wtorek, 26 sierpnia 2014

Felieton: Bar Krokiecik

Wczoraj z A. zaszliśmy do baru Krokiecik na Dąbrowskiego. Spacerowaliśmy po Rzeszowie, opowiadałem jej o tym Rzeszowie z lat dziewięćdziesiątych, gdzie pobierałem nauki nastolatkiem będąc. Rzeszów zmienił się bardzo od tamtego czasu. Wypiękniał. Anegdota mówi, że prezydent Ferenc sadzi rabaty i klomby w każdym wolnym miejscu śródmieścia. Powstały ogrody bernardyńskie obok słynnego pomnika „wielkiej cipy”, bulwary z miejscami na grilla nad Wisłokiem. No, słowem wypiękniało. Takie spacerowe miasto dla młodych małżeństw z dzieckiem. Kultury raczej brak. Dwa kina, multipleks, trzy teatry: dramatyczny, lalkowy, offowy. W rozpoczynającym się sezonie zmienia się teatr dramatyczny, którego dyrektorem został Jan Nowara. Można powiedzieć, że został wybrany ponownie, bo kiedyś już tu urzędował. Zwolniono go przy wydatnej pomocy niektórych miejscowych aktorów. Rzeszowski teatr słynie zresztą z dość mocnego głosu aktorów w zarządzaniu instytucją. Po pierwszych decyzjach Nowary widać, że chce stworzyć model repertuarowo dość podobny do kieleckiego. Czyli jeden-dwa spektakle tak zwane festiwalowe, zrobione przez modnych, młodych reżyserów, by pojeździły i zebrały kasę i nagrody, a na miejscu, lokalnie ma być lekko i przyjemnie. Sądząc po sukcesach kieleckiej sceny jest to jakiś pomysł. Coraz częstszy zresztą, jak obserwuję rodzime teatry. W głębi duszy się cieszę, bo to pierwszy teatr, do którego uczęszczałem świadomie. Od lat obserwowałem jego upadek. Jest wreszcie szansa na zmianę.

Ale wracając do miasta. Przeszliśmy Hetmańską do mojej dawnej szkoły, która obecnie prócz tego, że wytynkowana że ho ho, to jeszcze stała się liceum sportowym. Przechodzę obok i myślę, że dobrze, że mnie ten sport nie dotknął w stopniu większym niż konieczne, jedynie wuefista Myrda krzyczał że Miernik się opierdala. Stojąc na szkolnym dziedzińcu przypomniałem sobie Myrdowe ryki, piskliwy głos geografki i upierdliwą wychowawczynię Duszek. Przeszliśmy obok bloków, gdzie chodziło się na faję, obok domu Saletynów, w którym toczyłem boje o niewiarę z księdzem, którego imienia już nie pamiętam. Aż do placu, gdzie pod filarami, znalazłem swój bar.

Wewnątrz jakby bardziej odświętnie. Te kanapy pluszem obite nijak nie pasują do klienteli rozprawiającej o wyścigach formuły, o składzie Resovii na rozpoczynający się sezon. Panowie w wieku emerytalnym, po wielu już kielichach. A my krokiecika z barszczykiem tylko. Za oknem środek słonecznego dnia. Buczy discopolowy boj, skwierczy olej z kuchni, którego zapach pochłaniają firanki nie prane tu od lat. Do Krokiecika zachodziłem z Januszem po lekcjach na partię szachów i na piwo, którego już nie ma: Kaltenberg. Pamiętacie Kaltenberga? W Łodzi go chyba ważyli.

A za oknem fontanna. Podjechała parka na rowerach, robią sobie selfie, radośni tacy. Za nimi wyremontowany, sporej kubatury budynek Wydziału Muzyki rzeszowskiej uczelni. Okazały. Kiedyś na górze mieściło się kino Mewa, w którym w połowie lat dziewięćdziesiątych obejrzałem „Spalonych słońcem” i jedynkę „Sprzedawców”. Na coś też zabrałem do kina Magdę, która zaraz potem mnie rzuciła. W Sylwestrowe przedpołudnie.


Tak sobie siedzę i obserwuję. Jest coś magicznego, chociaż może to zbyt mocne słowo, w takich starych barach. Niektóre z nich odświeżono, tuningowano, jednak nic to nie dało, bo rozlewa się tam po stołach bezczas, panuje jakaś duszna melancholia, doskwiera żal za minionym. We wrześniu znów przyjadę do Rzeszowa. I znów posiedzę w Krokieciku. Zamówię danie firmowe, piwo Leżajsk. Może ktoś się dosiądzie? Zapatrzymy się w okno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz