czwartek, 25 września 2014

Myśli ze stłuczonej łepetyny - felieton Przemysława Gąsiorowicza

fot. Imaginarium Art

"Bo chodzi o to, żeby było miło..."

Los wymierza nam niekiedy bolesne razy. Poniżej strategia, która ułatwi ci-czytelniku przekazanie przykrej wiadomości. Jak się przekonasz, odbiór wiadomości i reakcja mogą być zupełnie różne, zależnie od tego, jak wiadomość przedstawisz.
Oto przykład pierwszy. Jesteśmy u lekarza.
Ponury lekarz do pacjenta:
- No nie jest dobrze. Ma pan cukrzycę. Badania laboratoryjne właśnie to potwierdziły. Bardzo mi przykro.
- Ale z tego co wiem, to można z tym żyć. Ludzie chorują na cukrzycę całymi latami, biorą insulinę, trzymają dietę i nie jest z nimi tak źle.
- Proszę pana! Nie wiem skąd u pana to dobre samopoczucie. Na to się umiera. Do końca życia będziemy pana faszerować lekami, a i tak, jeśli dożyje pan pięćdziesiątki, to będzie cud! Po drodze pan ogłuchnie, oślepnie, wypadną panu zęby, rany nie będą chciały się goić, aż w końcu amputujemy panu którąś z kończyn. Nie ma się pan z czego cieszyć.

Tutaj pacjent wpada w histerię i wychodzi z gabinetu załamany.
Ale podobną informację możemy podać w zupełnie inny sposób.

Uśmiechnięty lekarz do pacjenta:
- Mój drogi! Ma się pan świetnie! Wszystko w porządku, także głowa do góry! Jedynym problemem jest pańska wątroba, która już całkiem zgniła, ale nie róbmy z tego afery. To w końcu tylko jeden szwankujący organ na cały zdrowy organizm. A do tego nigdy nie będzie już pan sam, bo zyskał pan przyjaciela. Ma paaaannn... raka, który nie opuści pana aż do śmierci. Proszę się z nim szybko zaprzyjaźnić, czasu jest niewiele, bo to ostatnie stadium.
- Oj, to cudownie! A ile czasu mi zostało?
- Miesiąc, może dwa. W sam raz, żeby spisać testament i znaleźć sobie jakąś wygodną kwaterę na komunalnym. Proszę szukać bardziej w głębi, bo ta część od ulicy jest obsikiwana przez psy. No, to powodzenia! A! Byłbym zapomniał! Jak już pan stanie u Świętego Piotra, niech pan z łaski swojej szepnie mu dobre słówko o mnie.
- Dziękuję panie doktorze! Taką mi pan radość sprawił! A Świętemu Piotrowi nie tylko szepnę o panu słówko, ale wręcz poproszę, żeby przyśpieszyli pańską sprawę!

Idąc tym tropem, pomyśl czytelniku, jak miło byłoby na przykład wylatywać z pracy.

Szczęśliwy mąż do żony:
- Skarbie! Ależ miałem dzisiaj cudowny dzień! Wyobraź sobie, z samego rana szef zaprosił mnie do gabinetu i powiedział, że jestem dla niego zbyt cennym pracownikiem, żebym miał dalej pracować za tak haniebne pieniądze jak do tej pory. No i nie może pozwolić na to, żebym się dłużej tak przemęczał. Po dwudziestu latach sumiennej pracy należy mi się solidny wypoczynek. Więc – postanowił mnie zwolnić! Taraaaam! Powiedział, że dzięki temu będę miał teraz więcej czasu dla ciebie i dzieci. No, i żeby nie uwłaczać naszej godności tą żenującą kwotą, postanowił nie wypłacać mi odprawy. Ani nawet pensji za ostatni miesiąc. Tak, żebym już nigdy więcej nie musiał spoglądać na tę kpinę, którą przez lata nazywałem pensją.
No więc skarbie – od dzisiaj jestem cały dla ciebie!

Żona milczy. Milczy. Długo milczy. W końcu rozchmurza czoło, szeroko się uśmiechając.

- Też mam dla ciebie cudowną wiadomość. Będziesz zachwycony! Ten listonosz, co u nas często ostatnio bywa, wiesz, ten co rżnie, jak piła tarczowa, sprowadza się do nas na stałe. Cieszysz się? Nie będziesz się już musiał więcej męczyć – on wszystko za ciebie załatwi. A! Żeby nie było ci u nas za ciasno, od dzisiaj będziesz mieszkał po tamtej stronie drzwi. Tam jest dużo przestrzeni. I świeże powietrze.

A teraz, dla przykładu, trochę prywaty. Będąc świeżo upieczonym absolwentem szkoły teatralnej pewnego dnia poszedłem na rozmowę do dyrektora jednego z polskich teatrów. Dyrektor nie znał mnie zupełnie, pierwszy raz mnie widział, a mimo tego gorąco mnie zapewniał, że wprawdzie w tej chwili nie ma wolnego miejsca w swoim teatrze, ale gdyby coś się pojawiło, to moje CV leży u niego na półce na samym wierzchu. I w pierwszym rzędzie zadzwoni właśnie do mnie.
I ja wiedziałem, że on mnie bajeruje i on wiedział, że ja wiem, że on mnie bajeruje. Ale tu nie chodziło o szczerość i prawdę. Grunt, żeby było miło.

Rok później inny dyrektor w innym teatrze zapewniał mnie, że on mnie bardzo ceni i docenia co zrobiłem w jego teatrze w ciągu minionego sezonu i całym sercem widzi mnie w swoim zespole, ale niestety musi (naciski z góry) przyjąć na etat cały rocznik tegorocznych absolwentów, no i ja muszę im ustąpić miejsca. Bardzo żałuje, bo jestem w jego mniemaniu cennym pracownikiem. Rozstaliśmy się więc w bardzo miłej atmosferze. Bo grunt, żeby było miło.

Panie i Panowie! Niezależnie od tego czy jesteście szefami, czy też ich podwładnymi i niezależnie od przekazywanej wiadomości, pamiętajcie - 

ZAWSZE CHODZI GŁÓWNIE O TO, ŻEBY BYŁO MIŁO!

1 komentarz: