie oddalona od centrum Katowic. Życie płynie tu od festynu do festynu przy majestatycznej Bazylice Franciszkanów. Czasem główną ulicę przetnie sznur gości weselnych, innym razem kondukt żałobny zdążający na pobliski cmentarz. Jest tu też stacja kolejowa, skąd mieszkańcy odjeżdżają do pracy w Tychach czy Sosnowcu, a w miesiącach wakacyjnych łapią osobowy do Brennej czy Wisły. Przy dworcu stoi kilka bud i kiosków, gdzie można puścić totka. Po lewej stronie Biedronka, a nad nią ciucholand. Po prawej osiedle, a po środku dworzec kolejowy, w którym przez ostatnie dwa lata działała Przestrzeń Twórcza Stacja Ligota.

Teatr Żelazny, będący częścią PTSL, musiał zawiesić działalność, gdy pół roku temu na stację wjechali robotnicy i rozpoczęli remont dworca w Ligocie. Było jasne, że stacja wyłączona z ruchu pociągów osobowych, nieczynna dla podróżnych, będzie także zamknięta dla teatru i jego widzów. Trzeba było szukać nowego miejsca. Padło na stację kolejową w Katowicach-Piotrowicach, rzut beretem z Ligoty, w sąsiedztwie FAMUR-u, fabryki maszyn dla górnictwa podziemnego.

W tej przemysłowej dzielnicy ich nowym miejscem stał się zabytkowy dworzec z 1900 roku, który po latach zaniedbań popadł w ruinę. Teatr Żelazny postanowił własnym sumptem gruntownie wyremontować budynek, co miasto oczywiście przyjęło z radością. To tu na pięciuset metrach kwadratowych ma powstać kawiarnio-czytelnia, galeria sztuki, studio telewizyjne, mieszkanie na piętrze dla rezydujących aktorów i oczywiście scena. Póki co trwa remont, ale i to zapaleńcom nie przeszkadza w graniu. Wieczorem ścierają pył i kurz, ustawiają kilka rzędów krzeseł, aktorzy wchodzą na małe podium i... zaczyna się teatr.

Ballada o bezpańskiej suce i gołębiu

Scena dla każdego

W podziemiach dworca, pod ścianą pomazaną graffiti siedzi kobieta. Pewnie bezdomna. „Boję się tego, że przestanę chcieć mówić, odzywać się nawet do siebie, że za chwilę będę mówić tylko, kurwa: <<Ma pani... da pani...>>...” – mamrocze pod nosem. Co jakiś czas nad naszymi głowami przetacza się pociąg, który zagłusza partie jej nieskładnego monologu. W hali dworca jest zimno. Siedzimy stłoczeni na drewnianych paletach w surowym świetle jarzeniówek. Po chwili pojawia się mężczyzna, którego pobije na naszych oczach para zakapturzonych osiłków. Nie drgniemy. Przez halę dworca szybkim krokiem przechodzi kilku podróżnych, którzy właśnie wysiedli z osobowego. Patrzą ze zdziwieniem na poturbowanego mężczyznę leżącego na brudnej posadzce, potem na nas. Jednak ostatecznie nie zatrzymują się, tylko idą dalej. Gdyby to była rzeczywistość, a nie teatr – też by się pewnie nie zatrzymali.

Premiera Ballady o bezpańskiej suce i gołębiu Dominiki Borkowskiej w reżyserii Dawida Komudy zainaugurowała działalność Teatru Żelaznego jesienią 2012 roku w hali ligockiego dworca. W przedstawieniu zagrała para aktorów Teatru Żelaznego: Joanna Warzyńska i Piotr Wiśniewski. Autorka scenariusza w tworzeniu dialogów oparła się na autentycznych wypowiedziach bezdomnych, które zebrała na ulicach polskich miast. Naturalistyczne treści, publicystyczny temat, choć potraktowany przez twórców osobiście, przez wplecenie w scenariusz własnych historii, a także wyjście do widzów w przestrzeń publiczną wraz z jej wszystkimi nieoczekiwanymi zdarzeniami – wszystko to razem sprawiło, że obejrzeliśmy bardziej performatywny dokument niż przedstawienie teatralne.

Jednak już kolejne premiery Teatru Żelaznego dowiodły, że zespół czerpie też z innych gatunków. W wakacje 2013 roku Teatr Żelazny postanowił pośmiać się razem ze swoją widownią, przygotowując farsę. Jeśli pragniesz kobiety, to ją porwij autorstwa Anny Burzyńskiej w reżyserii Aliny Moś-Kerger to lekki, żartobliwie ujęty temat w oprawie pomysłowej papierowej scenografii autorstwa Anny Osy Osadnik. Nie był to też ostatni raz, gdy Teatr Żelazny sięgnął po komedię. Romanca Jacka Chmielnika w reżyserii Marcina Ehrlicha, mająca premierę w sylwestra 2013 roku, była kolejnym podejściem do farsy, jednak tym razem twórcy poszli o krok dalej i postanowili wykpić sam gatunek, a razem z nim konwencję i zgrane teatralnie schematy.

Kosmos - happening

Z kolei zdecydowanie mroczniej i tajemniczo pod dachem ligockiego dworca zrobiło się za sprawą wystawienia jesienią 2013 roku Kosmosu Witolda Gombrowicza w reżyserii Jakuba Kasprzaka. Zespół Teatru Żelaznego stworzył kilkuetapowy projekt. Premierę przedstawienia w siedzibie teatru poprzedziły happeningi prezentowane w centrum Katowic – pod Teatrem Śląskim i na jednym z głównych deptaków miasta, przy ulicy Stawowej. Tym razem twórcy zainspirowali się metodami pracy w teatrze tańca. Ruch sceniczny Kosmosu oparty był na technikach zaczerpniętych z improwizacji kontaktowej. W rozpisanej na dwanaście ról adaptacji powieści zagrało zaledwie czterech aktorów, a ponowne wyjście z grą na ulicę czy uczęszczany peron zadecydowało o tym, że środki inscenizacyjne zostały ograniczone do minimum, a siła wyrazu skupiła się właśnie na grze aktorskiej. Natomiast ostatnia premiera Teatru Żelaznego z września tego roku jest powrotem do dokumentu. Ciało obce na podstawie powieści Rafała Ziemkiewicza w reżyserii i adaptacji Grzegorza Soboty to pierwsza premiera w nowej siedzibie teatru, w budynku dworca na stacji w Katowicach-Piotrowicach. Jest to też pierwszy monodram Teatru Żelaznego.

W czasie ponad dwuletniej działalności przez Teatr Żelazny przewinęło się wielu twórców. „Przychodzą do nas różne osoby. To miejsce powstało po to, by tworzyć coś wspólnie. Zapraszamy więc wszystkich do współpracy” – mówiła przy okazji trzeciej premiery teatru Joanna Wawrzyńska. Od początku powstania Teatr Żelazny ożywiają też przedstawienia gościnne. „Scena Otwarta prowadzona przy Przestrzeni Twórczej Stacji Ligota umożliwia amatorom, ludziom niespecjalnie zawodowo związanym z teatrem, pokazanie tego, co im w duszy gra. Jeśli ktoś potrafi grać na grzebieniu, to niech przyjdzie – my jesteśmy w stanie to zorganizować. Stworzyliśmy miejsce, w którym każdy może się artystycznie wyżyć” – wskazywała Wawrzyńska w czasach, gdy teatr działał jeszcze w Ligocie. Jednak przeprowadzka nie zmieniła charakteru tej sceny, na której dalej może wystąpić każdy chętny zespół czy to amatorski, czy profesjonalny. Dotąd w Teatrze Żelaznym gościli ze swoimi przedstawieniami między innymi Teatr Sparowani z Wrocławia, Teatr Bez Rzędów z Krakowa, Teatr Zielone Słońce z Dąbrowy Górniczej, Teatr XL z Warszawy, a także Bartłomiej Błaszczyński i Mateusz Olszewski w swoich monodramach.

Teatr Żelazny po dwóch latach działania wszedł w nowy etap życia nie tylko ze względu na przenosiny, ale i zmiany w samym zespole. Dzisiaj jedynym zawiadowcą artystycznej stacji jest Piotr Wiśniewski. Pozostali założyciele rozeszli się w cztery strony świata i nie bardzo mają ochotę opowiadać o przeszłości. W codziennych zmaganiach z remontem i teatrem Piotrkowi towarzyszy ruda suczka Farsa, która być może nie jeździ koleją, ale ma z nią wiele wspólnego.

Piotr Wiśniewski

Budowlaniec robi teatr

Sobotnie przedpołudnie. Wchodzę na opustoszały peron w Piotrowicach i idę w kierunku rudery pomazanej graffiti, w której kiedyś działały kasy i poczekalnie. Otwieram przymknięte drzwi. W środku krząta się robotnik i Piotrek. Budują scenę. „Trzeba wyburzyć jeszcze tę ścianę, żeby poszerzyć widownię” – Piotr oprowadza mnie po budynku. Zaglądam do kolejnych pomieszczeń zawalonych gratami. „Tu będą toalety, a tam kawiarnia” – opowiada mój przewodnik. Idziemy dalej korytarzem. W rogu stoją kanapy, kilka krzeseł i stół. Na stole sterta kanapek w foliowym woreczku i puste butelki po Soplicy i Fresco. Nawet tu przytulnie. „A tam postawimy ścianę i będzie poczekalnia. Na piętrze będzie studio telewizyjne i mieszkanie. Teraz robię kanalizację, a niedawno wynieśliśmy stąd trzydzieści pięć ton gruzu”. Dziwię się. Jak to robi kanalizację? To kim on w końcu jest, aktorem czy budowlańcem? „Tym i tym. Skończyłem aktorstwo w Szkocji, ale prowadzę też własną firmę budowlaną. Do niedawna zajmowałem się też produkcją mebli. A poza tym skończyłem szkołę muzyczną” – odpowiada rozbawiony.

Zawsze chciałem być aktorem. Mieszkałem sześć lat w Edynburgu, w międzyczasie ukończyłem szkołę teatralną i wiedziałem, że wrócę tu i stworzę własny teatr – opowiada Piotr. – Byłem pewien, że zrobię to na Śląsku, bo wychowałem się na Ligocie. Zafascynował i zainspirował mnie Fringe Festival w Edynburgu, który jest otwarty na wielokulturowość. Jeden sezon po powrocie do Polski pracowałem w krakowskiej Masce, ale szybko zdałem sobie sprawę, że nie o to chodzi. Tam jest już sporo teatrów offowych na całkiem dobrym poziomie i z własną wyrobioną publicznością. A tu w Katowicach nadal trzeba walczyć o off. A poza tym przecież jestem stąd. Śląsk zasługuje na teatr, a nie tylko szychtę, dom i szynk.

Zaczęło się cztery lata temu od rozesłania wieści, że szuka współpracowników. Znalazło się kilka osób, między innymi Tomek Olesiński, prezes Stowarzyszenia Pro-Kulturamedia. Zaczęli jeździć po Katowicach w poszukiwaniu siedziby. Osiedli na chwilę w domu kultury w Bogucicach. Jednak szybko okazało się, że trudno im pracować pod szyldem miejskiej instytucji. „Fajnie tam było, bo i profesjonalna scena, i zaplecze, i garderoby. Tylko na przeniesienie jednego krzesła z sali pięć do sali trzynaście był potrzebny protokół i trzy pieczątki. Pole artystyczne też zawężone, w tym czasie zrobiliśmy tylko bajkę Brzechwy Opowiedział dzięcioł sowie. Nie mogłem dłużej wytrzymać w tej paranoi” – wspomina Piotr. W tym czasie do zespołu dołączył reżyser Dawid Komuda. Chcieli przenieść się w postindustrialną przestrzeń w rejonach dawnej Huty Baildon przy ulicy Żelaznej w Katowicach, ale ta przestrzeń okazała się zbyt duża i wymagająca sporego wkładu finansowego. Padło więc na dworzec w Ligocie, a po epizodzie przy ulicy Żelaznej teatr przyjął swą nazwę.

Na dworcu kolejowym w Ligocie działaliśmy we dwoje z Asią Wawrzyńską. To była wreszcie przestrzeń, w której każdy artysta mógł robić to, co mu się podoba. Stworzyliśmy miejsce dla siebie, ale też dla innych twórców – wspomina Piotr. – To była i nadal jest przestrzeń dla widzów. W dzisiejszych czasach teatr musi być bliski odbiorcy, a więc poruszać tematy codzienne. Dlatego robiliśmy teatralne dokumenty, ale nawet komedia Jeśli pragniesz kobiety, to ją porwij też miała drugie dno i mówię to bez naciągania i dorabiania ideologii. Jak widz z Ligoty czy Piotrowic może chętnie przychodzić na przedstawienia obecnie czołowych w kraju reżyserów, którzy robią spektakle nie do zrozumienia? To są kompletne bzdury, które wszystko utrudniają i odpychają widzów od teatru.

Na stacji w Piotrowicach Piotrek prowadzi remont i dalej próbuje wdrażać swoje teatralne wizje. Być może ktoś inny z zysków w firmie budowlanej chciałby postawić dom pod lasem na Ligocie, ale Piotrek woli stworzyć teatr z dworcowej rudery. Pomagają mu w tym twórcy, z którymi już wcześniej nawiązał współpracę, między innymi reżyser Grzegorz Kempinsky (od niedawna dyrektor artystyczny Teatru Żelaznego) i aktor Grzegorz Ekhert, a także założyciele Inkubatora Teatralnego.

Jednak rzeczywistość wcale nie jest tak kolorowa. Piotr nie ma złudzeń, że stacja w Piotrowicach będzie kiedykolwiek miejscem jednoczącym wszystkich śląskich twórców niezależnych. „Nie ma takiej możliwości, to jest nierealne, dlatego że jako Polacy nie jesteśmy na to gotowi. Jakiś czas temu w Teatrze Gry i Ludzie w Dąbrówce Małej zostało zwołane forum teatrów niezależnych z całego Górnego Śląska – mówi Piotrek. – Przybyło około trzydziestu twórców i zaczęliśmy rozmawiać o tym, żeby stworzyć jedną wspólną scenę, jedno wielkie miejsce, w którym będziemy wspólnie działać, pomagać sobie, wspólnie pisać wnioski. I tylko kilka osób zgodziło się na to, a jak przyszło do realizowania pierwszego projektu, to nikt się nie stawił. Ludzie nie chcą tu ze sobą współpracować”. Wzdychamy, wychodzimy na pusty peron, żegnamy się. I ja wiem, i on wie, że co jak co, ale Przestrzeń Twórcza Stacja Piotrowice łatwo się nie podda.

1 komentarz: