poniedziałek, 22 września 2014

Felieton: Kompleksy

rys. Hanna Usarewicz-Sacher

Kompleksy jak mawiają należy leczyć. Różne choroby należy, ale kompleksy szczególnie. Gorsze niż wysypka, niż wyrostek. Chorują na nie najczęściej ludzie bez ambicji, uważający, że to, co mają do zaprezentowanie jest zwyczajnie słabe. Chorują mieszkańcy mniejszych państw (Litwa wobec Polski), sportowcy lig regionalnych wydziarani jak gwiazdy stadionów (zauważyliście, że siatkarscy mistrzowie świata nie mają dowartościowujących tatuaży, jak piłkarze polskiej ligi), chorują aktorzy prowincjonalni wobec tych bardziej sławnych z telewizji, lub większego teatru.

Mądre zdanie o prowincji usłyszałem pierwszy raz ponad dekadę temu od Krzysztofa Czyżewskiego: że prowincja to nie miejsce zamieszkania a stan umysłu. Piszę ten tekścik w przededniu wyjazdu z lubelskim teatrem do Warszawy. Powiedzieć w Lublinie „Warszawa”, to jak powiedzieć „Eldorado”, czy „Sezamie otwórz się”. Tu na „Warszawa” nie podnosi się głosu, ścisza raczej, w szept przechodzi. „Bo wiesz, dooo... Warszawy spadam na weekend. W galeriach pobuszuję”. Albo „no wreszcie jadę prawdziwy teatr zobaczyć, do Żebrowskiego może pójdę, albo do Krysi?”. Tak to tutaj jest.

Pamiętam z poprzedniego roku, przepełnionego wyjazdami z Unią Teatr Niemożliwy, jak rożnie przyjmowano nas w małych ośrodkach. W tych najmniejszych, ściubiących budżet domach kultury częstowano, oprowadzano, pomagano, uśmiechano się... W tych większych, miastach powiatowych, tych jak to się mówi... z aspiracjami było chłodno, niemiło, nijak. Boże uchroń mnie od miast z aspiracjami, myślałem wówczas. Stasiuk kiedyś napisał: „chciałbym zamieszkać w państwie, którego obywatele pragnęliby być drudzy”. No właśnie, nie wallenrodyzm i nie aspiracje. Bo tam zaraz pojawiają się kompleksy a dalej to już konflikt. Zakompleksione domy kultury w miastach powiatowych często tworzą grupy teatralne pokazujące farsy w dekoracjach ze sklejki, takie intelektualne umpa umpa. Wobec przyjezdnych z większych ośrodków, dajmy na to wojewódzkich zachowują się albo ostentacyjnie olewczo, albo z uniżonością. Te dwie taktyki pracowników powiatowych domów kultury są równie słabe.

Wyobraźmy sobie (poteoretyzujmy) taką sytuację. Przyjeżdża jedyny zawodowy teatr z miasta wojewódzkiego do powiatowego domu kultury a tam budynek pusty, sprzątaczka pokazuje garderoby. Spektakl za cztery godziny, warsztaty dla młodzieży za godzinę. Pusto, ciemno, nikogo. Goście, aktorzy dzwonią na komórkę osoby odpowiedzialnej za przyjazd teatru. A tu cisza. Nie odbiera i nie oddzwania. Jest gdzieś indziej, ma w niedzielę przecież ważniejsze rzeczy na głowie. Osoba, nazwijmy ją... Pani Terenia... wreszcie się pojawia. Zdziwiona i radosna. Nie zapewniła miejsca na dyskusję po spektaklu, bo po co, nie poinformowała widzów o rozmowie z artystami, chociaż ci czekali przed budynkiem, nie przywitała się z dyrekcją teatru, nie pożegnała, no generalnie żenada. Trudno to sobie wyobrazić, prawda? To przykład olewania wynikającego z kompleksów.

Przykład kornego sługi zgiętego z kompleksów w pałąk? Ano czytam właśnie, że Lublin na otwarcie stadionu miejskiego zaprosił TVN-owskie gwiazdy. „Talent czy Factor” brzmi hasło imprezy. Dwie drużyny dwóch rozrywkowych programów doprowadzą lubelską publiczność zapewne do ekstazy. „Swoje rękawice skrzyżują Grzegorz Hyży, Ewelina Lisowska, Artem Furman, Klaudia Gawor, Me Myself and I i inni.”. Wstydzioch trochę, bo nie znam żadnego z tych, jak mawiają paparazzi, „ryjów”. Wypada dodać, że krzyżować będą za 800 tysięcy złotych, bo taką kwotą miasto wsparło krzyżowanie. Dobry to przykład dymania mózgów lublinian przez prywatne media. Przyjadą gwiazdy telewizyjne z Warszawy (szeptem, szeptem) i będą krzyżować. Lublinianie ich pokochają. Lublin – miasto kultury.

1 komentarz:

  1. Do połowy się zgadzam.

    Lublin nie jest taki jednowymiarowy, jak się może wydawać. owszem, hołd dla Warszawy tu istnieje, można odnieść wrażenie że miasto żyje w cieniu stolicy, ale trudno się dziwić. Przyjechałam do Lublina równo 10 lat temu i to był początkowo syzyfowy trud wytłumaczyć Lubelakowi (no offence) że w Krakowie mieszka się gorzej. "Jak to?!"
    "Jak mogłaś się przeprowadzić na wschód?", "dlaczego" "po co?!!!". Moje wyznania były dla "nich" jak zaprzeczanie prawom fizyki. Przecież migrować można tylko na zachód. Do tego śmiem twierdzić, że jest to bardziej przyjazne do życia miejsce niż... (szeptem) Kraków. No bluźnierstwo. Albo psychiczna jakaś..

    I tak się dziwili, dziwowali, w głowę pukali. Ale z roku na rok coraz słabiej, ciszej. Coraz miej się dziwili. Nie dlatego że słuch/wzrok mi się pogorszył, ale dlatego że Lublin stopniowo, delikatnie, może niezauważalnie na codzień, ale w perspektywie ostatnich lat - zaczął patrzeć na siebie z (pewną ograniczoną ale jednak) akceptacją. Bardzo pomogły tu starania o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016, chyba po raz pierwszy Lublinianie byli dumni ze swojego miasta.

    I Lublin, śmiem twierdzić, nie pokocha gwiazd TVNu. Bo odkąd ogłoszono owe "gwiazdy" trwa niejako "foch miejski", ludność obrażona, hejterstwo się rozplenia, "jak to? gwiazd prawdziwych oczekiwaliśmy!" I jest problem. Sprzedało się 40% biletów, resztę będą rozdawać za darmo, bo "jaktotak? otwarcie stadionu przy pustych trybunach"
    Ale czy obrażeni, przyzwyczajeni już do zawyżania poziomu artystycznego, masowo przyjdą - nie sądzę. I będzie otwarcie stadionu, którego urząd będzie się wstydził. Może co sprytniejszy fotograf zrobi takie ujęcia, na których zobaczymy tłum przypadkowych, z loterii darmowych wejściówek, ale to nic nie zmieni, bo otwarcie jest jakie każdy widzi..

    Parę lat temu, jak startował festiwal awangardy muzycznej Kody, zaproszono do Lublina Laurie Anderson. Zaproszono ją tez do Warszawy. Z jak żywcem wyjętym z kreskówek śmiechem "sasasasasa" krążyły szepty po Lublinie i bardzo dumnie słuchaliśmy na zamku jej koncertu. Zmarznięci, zawinięci w swetry choć był czerwiec, cieszyliśmy się jak głupki, że nasza stolica kultury rośnie i się rozwija. Dowód mieliśmy naoczny. Laurie wybrała Lublin.

    OdpowiedzUsuń