czwartek, 30 października 2014

„Machia”, reż. Juliusz Machulski, Teatr Stary w Lublinie. Recenzuje Maciej Bielak.

fot. materiały prasowe teatru

A we Florencji wciąż pada śnieg

Kiedy cichną pierwsze dźwięki podniosłej muzyki i kurtyna idzie w górę, oczom widzów spektaklu „Machia” z Teatru Starego w Lublinie ukazuje się widok przygarbionego mężczyzny w dojrzałym wieku. Mężczyzna siedzi na taborecie po lewej stronie sceny, tyłem do publiczności. Po chwili, przez ustawione na środku sceny drewniane drzwi wchodzi drugi, znacznie młodszy człowiek. Obaj mają na głowie pojedyncze płatki śniegu. Kuśtykając i potykając się na schodach, młody człowiek dochodzi do suto zastawionego stołu i oddaje się konsumpcji. Starszy mężczyzna to Niccolò Machiavelli (Adam Ferency), a młodszy to sekretarz florenckiej Rady Pięciuset Francesco Tarugi (Piotr Głowacki). Po kilkudziesięciu sekundach Tarugi dostrzega Machiavellego i rozpoczyna z nim półtoragodzinną rozmowę. Rozmowę, która dla jednego z nich, niespodziewanie zmieni się w istne piekło.
„Machia” to sztuka, którą Juliusz Machulski napisał i wyreżyserował na zamówienie lubelskiego teatru. Jej głównym bohaterem jest Machiavelli, powszechnie znany jako amoralista, cynik i autor traktatu „Książę”, uważanego za poradnik dla tyranów. W spektaklu Machulskiego Machiavelli jest jednak schorowanym pięćdziesięcioośmiolatkiem, który po kilkunastu latach banicji, powraca do Florencji, żeby ubiegać się o urząd, który piastował przed wygnaniem. Towarzyszy mu Tarugi, który ma przygotować go do przesłuchania przed radą, która zdecyduje o obsadzie wpływowego urzędu. W trakcie rozmowy z Tarugim Machiavelli opowiada o faktach ze swojego życia – tych bardziej znanych (służba w administracji Medyceuszy, podejrzenie o spisek, tortury i wygnanie z Florencji), i tych znanych nieco mniej (obserwowanie zamachu stanu przeprowadzonego w świątyni, czy podjęty wspólnie z Leonardem Da Vinci plan zmiany biegu rzeki Arno po to, by osłabić Pizę). Tytułowy bohater ujawnia też swoje poglądy na politykę i naturę ludzką – Machiavelli jawi się jako polityczny pragmatyk, ale i patriota (jest zwolennikiem zjednoczenia Włoch). Machulski wplótł w dialogi wiele fragmentów „Księcia”, więc ze sceny padają znane słowa Machiavellego (na przykład o tym, że cel uświęca środki, albo o tym, że władca musi być po trosze lisem, a po trosze lwem).
Kilka razy Tarugi wychodzi, żeby sprawdzić, czy przesłuchanie przed radą już może się rozpocząć. Pod jego nieobecność na scenie na krótko pojawia się Barbera, kochanka Machiavellego (Marta Ledwoń). W czasie jednej z rozmów ze swoim ukochanym Barbera stwierdza, że urząd, który sprawuje Tarugi, nie istnieje. Później dialog dwóch bohaterów z wolna przeistacza się w przesłuchanie Machiavellego. Tarugi zaczyna wypominać tytułowemu bohaterowi błędy z przeszłości, przywołuje romanse, czyta jego wulgarne listy do przyjaciół. Przesłuchanie zamienia się w psychiczną torturę, kiedy Tarugi każe Machiavellemu czytać list napisany przez swojego syna, datowany na 22 czerwca 1527 roku (akcja sztuki dzieje się 10 czerwca 1527 roku). W liście syn bohatera pisze, że jego ojciec... zmarł. Wtedy Tarugi odsłania karty – skromny sekretarz okazuje się być niemal demoniczną istotą, która posyła polityków do wszystkich diabłów i umie sprawić, że w czerwcu we Florencji pada znienawidzony przez Machiavellego śnieg. Kara, jaką Tarugi wymierza tytułowej postaci, jest dotkliwa: przez ostatnie dni swojego życia codziennie będzie musiał starać się o urząd, którego ostatecznie nie obejmie, a w dodatku niczego nie zapamięta, bo każdego dnia będzie tracił pamięć.
W ostatniej odsłonie spektaklu oczom widzów ukazuje się widok przygarbionego mężczyzny w dojrzałym wieku, który siedzi na taborecie po lewej stronie sceny, tyłem do publiczności. Po chwili, przez drewniane drzwi na scenę wchodzi drugi, znacznie młodszy człowiek. Obaj mają na głowie pojedyncze białe płatki. A we Florencji wciąż pada śnieg...
„Machia” to porządny spektakl polityczno-filozoficzny bez zadęcia moralizatorskiego. Pod względem literackim sztuka Machulskiego nie jest może arcydziełem – za dużo w niej cytatów z „Księcia”, a za mało soczystych dialogów. Wprawdzie traktat Machiavellego sprzed blisko sześciuset lat nie zestarzał się ani trochę i łatwo można w nim odnaleźć odniesienia do współczesnej polityki (tym bardziej, że Machulski umieścił w tekście czytelne aluzje do polskiej rzeczywistości), ale rozmowa dwóch głównych bohaterów jest niestety zbyt papierowa. W efekcie spektakl mniej więcej w połowie staje się nieco monotonny. Autor nie miał też pomysłu na postać Barbery, która występuje na scenie tylko przez kilka minut, a przez większość tego czasu wygłasza banały rodem z telenoweli. Interesująca jest jednak konstrukcja fabularna „Machii”. Pomysł, żeby przedstawić Machiavellego jako postać, która staje się ofiarą stworzonego przez siebie modelu polityka, a Tarugiego jako człowieka ucieleśniającego ideał przedstawiony w „Księciu”, okazał się strzałem w dziesiątkę. Autor wykazał się też dobrym wyczuciem dramaturgicznym – kiedy spektakl zaczyna przypominać bryk z „Księcia”, następuje kulminacyjna scena psychicznego dręczenia Machiavellego przez Tarugiego.
Główną siłą spektaklu Machulskiego jest aktorstwo. Ferency celnie ukazuje przemianę tytułowego bohatera z pewnego siebie polityka w bezradną kukiełkę w rękach Tarugiego. W jego interpretacji Machiavelli jest podstarzałym cynikiem, który zdystansował się od świata. Aktor bardzo dobrze pokazuje polityczny pragmatyzm tytułowego bohatera – instrukcje dotyczące stosowania terroru czy słowa o tym, że zbrodnia jest zbrodnią tylko wtedy, gdy się nie udaje, Ferency wypowiada takim tonem, jakby mówił o czymś naturalnym. Aktor dodaje granej przez siebie postaci odrobinę specyficznej wrażliwości – kiedy Machiavelli dowodzi, że kara Syzyfa jest najokrutniejszą możliwą karą, to jest autentycznie przejmujący. Wiele do życzenia pozostawia jednak ruch sceniczny. Adam Ferency ogranicza się do chodzenia wzdłuż sceny i przysiadania. Najlepsza rola w spektaklu należy jednak do Głowackiego, którego ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Na początku Tarugi jest gamoniowatym urzędnikiem, ale z czasem staje się dla Machiavellego godnym rywalem, by pod koniec spektaklu niepodzielnie nim zawładnąć. Głowacki ukazuje metamorfozę Tarugiego zarówno słowem (początkowe kwestie wypowiada zniewieściałym głosem, a pod koniec spektaklu niemal grzmi), jak i ciałem (na początku kuleje, a w końcówce pewnie kroczy przez scenę). Tak dużego pola do popisu nie miała Ledwoń – Barbera jest postacią epizodyczną, więc jej rola sprowadziła się do asystowania dwóm głównym aktorom. W spektaklu sprawdziła się też skromna scenografia Justyny Łagowskiej oraz muzyka Piotra Selima, przypominająca soundtrack z hollywoodzkich filmów historycznych.
Słowem – „Machia” to porządna niskoobsadowa produkcja teatralna.


Maciej Bielak – absolwent historii i politologii UMCS; wielbiciel jazzu, teatru i literatury rosyjskiej.


1 komentarz: