poniedziałek, 28 lipca 2014

Myśli ze stłuczonej łepetyny - felieton Przemysława Gąsiorowicza

fot. Imaginarium Art

Wielka Cisza

Była sobie pewna artystka, która z wyróżnieniem ukończyła szkołę teatralną. Zagrała w spektaklu dyplomowym i za swoją rolę otrzymała pierwszą w życiu nagrodę aktorską. „Łaaaał!!! Suuuper!!!”
Kwiaty, oklaski, uściski dłoni ważnych person, pierwsze wywiady, fotosy. „Nooo, teraz to już pójdzie z górki...” – pomyślała.
A potem cisza. Głucha cisza. Nic. Telefon – cisza. Mail – cisza. Dyrektorzy – cisza. Reżyserzy – cisza. Producenci – cisza. Agencja – wielka cisza...
Artystka postanowiła nie odpuszczać. Wzięła udział w konkursie piosenki, który wygrała.
I od nowa – kwiaty, oklaski, uściski ważnych person, wywiady, błysk fleszy. 
A na koniec – cisza...
Jednak nadal nie odpuszczała. Nie chciała biernie czekać na swoją szansę. Postanowiła samodzielnie zrobić monodram. Zrobiła. Jeden, festiwal, drugi, trzeci. Jedna nagroda, druga, trzecia. Piąta! Jeden wyjazd z monodramem za granicę, drugi, piąty. I kolejne nagrody – tym razem międzynarodowe! „Gratuluję Pani!”, „Naprawdę świetny spektakl”, „Jest Pani zjawiskowa!”, „Jest Pani fantastyczna!”.
A potem – cisza. Dłuuuga, głucha cisza...
„Co jest, do cholery???!!!” – pomyślała.
I w tym momencie zadzwonił telefon. Z agencji. Zaproponowali rolę. Jeden dzień zdjęciowy. W telenoweli. Konkretnie jedną scenę. Epizod. Jedno zdanie.
Przyjęła.
Po zdjęciach znów zadzwoniono z agencji. „Wiesz? Było świetnie. Produkcja była z Ciebie bardzo zadowolona”.
Od tamtej pory dzwoniono do niej regularnie, raz w miesiącu. Zawsze w tej samej sprawie – telenowela, jeden dzień zdjęciowy, jedna scena, jedno zdanie. I zawsze po zdjęciach słyszała: „Produkcja była z ciebie naprawdę zadowolona”.
W końcu wygrała casting na dłuższy wątek w telenoweli. Kilkanaście dni zdjęciowych, po dwie, trzy sceny w ciągu dnia. Po każdym dniu zdjęciowym odbierała telefon od agencji z pochwałami od produkcji. „No, nie no – teraz to już musi coś pęknąć! Nie mówię, że od razu poważne propozycje, ale przynajmniej jakieś zaproszenia na poważne castingi wreszcie się posypią. Skoro tak są ze mnie zadowoleni...”.
Aż tu nagle – cisza!
Artystka wkurzyła się. I to solidnie. 
Wsiadła w samolot i poleciała na Wyspy. Na zmywak. 
Po kilku tygodniach na Wyspach dowiedziała się o castingu do wyspiarskiego serialu. Poszła. Wygrała. W ciągu kilku miesięcy stała się bardzo popularna. Na Wyspach. Po pierwszym serialu przyszedł następny, po nim reklama, po niej następna. W końcu – kino.
Tak minęły dwa lata. Artystka czuła się spełniona... ale nie do końca. Wciąż coś nie dawało jej spokoju.
Wsiadła w samolot i wróciła do Ojczyzny.
„Teraz to już muszą rozwinąć przede mną czerwony dywan!” – pomyślała.
Pewna siebie poszła na casting we własnym kraju. Poszła na drugi, trzeci, piąty... 
Cisza!
„A NIECH WAS WSZYSTKICH SZLAG TRAFI!!!” – już nie pomyślała, a wrzasnęła.
Wsiadła w samolot powrotny na Wyspy i tyle ją widzieli...

Z kolei inny artysta – sztuk plastycznych tym razem – zrobił pierwszą w życiu autorską wystawę. Długo, bardzo długo walczył, by móc ją wreszcie zorganizować. Szukał życzliwych mu instytucji, galerii, mecenasów sztuki. Kilka lat całował klamki, odbijał się od ścian, znosił odmowy i odtrącenia. W końcu udało się. Zorganizował wystawę, którą obejrzało wielu wpływowych ludzi. Zebrał szereg życzliwych, pochlebnych, nieraz wręcz entuzjastycznych recenzji. Kwiaty, błysk fleszy, wywiady, a na koniec... CISZA! Długa, głucha i bolesna!
Artysta wyjechał za ocean. 
Zaprezentował tam swoją twórczość i... po paru tygodniach okrzyknięto go geniuszem. Jego dzieła w krótkim czasie zaczęły krążyć po najważniejszych galeriach większości kontynentów. Zwiedził cały świat, zarobił mnóstwo pieniędzy, a na koniec powrócił do Ojczyzny. Bo wciąż coś nie dawało mu spokoju. I nie czuł się całkiem spełniony. W Ojczyźnie po raz wtóry zaprezentował swoją twórczość. Już nie jako debiutant, lecz jako Wielkiego Formatu Nazwisko. 
Efekt? CISZA! Czasem tylko gdzieniegdzie jakieś śmichy-chichy. Ale generalnie to Wielka Cisza!

Pewien muzyk przez długie lata w Ojczyźnie spotykał się z Wielką Ciszą. Wyjechał poza granice, zaprezentował swoją muzykę, a następnie dzięki niej zwiedził pół świata, grając koncert za koncertem. Wróciwszy razu pewnego do ukochanej i wytęsknionej Ojczyzny – powitała go (a jakże!) Wielka Cisza.

Jeden sportowiec-pilot, nie mogąc znaleźć we własnym kraju warunków, środków, ani zrozumienia dla swojej pasji, wyemigrował z Ojczyzny i zdobył najpierw mistrzostwo kontynentu w swojej dziedzinie sportowej, następnie zaś trzy razy z rzędu mistrzostwo świata. Pisała o nim zagraniczna prasa, do swych prywatnych willi zapraszali wpływowi dygnitarze. Gdy zadzwonił któregoś dnia do swej rodziny w Ojczyźnie, dowiedział się, że w Kraju, o jego wielkich sukcesach panuje Wielka i Głucha Cisza.

Z kolei pewien wynalazca opracował, w całkowicie domowych warunkach, element silnika spalinowego, który znacząco ograniczał zużycie paliwa w pojazdach mechanicznych. Twierdził, że na jego wynalazku Ojczyzna może się wypromować na arenie międzynarodowej, przynieść chwałę Rodakom, a nade wszystko on sam, Ojczyzna i Rodacy mogą dobrze zarobić. Gdy zaprezentował swój wynalazek rodzimym nauczycielom akademickim, tęgim głowom z ważnych Politechnik – ci go wyśmiali. A potem zapadła Głucha Cisza. Próbował zainteresować swoim pomysłem ministrów i dziennikarzy, ale... Cisza. A czasem śmiech i Cisza.
W końcu sprzedał swój pomysł Azjatom. Ci natychmiast zastosowali go w swoich pojazdach, które następnie zaczęli sprzedawać po wyższej cenie między innymi w Ojczyźnie wynalazcy.

Podobne przykłady można mnożyć bez końca.

Adolf Hitler tak naprawdę pragnął być malarzem. Widziałem jego szkice, widoki Wiednia, projekty architektoniczne. I nie rozumiem kto i na jakiej podstawie orzekł, że to kiepska twórczość...

Józef Stalin tak naprawdę pragnął być poetą. Znam wprawdzie tylko jeden jego młodzieńczy wiersz, ale zaręczam – jest naprawdę piękny. Czuje się w nim naprawdę wrażliwą duszę...

Mam wrażenie, że obaj panowie, zanim ostatecznie zostali z zawodu ludobójcami, musieli także spotkać się z Wielką Ciszą.

Tak sobie myślę... może naukowcy i sportowcy jakoś lepiej radzą sobie z Głuchą Ciszą... ale Artystów to jednak chyba lepiej nie wkurzać...

2 komentarze:

  1. Pan Aktor chyba ma jakieś kompleksy. I niech lepiej nie pisze, bo ten poziom jest żenujący...

    OdpowiedzUsuń
  2. W Ukrainie była taka sama, albo jeszcze gorsza sytuacja i tam twórcy zaczęli organizować własne nieformalne grupy artystyczne, działające zupełnie równolegle do oficjalnych instytucji. Grupy się na tyle wyemancypowały, że zaczęły dominować w przestrzeni artystycznej. Nie jest to łatwe oczywiście, bo nie ma się wsparcia finansowego i organizacyjnego. Ale też nie jest niemożliwe. W USA Jill Dolan nie mogąc znieść sposobu, w jaki recenzowane są spektakle i filmy przez gazety głównego nurtu, założyła swój własny blog z recenzjami, pierwotnie na blogspot.com, obecnie: http://www.thefeministspectator.com/ i zdobyła za niego nagrodę George Jean Nathan Award for Dramatic Criticism. Trzeba trochę "pohakować" rzeczywistość - nie ma innego wyjścia :)

    OdpowiedzUsuń