wtorek, 18 listopada 2014

„Di, Viv i Rose”, reż. Maciej Kowalewski, Teatr Capitol w Warszawie. Recenzuje Paulina Sygnatowicz.

Joanna Brodzik, Daria Widawska; fot. Michał Jarosiński

Przyjaźń czy kochanie

Di, Viv i Rose” to przepiękna i szalenie prawdziwa opowieść o trudnej, często egoistycznej kobiecej przyjaźni, która nigdy nie zastąpi miłości. To w lekkim repertuarze warszawskiego Teatru Capitol spektakl wyjątkowy.
Di, Viv i Rose poznają się na studiach. Szybko postanawiają zamieszkać razem w wynajmowanym domu. Meblują mieszkanie i urządzają wspólne życie. Imprezują i przygotowują się do egzaminów. Próbują rozszyfrowywać swoje osobowości. Przeżywają romanse i gadają o seksie. Wiodą studenckie życie w rytm muzyki z lat osiemdziesiątych. Jest lekko, przyjemnie i zabawnie. Do momentu, w którym do bezpiecznego, wydawałoby się, mieszkania wkrada się tragedia, a wraz z nią pierwszy egzamin z emocjonalnej dojrzałości. Kolejne przyjdzie im zdawać jeszcze kilkakrotnie, wiele lat po studiach.
Sztuka brytyjskiej aktorki i dramatopisarki Amelii Bullmore to doskonały materiał na wyciskające łzy kobiece kino. W Teatrze Capitol za jego reżyserię zabrał się Maciej Kowalewski. I zrobił to szalenie dyskretnie. Trudno tu doszukiwać się męskiego spojrzenia na niełatwą kobiecą przyjaźń, próby jej zrozumienia czy usprawiedliwiania. Proste, dobrze skonstruowane sytuacje, które w niezauważalny sposób przechodzą z komedii w tragedię i wyraźnie zarysowane, zupełnie różne charaktery trójki bohaterek pozostawiły szerokie pole do aktorskiej interpretacji. Tym ciekawszej, że Joanna Brodzik, Daria Widawka i Małgorzata Lipmann od wielu lat przyjaźnią się także prywatnie.
Aktorską dojrzałością zaskakuje Joanna Brodzik w roli Di, lesbijki, która od pierwszego spotkania otwarcie przyznaje się do swoich preferencji. Uznanie tym większe, że aktorka ostatni raz na teatralnych deskach stała w 2002 roku w spektaklu „Seks nocy letniej” Woody’ego Allena (już wtedy była świetna w roli Adriane), do tej pory grając zresztą przeważnie w komediach. Rolę buduje zaczynając od techniki: świadomie wypracowanych gestów (w trwającej przez ułamek sekundy scenie, gdy po przyjacielsku całuje w dłoń Viv jest wszystko: przyjacielska sympatia, erotyczne napięcie i ogromna potrzeba miłości), fizycznych zmian (od osiemnastoletniej chłopczycy uprawiającej boks, po poważnie chorą czterdziestolatkę – duża w tym zasługa także Doroty Roqueplo odpowiedzialnej za kostiumy) i doskonałej koordynacji tekstu z sytuacjami (opracowany monolog, w trakcie którego Brodzik boksuje worek treningowy). Na tak przygotowany szkielet nakłada emocje. Efekt? Dobrze skomponowana rola sprawiającej wrażenie twardej i silnej dziewczyny, która przed sobą i światem skrywa potrzebę bynajmniej nie przyjacielskiej miłości.
To samo pragnienie noszą w sobie także dwie pozostałe bohaterki. Pewna siebie Rose (nieco przerysowana Daria Widawska) wikła się w kolejne miłosne przygody, które kończą się nieplanowaną ciążą i ustabilizowanym, ale nudnym życiem na wsi. Viv (znakomita technicznie i bardzo prawdziwa emocjonalnie Małgorzata Lipmann) pochłonięta robieniem kariery w Nowym Jorku i topieniem samotności w alkoholu rzuca się w małżeństwo, które od początku skazane jest na niepowodzenie. 
W dorosłym życiu dzieli je wszystko: odległość, status społeczny i poziom życia. Łączy jedno: przekonanie, że „zawiązał się między nimi rodzaj niemego przyzwolenia na towarzyszenie sobie w życiu”, jak mówią o swoich prywatnych relacjach aktorki. Niezależnie od tego, jak piękne słowa padałyby o kobiecej przyjaźni, okazuje się, że choć tak niesłychanie w życiu potrzebna, zawsze podszyta będzie egoizmem i potrzebą zaznaczania swojego ja. Ta gorzka, ale niesłychanie prawdziwa refleksja sprawia, że „Di, Viv i Rose” przestaje być zabawną komedią, a staje szalenie mądrym i wzruszającym „kobiecym teatrem”, jakiego brakuje na polskich scenach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz