wtorek, 11 listopada 2014

Felieton: Irek

Rys. Hanna Usarewicz-Sacher

Zaczęliśmy pisać do siebie końcem stycznia zeszłego roku. Wcześniej znałem go, można powiedzieć, dość pobieżnie. Znajomi opowiadali, że z sukcesem prowadził teatr na warszawskiej Pradze, dość krótko zresztą, bo jak się okazało, urzędnicy od marszałka szybko chcieli ten teatr (spuściznę po Hanuszkiewiczu) zlikwidować. Po jednej z moich dosadnych, kontrowersyjnych recenzji Irek Janiszewski wysłał mi wiadomość: „Gratuluję konsekwencji. Specjalnie nie gratuluję odwagi, ani nie piszę na ścianie profilu, bo uważam, że nie dobrze jest, kiedy recenzja, która wydaje mi się szczera, może stać się, dla pewnych osób, potwierdzeniem noszonych przez nie antagonizmów (nie o to chyba chodzi?)”. I tak rozpoczęliśmy trwającą półtora roku wymianę wiadomości. Tylko półtora roku. Krótko, ale bardzo intensywnie. Zawsze pisał mi otwarcie, szczerze, był partnerem, czytającym wnikliwie to co piszę, doszukującym się powodów, przyczyn. Reagował, nieraz krytycznie, na moje felietony, dyskutował zawsze z rozwagą, z próbą zrozumienia adwersarza. Za każdym razem nasze wymiany zdań były w duchu chęci zrozumienia, mądrej, konstruktywnej krytyki. Moje mocne sądy tonował, pisząc „myślę, że dobrze aby teatr pozostał wielobarwny. Właściwie to, co ciekawe w teatrze, to zderzanie artystycznych języków.”

Po kilku miesiącach, wiosną spotkaliśmy się w Łodzi, w jakimś pubie na Piotrkowskiej. Potem, w czerwcu, przyjechałem do niego, miał mieszkanie nieopodal Teatru Wielkiego, róg Wierzbowej i Uniwersyteckiej. Siedzieliśmy w kuchni późną nocą i gadali o Bernhardzie. Był jedną z bardziej elokwentnych osób, jakie w życiu poznałem.

Gdy odsłoniłem się bardzo prywatnie w felietonie, po którym mocno zaatakował mnie Wojciech Majcherek, Irek pisał mi: „może w tym wszystkim rzeczywiście przykre jest to, że kiedy tylko w teatrze człowiek pozwoli sobie na odrobinę wątpliwości albo szczerości albo odsłonięcia siebie... wówczas znajdą się zawsze zawistni albo złośliwi. Szczerość w teatrze okazuje się niewiarygodna.” Mimo to sam zaczął pisać, zrezygnowawszy wcześniej z udziału w konkursach na kandydatów na dyrektora teatru. Zresztą, pożegnał się z przytupem, dobrym, wnikliwym tekstem o procedurze konkursowej. Pisał w tym artykule, że ma dosyć bycia wiecznym drugim na liście, dość jeżdżenia od teatru do teatru, słuchania plotek o ustawionych rozmowach na dyrektora. Dzisiaj myślę, że jednak bardzo zależało mu na poprowadzeniu jakiegoś teatru. Przecież specjalnie po to ukończył dodatkowe studia z zarządzania kulturą.

Zimą tego roku zapraszał do Zabrza na swoją premierę. Ja zabiegany coś tam mu dyplomatycznie odpisałem, że nie mam teraz czasu, ale że postaram się w niedalekiej przyszłości. Do dziś nie obejrzałem „W drodze do siebie”, a jak widzę po niecałym roku zszedł ten spektakl z afisza, mimo niezłych recenzji. Pisał mi: „zmęczony jestem teatrem chyba pod każdym względem. Chodzą plotki że poza teatrem jest życie. Spróbuję sprawdzić.” Sprawdzał. Jeździł, fotografował, spotykał się z ludźmi. Robił zdjęcia, jakby podejrzewając, że to głównie one po nim zostaną. A nie spektakle. Irek, jakby podejrzewając że tak się stanie, że teatr jest sztuką ulotną, robił coraz więcej zdjęć, precyzyjnie dobierał kadry. I mimo, że jak sam o sobie napisał na stronie na fb: „I am not a professional photographer. But I like to take pictures. It's just for fun” to są to w większość bardzo profesjonalne kadry, precyzyjnie dobierane. Oglądam teraz te zdjęcia w większej ilości i dostrzegam, w jaki sposób patrzył, na co zwracał uwagę, jak umiejętnie komponował obrazy. Zastanawia mnie ten odjazd aparatu w górę, ku niebu, zjechanie w dół, fotografia faktury chodnika, muru. Zdjęć wrzucanych przez niego do sieci jest dużo: zdjęć polskich miast, obrazów Jordanii, Turcji, wiele jest też portretów. Zresztą, spójrzcie sami: https://www.facebook.com/JaniszewskiPhotography

A potem, przy okazji jednej z ostatnich rozmów, na moje pytanie, co zamierza, Irek Janiszewski napisał: „Nie mam z czego żyć i nie wiedzę perspektyw w teatrze. Mam dość obiecanek cacanek. Nie mam siły dalej kopać się z koniem”. Coś tam mu odpisałem, niestety dość zdawkowo, głupio sądząc, że żartuje, że to chwilowa zapaść, chwilowy dół. Sam takie miewam kilka razy w roku. Ale było inaczej. Wiadomość o śmierci znalazłem przypadkiem. Krótką, treściwą, o pogrzebie. Żegnaj Irku, żegnaj kolego.














2 komentarze:

  1. Znałam Irka, pracowałam z nim, rozmawiałam nieskończony czas. Spotkanie go było jednym z tych ważnych w życiu. Dziękuję za wspomnienie o nim.

    OdpowiedzUsuń