środa, 19 listopada 2014

Felieton: Ryje z Chełma i te z Krasnegostawu

Rys. Hanna Usarewicz-Sacher


Sporo jesienią jeżdżę po Lubelszczyźnie. Część tych wyjazdów związana jest z projektem „Teatr Polska” i podróżami z Teatrem Osterwy. Prowadzę dla młodzieży warsztaty związane ze spektaklem „Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł”. Zresztą, pierwszy raz ten teatr bierze udział w projekcie Instytutu Teatralnego. Latem, również po raz pierwszy lubelska placówka zaproponowała gimnazjalistom „Lato w teatrze”. Starałem się, by oba te projekty poszły jak najlepiej. Ale o tym innym razem, podsumowanie pracy w tym teatrze już za dwa miesiące. Chociaż tematów felietonu i na tę chwilę znalazłoby się sporo.

Jeżdżę po województwie głównie w konkretnym celu, ale też miewam kaprysy. W ostatnią niedzielę samochodem (jako pasażer) wybrałem się do Chełma, na przedpremierowy pokaz „Kolacji dla głupca”. Tę dość lekką komedyjkę reżyseruje tam Przemek Gąsiorowicz. Trochę nie wypada mi recenzować kolegi, co to pisze felietony na tego bloga. Ponadto, nie wypada pisać o przedpremierowych występach, bo to zawsze produkt nie do końca gotowy. Rozumiem nawet aktorów, że zdecydowali się pokazać efekt pracy na koniec przeglądu teatrów amatorskich. Na scenie jest wesoło... niekiedy, aktorzy się starają, chociaż wydaje mi się, że brakuje tu jeszcze z dwóch tygodni prób. W Chełmie, jak wiecie, nie ma teatru zawodowego, repertuarowego. Funkcjonuje tam Teatr Ziemi Chełmskiej (tak, wiem, ekscentryczna to nazwa w XXI wieku). Kojarzy się z Bałuckim w kostiumie i bokobrodach, zresztą „Radcy Pana Radcy” byli tam wystawiani całkiem ponoć niedawno. Ostatnio aktor lubelskiego teatru lalek zrobił tam „Mayday”, no a teraz ta „Kolacja dla głupca”.

Przed przedstawieniem zszedłem w dół od miejscowego domu kultury. Nie, nie w kredowe podziemia, korytarze, którymi pocięte jest miasto. Aura w niedzielny wieczór nie sprzyjała spacerom, tym bardziej podziemnym, a ja szukałem punktu, w którym wprawiłbym się w dobry nastrój przed kolacją/„Kolacją...”. Restauracja, bodaj Lotos, była zamknięta, chociaż w środku się świeciło. Dzwoniłem, nikt nie otwierał. Obok w sklepie, zaopatrzywszy się w stosowny rozweselacz przed chełmską wersją „Kolacji...”, zacząłem wspinać się po trochu, po kilka kroków. Spostrzegłem słup. Słup pełen był ryjów. Dokładnie siedem na plakatach. Wybory – przypomniało mi się, chociaż tak naprawdę znajomi skutecznie mi przez ostatni miesiąc o wyborach przypominali na fb. Ryje dzieliły się na tłuste i brzydkie, na brzydkie i liźnięte fotoszopem i na galerię postaci jak z Felliniego. A! No i jeszcze powiatowe urzędasy rodem z „Rewizora”. Zresztą, świetnie by było zagrać „Rewizora” w Teatrze Ziemi Chełmskiej. Ustawić lustro pani prezydent i jej zastępcom. Muszę zaproponować to mocodawcom chełmskiej sceny.

Następnego dnia wybrałem się do Krasnegostawu, chociaż lepiej by było napisać „wybrano mnie do Krasnegostawu”. Dzień po wyborach, a na słupach wciąż wisiały ryje. Na warsztatach licealisci przygotowali etiudę na temat miejscowego barona, co to trzęsie krasnostawskim biznesem szmateksowym. Młodzi podawali go jako osobę, której w ostatniej dekadzie się powiodło. Podobno nawet dostał się do drugiej tury wyborów na burmistrza. Chociaż, to jeszcze nie wiadomo, poczekamy przecież jeszcze kilka dni na wyniki. Podobno należą do tego pana wszystkie ciuchy w mieście, wszystkie szmateksy. Król ciucha z Krasnegostawu. Młodzi parodiowali go ostro, cienką brzytwą smagali na warsztatach. Dowiedziałem się, że prostak z niego jakich mało.

Kolejne będą wybory parlamentarne. Znów na słupach pojawią się ryje. A może sam wystartuję i pokażę swój?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz