niedziela, 2 listopada 2014

Felieton: W takim małym Gnieźnie...

Rys. Hanna Usarewicz-Sacher

Pracę rozpoczęli niespełna rok temu. W zasadzie w atmosferze niechęci, bo Joanna Nowak otrzymała dopiero o dziwo drugi wynik w konkursie dyrektorskim w Teatrze im. Aleksandra Fredry. Marszałek jednak postawił na nią i... dziś widać, że była to dobra decyzja. W tym krótkim czasie, w niespełna rok obudowali teatr. Ona – dyrektor i on – mający za sobą francuskie doświadczenia, które powoli przeszczepia na wielkopolski grunt – Łukasz Gajdzis.

Przyznaję, niewiele jest scen dramatycznych, w których dotychczas nie gościłem. Do zeszłego tygodnia zostały tylko Elbląg (i nie zanosi się, bym szybko tam trafił) i Jelenia Góra. W ostatni weekend odwiedziłem Jelenią, jadąc na bajkę w reżyserii Pawła Aignera, a wcześniej oglądając niezłą „Miedziankę”. W Gnieźnie po raz pierwszy pojawiłem się w połowie czerwca tego roku, w piękny, słoneczny weekend. Zmierzałem do Koszalina, na festiwal młodej reżyserii mteatr i postanowiłem wybrać się na „Kto się boi Virginii Wolf”, w reżyserii Marii Spiss, w nowym tłumaczeniu Jacka Poniedziałka. Sprawny to spektakl, dobrze poprowadzone role, chociaż w tak zwanej wymowie pozostaje dramatem mieszczański, ramotką ze sfer profesorskich o zapijającej się Marcie. No niestety. Ale zarówno scenografia z setek butelek, po jak rozumiem upijającej się pani domu, jak i ogrywanie przestrzeni, zmiana ustawienia widowni, a nade wszystko praca aktorów warta jest pochwał. Zachwyca oczywiście gościnne aktorstwo Małgorzaty Łodej-Stachowiak. Jej Martha jest fasadowo ostra, boleśnie niespełniona a zarazem rozpaczliwie szukająca zrozumienia. Świetna rola.

O Gnieźnie dotychczas słyszałem same przykre rzeczy. Śmiali się koledzy recenzenci, że tam drukuje się jedynie pięć plakatów, do gablot przed teatrem, że gra się farsy dla grup zorganizowanych, na przemian z bajkami dla dzieci. Aktorzy, którzy otarli się o ten teatr wspominali, że każde przedstawienie ma niemal identycznie ustawione światła, a stawki są te same dla główniaków i dla halabard. Cieszyli się więc etatowcy, gdy grają tła.

Podejrzewam, że wszystko to uległo zmianie, bowiem ten teatr, jak śpiewały popowe artystki „zamigotał tysiącem barw”. W niespełna rok udało się Joannie Nowak zmienić oblicze sceny. Zaproszono młodych, współcześnie myślących reżyserów, delikatnie jak widzę zmieniono zespół. Gajdzis wyreżyserował bajkę „Szpaka Fryderyka”, przepisanego przez Malinę Prześlugę „Pinokia” zrobił Robert Drobniuch. Obu nie widziałem, ale wierzę w lekkość i dowcip Maliny. Zaproszono do współpracy Joannę Grabowiecką, Piotra Waligórskiego, wspomnianych Spiss i Drobniucha. Prócz spektakli teatr rozpoczął cykl akcji społecznych, warsztatów, flash mobów, wydarzeń, którymi obudowuje swoje kolejne premiery. I to warto doceniać, bo wciąż żywo w pamięci mam rozmowę, którą słyszałem w jednym z teatrów, jak na propozycję pracownicy biura promocji, dyrektor artystyczny odrzekł, że to nie dom kultury, a on ma w zespole aktorów, do grania a nie do jakichś flash mobów. W małym Gnieźnie to się jakoś udaje.

Martwić może jedynie, że wieczornych przedstawień na listopad zaplanowano jedynie cztery. Na październik tyle samo. Trochę rozumiem tę decyzję. Widzowie z powiatowych miast lgną jak muchy do lepu, do wojewódzkich ośrodków, do galerii handlowych na zakupy, na rozrywkę do teatrów. Większe zawsze kojarzyć się będzie z lepszym. Przykłady Legnicy, czy Wałbrzycha podpowiadają jednak, że niekoniecznie tak jest. To zasadne pytanie i należy je tu zadać. Co zrobić, by przyciągnąć publiczność do teatru w mieście powiatowym, zachęcić repertuarem, a nie farsą czy badziewiem ze sznurka i sklejki. Nowak z Gajdzisem próbują przeróżnymi akcjami, zbliżają teatr do widza, wychodzą w miasto, zmienili grafikę materiałów promocyjnych, stronę internetową. Teatr im. Aleksandra Fredry przemienili na Teatr Fredry. Może mają łatwiej, bo przecież tworzą coś z niczego. Tworzą teatr na wypalonej ziemi, można by rzec, od podstaw.

Gnieźnieński Teatr Fredry to placówka, która zmienia się niezwykle dynamicznie. Ta powiatowa scena mogłaby stanowić przykład dla wielu teatrów z miast wojewódzkich, z ośrodków, w których boją się zaryzykować, boją się jak ognia nowej dramaturgii, a klasykę pokazują po bożemu. Żałuję, że nie ma jakichś targów, konferencji, gdzie Nowak z Gajdzisem mogliby pokazywać, szkolić dyrektorów placówek, opowiadając i pokazując strukturę teatru. Że się da, że warto podjąć ryzyko. Kibicuję, by im się w Gnieźnie udało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz