poniedziałek, 8 września 2014

Felieton: Z reżyserką obok

rys. Hanna Usarewicz-Sacher

Taki miły wieczór wczoraj spędziłem. Jak mawiają młode polonistki – wieczorek uroczy. Pojechałem wziąć udział w formie członka (sic!) jury dziennikarzy w ważnym konkursie Metafory Rzeczywistości. Konkurs organizowany jest przez poznański Teatr Polski. Dramatopisarze piszą, wysyłają, trzyosobowe mądre, bardzo oczytane jury sprawdza, duma, wybiera trójkę, dobiera trójkę reżyserów i jazda. Próby trwają ledwie kilka dni i co roku, na początku września oglądamy trzy czytania. Oglądamy my – widzowie. Sporą już renomą cieszy się już poznańska impreza. Podczas tegorocznej (siódmej) edycji suma nagród znacznie wzrosła. A wygranych było dwóch: Piotr Rowicki, po raz kolejny pośród laureatów tego konkursu i Piotr Domalewski – aktor, reżyser. Osobny tekst można by napisać o aktorach piszących dramaty – dobrze że pojawiają się kolejni. Dramat Domalewskiego o Nataszy Kampusch ma jedna zaletę – jest bardzo sprawnie napisany językowo. Jak to się mówi – leży aktorom na ustach. Laureaci – taka poznańska tradycja – mają zapewnioną prapremierę swojego na deskach Polskiego. Tyle faktów.

Po rozdaniu nagród, wdraptałem się na bankiet. Tam uradowani zwycięzcy, że ho ho, że buziaki i oklaski. No, jakbym skosił trzydzieści tysia też byłbym raczej wesół. Rozmowy kuluarowe, odbywające się na balkonie Teatru Polskiego, jakieś winko, grzybowa z groszkiem ptysiowym, jakieś słowne tirli tirli. Że zapraszam cię tu na tę premierę, bo wiesz słuchaj, tekst świetny, aktorzy mu pomogli w czytaniu, czuło się, że oni czują i że chcą to zagrać. No ale mowa trawa, słoma raczej, banały same. Takie słowne umpa umpa, miłe łechtanie się, schlebianie, trochę dowcipasów. No, generalnie w atmosferze lubienia się, wzajemnego onanizmu. Stoję raczej z boku, ktoś podejdzie, pogada, zaczepi, uśmiechnie się, jak to na bankiecie. Chociaż zaraz, zaraz, może ja tak już o tych rautach pisać nie powinienem. Któryś aktor łódzki kiedyś, obecnie chyba gdzieś w Elblągu (to tam jest teatr?!!?) zarzucał mi – znaczy nie mi to mówił, tylko znajomemu, który skwapliwie mi powtórzył, że ten Miernik to tylko o tych popitkach i zabawach pisze i że zbytnio brata się z wiarą aktorsko-reżyserską. Na wiarygodności traci. Poniekąd to prawda. Bratanie zresztą ma swoje minusy – czego (i już zmierzam do puenty) doświadczyłem na poznańskim bankiecie.

Jak żółtodziób jakiś, głupek wiejski, zapomniałem, że reżyserom (szczególnie reżyserkom) nie należy po pokazach mówić nic negatywnego o produkcji, szczególnie tuż po w dodatku... reżyserkom aspirującym. Po wtóre: nie należy mówić przy realizatorach, bo myślą od razu, że Miernik celowo chce pognębić i upokorzyć. A już szczególnie nie należy reżyserkom-koleżankom. Czy to w ogóle zdrowe przyjaźnić się recenzentowi z reżyserami?


Tak się zastanawiałem wracając po nocy z Teatru Polskiego. Pam parampampam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz