poniedziałek, 29 września 2014

Felieton: Warszawski Teatr Rewolucyjny

rys. Hanna Usarewicz-Sacher

Wchodzę do dusznej salki, w której próbuje jedenaście młodych osób. Jedenaście to w zasadzie w porywach, bo liczba zmienia się średnio co kwadrans. Próbę prowadzi Sławek Batyra – absolwent reżyserii warszawskiej AT. Aktorzy-amatorzy są w różnym wieku: część w okolicach trzydziestki, kilkoro nastolatków. Wszyscy jak to się mówi, ostro zajarani sprawą. Próbują od ośmiu miesięcy operę szkolną Brechta.

Próbują ten króciutki, kilkustronicowy, rewolucyjny tekst na trzy obsady. A próbować, skupić się nie jest wcale łatwo, bo do salki wciąż ktoś wchodzi, ktoś musi wyjść na zebranie dotyczące demonstracji 11 listopada, wbiegają rozwrzeszczane dzieci i siadają na krzesłach imitujących grań w górach. Jakimś cudem ta próba idzie do przodu, cudem spokoju reżysera. Przez wspomniane dwa krzesła przechodzi dwójka postaci wraz z nauczycielką. Po drugiej stronie zostaje chory chłopak (gra go również dziewczyna), upuszcza maleńką niebieską konewkę. Choruje, opóźnia marsz, a niosą przecież lekarstwo do miasta. Jego rzekomi przyjaciele wracają i zrzucają chłopaka w przepaść, bo... jednostka opóźnia ich marsz z lekarstwem.

Robimy przerwę. Sławek oprowadza mnie po warszawskim squacie Syrena, który mieści się na Wilczej, niemal na rogu z Marszałkowską. W środku mieści się biblioteka, pomieszczenie z używanymi ubraniami, warsztat naprawy rowerów, wspólna kuchnia i jadalnia, pracownia malowania transparentów. Lewicowe, wolnościowe idee wybijają się na pierwszy plan w tej sporej, kilkupiętrowej kamienicy. Tuż po wejściu (kodowany domofon) staję przed sporą tablicą, na której w kilu rozbudowanych punktach opisano regulamin squatu. Czytam, że nie można spożywać alkoholu, niewskazane jest jedzenie mięsa, że szanuje się współtowarzyszy, słucha się mieszkańców, a jak się czegoś nie wie, to pyta. I że każdy głos jest tak samo istotny.

Na squat trafiłem prosto z prywatnego Teatru IMKA, gdzie pachnąca, wyfiuczona stołeczna publiczność z biletami po stówie wchodziła na spektakl lewicowego i kontestującego dramatopisarza Pawła Demirskiego. Widzowie wybuchali śmiechem z żartów o klasie średniej, z tego, że jeździ na prowincję, gdzie łany zboża, z tego, że dresiarz chce należeć do ich-widzów klasy społecznej. Bo, wedle słów Demirskiego, żyjemy w społeczeństwie klasowym. Siedzę z tyłu i widzę, że śmieje się i sam autor. Słusznie, bo to dobry spektakl na podstawie niezłego, lewicowego tekstu przecież. Osiemset metrów dalej w małej, dusznej salce, oświetlonej jedną żarówką squatersi dowodzeni przez Sławka Batyrę skandują teksty Brechta. Będą występować jesienią podczas akcji w mieście, eksmisji i demonstracji. Tu macie ich stronkę na fb. Polubcie.https://www.facebook.com/pages/Warszawski-Teatr-Rewolucyjny/607816859302634?fref=ts

Po próbie jedna z aktorek spoza squatu (też są tam takie) pyta, kto z nią w niedzielę pójdzie do więzienia w Białołęce, by poczytać więźniom Sienkiewicza (tak, tego o którym recenzent Roman Pawłowski niedawno pisał, że taki wsteczny, prostacki, maskulinizujący i że to przez niego źle traktujemy kobiety). Pytana o pomoc Czeczenka raczej nie kwapi się jechać do więzienia, argumentując, że za kilka dni ma proces z odwołania. Więc na razie wolałaby na Białołękę nie zachodzić. Grozi jej wydalenie z kraju lub wyrok.


Wracam do IMKI. Na oklaski.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz