wtorek, 3 czerwca 2014

"W mrocznym mrocznym domu", reż. Marcin Hycnar, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Recenzuje Stanisław Godlewski.

 
fot. materiały prasowe teatru
Przestrzeń traumy

Bohaterowie spektaklu W mrocznym mrocznym domu Neila LaBute’a w reżyserii Marcina Hycnara, niczym Dante „w życia wędrówce, na połowie czasu w głębi ciemnego znaleźli się lasu.” W tym lesie znajdują się również widzowie, bowiem scenografka Julia Skrzynecka wyłożyła całą przestrzeń sztuczną trawą, a na środku sceny postawiła dwa ogromne pnie drzew. Ten prosty zabieg od razu uruchamia wyobraźnię widza i świetnie koresponduje z tekstem dramatu – najpierw jesteśmy w parku przy zakładzie psychiatrycznym, potem na polu minigolfa, na końcu w ogrodzie.
Tekst LaBute’a to gęsty, psychologiczny thriller składający się z trzech, długich dialogów. Drew (Marcin Sianko) – uzależniony od alkoholu, narkotyków i kobiet, wyjawia swojemu bratu Terry’emu (Grzegorz Mielczarek), że był molestowany seksualnie w dzieciństwie przez ich wspólnego kolegę. Od tego momentu zaczyna się, trzymająca w napięciu, rozgrywka między prawdą a fałszem, nienawiścią a miłością. Bohaterowie (w drugiej części pojawia się jeszcze Jennifer, córka oprawcy z przeszłości, grana przez Karolinę Kamińską) nieustannie zagadują problemy, próbują znaleźć sposób, by wyjść z przeszłości. Drew próbuje skończyć z dawnym, imprezowym trybem życia. Jennifer, pod maską trzpiotowatej radości, ukrywa smutek z powodu niepełnej rodziny i prowokuje erotycznie starszego mężczyznę. Terry, ten pozornie najbardziej rozważny ze wszystkich bohaterów, również skrywa mroczne tajemnice. Przeszłość nie daje jednak o sobie zapomnieć, z ciemnego lasu nie da się wyjść. Dopiero w finale pojawia się nadzieję, że prawda może przynieść wyzwolenie. Może – bowiem Hycnar nie dopowiada sensów i nie przekreśla żadnego zakończenia. Koncentruje się raczej na ukazaniu piekła relacji międzyludzkich, a przede wszystkim – rodzinnych.
Spektakl tego młodego aktora, znanego z ról w Teatrze Narodowym w Warszawie, przypomina przedstawienia Agnieszki Glińskiej (reżyser wielokrotnie z nią współpracował i przyznaje się do inspiracji spektaklami obecnej dyrektorki Teatru Studio). Postawił na bardzo rzetelnie poprowadzoną grę aktorską, pełną niuansów psychologicznych. Ograniczył efekty oraz nie wprowadził żadnej ingerencji do gęstego, pełnego napięć i zwrotów akcji tekstu LaBute’a. Aktorzy, przede wszystkim Grzegorz Mielczarek, świetnie odnaleźli się w tej konwencji (wątpliwości może budzić infantylnie poprowadzona rola Jennifer). Spektakl czasami gubi swój rytm, rozmowy są często za długie. Najlepiej wypadają momenty gorącej kondensacji zdarzeń, kiedy napięcie między bohaterami niemal eksploduje, jak w finałowej rozmowie braci.
Chociaż nośna interpretacyjnie przestrzeń Skrzyneckiej oraz muzyka Rafała Kowalczyka (napięcie pomiędzy świdrującym, ciężkim brzmieniem, a liryczną delikatnością prowadzi spektakl) chciałyby wynieść temat na poziom bardziej uniwersalny, metaforyczny, Hycnar uparcie trzyma się realizmu psychologicznego, co wielokrotnie szkodzi spektaklowi. Z jednej strony widz jest wciągnięty w akcję za pomocą przestrzeni i poruszającej historii, z drugiej – czwarta ściana pozwala mu na bezpieczny dystans. „Przezroczystość” reżysera wielokrotnie drażni, zbyt mocno skupił się on na umotywowaniu działań postaci, zapominając tym samym o głębszej interpretacji całości tekstu. Nie wiadomo dlaczego akurat ta historia została nam opowiedziana. Kilka godzin po spektaklu poza zachwytem nad przejmującymi rolami aktorów, nie zostaje wiele.
Przedstawienie z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie jest nierówne, jednak odwaga Hycnara, by w dobie postmodernistycznych performensów zaproponować tak klasyczny teatr, bazujący na emocjach, zasługuje na pochwałę. Szkoda tylko, że myślowo spektakl nie ma nic do zaoferowania.

Stanisław Godlewski – student Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych na UAM w Poznaniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz