wtorek, 17 czerwca 2014

"Kurki jadły, rzuciły się, z ust wydziobywały", rozmowa z Włodzimierzem Dyłą.

fot. materiały prasowe Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu

BARTŁOMIEJ MIERNIK W latach osiemdziesiątych skończyłeś rolniczą szkołę zawodową. Skąd pomysł, by zostać aktorem?
WŁODZIMIERZ DYŁA Widocznie już wtedy wiedziałem, że w życiu zawodowym zajmę się rolą. (śmiech) Ukończyłem również technikum rolnicze i podejrzewałem, jak widać słusznie, że dyplom technika-rolnika raczej mi się nie przyda.
MIERNIK W trakcie studiów zaczynasz pracę w Ośrodku Badań Twórczości Jerzego Grotowskiego.
DYŁA Byłem wtedy na czwartym roku. To się nazywało… Teatr Studio.
MIERNIK Skąd się tam wziąłeś? Jak do tego doszło?
DYŁA Koleżanka mnie poleciła. Na czwartym roku studiów otrzymałem etat. Wytrzymałem u nich osiem miesięcy.
MIERNIK W 1990 roku wyjeżdżasz do Teatru im. |Jana Kochanowskiego w Opolu.
DYŁA Moim pierwszym dyrektorem był, nieżyjący już, Maciej Korwin.
MIERNIK Zagrałeś u niego Walpurga w Wariacie i zakonnicy.
DYŁA Spektakl okazał się porażką, ogromną porażką. (śmiech) Teraz zagrałbym dziesięć razy lepiej. Młody byłem, zabrakło doświadczenia.
MIERNIK Na etacie aktorskim pozostałeś w Opolu przez dwa lata…
DYŁA …aż wreszcie uciekłem. A wiesz dlaczego?
MIERNIK ?
DYŁA Ponad dwadzieścia lat temu w Opolu aktor się nie rozwijał, dominowało tam kłamstwo artystyczne. A ja byłem młody i pełen idei, chciałem tworzyć wielkie role. W Opolu byłem przedmiotem, a nie podmiotem.
MIERNIK Po dwóch latach przenosisz się do wrocławskiego Ośrodka Teatru Otwartego Kalambur.
DYŁA Transformacja zaszkodziła temu teatrowi, chociaż jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych granie tam było sporym prestiżem. Następnie Kalambur organizacyjnie przejął jakiś związek rozrywki. Aż wreszcie rozwiązano ten teatr.
MIERNIK W Kalamburze grałeś w dramatach Ghelderode’a, Handkego, Fo.
DYŁA O tak! Wiesz, jakie to stanowiło wyzwanie intelektualne? Bardzo dobrze wspominam ten czas. Bo zawód aktora na tym polega, że najczęściej robisz chałtury, a niekiedy tylko wielką sztukę. Po przygodzie z Kalamburem pozostawałem bez etatu i… nie miałem co jeść. Serio, chodziłem głodny. Zaraz zaczniesz się śmiać. Nająłem się do pracy w szkole, u Urszulanek we Wrocławiu. Niestety, ja uważałem, że nauczam teatru, że jestem panem od wyobraźni, a siostry chciały, żebym im tylko robił akademie szkolne. Nie rozumieliśmy się.
MIERNIK Pozostawałeś bez pracy, bo zrezygnowałeś z etatu w Teatrze Norwida w Jeleniej Górze.
DYŁA Zrezygnowałem po dwóch próbach, bo w Jeleniej Górze zastałem wszystko to, przed czym uciekałem: etatyzm i brak zapału. Powiedziałem im: „Bardzo tu u was miło i sympatycznie, bardzo was lubię, ale dziękuję”. Podziękowałem reżyserowi, całemu zespołowi aktorskiemu i… znów nie miałem co jeść. Mój kolega z Teatru Cinema z Michałowic zagrał rolę, którą ja miałem zagrać w Jeleniej, a ja zastąpiłem go w Cinema. Mnie nie interesowało środowisko teatrów repertuarowych. W Michałowicach tworzyłem przecież lepszy teatr, bo z przyjaciółmi.
MIERNIK Z którymi na dwa lata przeniosłeś się do Grudziądza. Wygraliście konkurs na prowadzenie teatru w tym mieście. Niezmiernie jestem ciekaw, jak Wasz spektakl Albert Lux został odebrany przez grudziądzką publiczność, która z teatrem alternatywnym stykała się nieczęsto.
DYŁA Widzowie na pierwszych przedstawieniach nie wiedzieli, czy należy się śmiać, czy nie. Zastanawialiśmy się, czy nas nie wyrzucą, bo przecież tworzyliśmy ostrą, elitarną sztukę.
MIERNIK Prócz tego przedstawienia graliście tam Miałem taki sen, Nie mówię tu o miłości. Czułeś, że między Wami i grudziądzką widownią wyrasta przepaść?
DYŁA Tak, chociaż, liczyłem na to, że w końcu ludzie nauczą się naszego języka.
MIERNIK A jak mieszkańcy Michałowic reagowali na Wasze spektakle?
DYŁA Pięknie! Widzowie są tam nad wyraz kulturalni. Śmialiśmy się, że brakuje im już tylko filharmonii. W Michałowicach funkcjonują dwa teatry, po wsi chodzi mnóstwo aktorów.
MIERNIK Z Teatrem Cinema sporo podróżowaliście…
DYŁA Objechaliśmy niemal cały świat i braliśmy udział w międzynarodowych projektach. Wiesz, kiedy czułem się zażenowany? Kiedy na festiwalu w Pradze Polskę reprezentowało wydarzenie pseudoartystyczne, którego się wstydziłem. Moi zagraniczni koledzy z innych teatrów pytali skonfundowani: „To w Polsce robicie tego typu teatr?”. W Teatrze Cinema odcinaliśmy się od cepeliady.
MIERNIK Jak teraz wygląda Twoja współpraca z Cinema?
DYŁA Rozeszliśmy się.
MIERNIK Dlaczego?
DYŁA Ponieważ tam potrzebny jest dobry menadżer. Cinema może funkcjonować jako teatr okazjonalny. Możemy się spotkać raz na jakiś czas, ale ciężko jest żyć, utrzymać się z niezbyt częstego grania.
MIERNIK Nie uważasz, że po szesnastu latach formuła Teatru Cinema, nie tyle instytucjonalna, co artystyczna – wyczerpała się?
DYŁA Miałem świadomość zjadania własnego ogona, grania w jednym rodzaju estetyki.
MIERNIK Powróciłeś do Jeleniej Góry w 2003 roku i zagrałeś w Testosteronie, w reżyserii późniejszej dyrektor tej sceny, Małgorzaty Bogajewskiej.
DYŁA Testosteron zagraliśmy dwieście trzydzieści pięć razy, a mogliśmy grać w nieskończoność. Bo widzowie zapisywali się na trzy miesiące do przodu.
MIERNIK W Grudziądzu dostałeś nagrodę dla najpopularniejszego aktora, a w Jeleniej Górze publiczność między innymi ze względu na Ciebie przychodziła na spektakle.
DYŁA Początkowo zastanawiałem się, co to znaczy, że publiczność mnie „lubi”? Bo ja się przecież nie wdzięczę. Widzowie sympatyzują ze mną, mam tego świadomość. Dopiero niedawno ją nabyłem.
MIERNIK Jesteś aktorem charyzmatycznym. Ale na scenie bardzo często przesadzasz, szarżujesz.
DYŁA Na litość Boską! Ale czy to nie jest piękne?
MIERNIK Na Boga! w reżyserii Marcina Libera, kończąc spektakl, powściągasz środki aktorskie, grasz minimalistycznie, statycznie… Wygłaszasz mocny, dosadny, głęboki monolog, podczas którego przez cały czas masz świadomość widza i tego, że on za Tobą podąża.
DYŁA No jasne, że podąża! Mówię w takich przypadkach: „Kurki jadły, rzuciły się, z ust wydziobywały”. Mam tę świadomość, chociaż z aktorskiej perspektywy jest to obrzydliwe. Niemniej staram się być szczery. W Na Boga! miałem temat monologu i nagle coś się zadziało. Gram w tym przedstawieniu, gram i nagle bach! Czuję reakcje widzów, które pchają mnie do przodu.
MIERNIK To piękna scena. Za tytułową rolę w Na Boga! zostałeś w zeszłym roku nagrodzony na festiwalu „Rzeczywistość przedstawiona” w Zabrzu i na Boskiej Komedii w Krakowie. Podczas prób i pierwszych przedstawień pewnie nie wiedziałeś że „kurki zjedzą”, że krytycy, jurorzy konkursów się zachwycą.
DYŁA Całe szczęście. W sztuce teatru istotne jest, żeby wiedzieć, dlaczego mówię i po co, po co i w czym gram. Tyle.
MIERNIK Jak poznałeś Monikę Strzępkę?
DYŁA W 2005 roku mieszkaliśmy razem w domu aktora w Jeleniej Górze, jednak początkowo nie przepadaliśmy za sobą. Pytała, czy nie zagrałbym u niej w Honorze samuraja. Odmówiłem. Jednak z ciekawości podsłuchiwałem, co się u niej dzieje na próbach i podobały mi się jej propozycje. Ale widziałem, jak jest jej ciężko, bo trwało wtedy testowanie młodej reżyserki. Kolegom, którzy w nią nie wierzyli, mówiłem: „To jest dobre. Ona jest szczera, nie udaje. Ma otwartość i odwagę”. Monika z Pawłem Demirskim uzupełniają się. Jednak nie ze wszystkim się z nimi zgadzam. Często pokazują na scenie lewackie pierdoły. Ale cenię ich za odwagę. Pamiętam spektakl, który został niedoceniony, ale gdyby go teraz zrobili, stanowiłby spore wydarzenie. Myślę o Dziadach. Ekshumacji na podstawie Dziadów Mickiewicza.
MIERNIK Często pierwsze przedstawienia młodych reżyserów są niestety niedoceniane przez krytykę. Tymczasem w małych ośrodkach teatralnych powstają niezłe spektakle, o których w mediach jest cicho, mimo że warte są rozgłosu.
DYŁA Prowincja jest w głowie. To jest stan umysłu. Michałowice nie leżą pod Warszawą, tylko w Karkonoszach. Ale z Michałowic miałem sto pięćdziesiąt kilometrów do Pragi, gdzie grałem, dwieście pięćdziesiąt kilometrów do Berlina. W Niemczech też grałem, z niemieckimi aktorami. Warszawa nie jest pępkiem świata, punktem odniesienia w teatrze.
MIERNIK Twoja współpraca z Moniką Strzępką rozpoczęła się od przedstawienia Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty, w którym zagrałeś Wujaszka Wanię. Strzępka przyjechała do Wałbrzycha pracować przy Diamentach… w czasie, gdy Ty przyjechałeś tu z Jeleniej Góry. Jak Wam się układała współpraca?
DYŁA Ona jest świetną, precyzyjną reżyserką. Teksty Demirskiego mają szyk przestawny, więc musieliśmy z nią przejść kurs tak zwanej formy językowej, by wiedzieć, gdzie należy położyć akcent. Monika świetnie gra, pokazuje, jak mówić te teksty Pawła, a nie ma nic gorszego, niż kiedy aktor ma powtarzać po reżyserze. A Strzępka jest lepsza niż niejeden aktor. (śmiech) Ale też musieliśmy już trochę odpocząć od siebie. Wciąż jednak pozostajemy w dobrej komitywie.
MIERNIK Zaprzyjaźniliście się?
DYŁA Z czasem tak. Na początku naszej pierwszej pracy miałem dziwne wrażenie, że mówię ze sceny o czymś istotnym, a publiczność niczego nie kupuje, bo pragnie farsy. Wiesz, jak się głupio czułem, kiedy zagraliśmy Diamenty… dla bezrobotnych o dwunastej w południe? Ktoś im kupił bilety, może ośrodek pomocy społecznej. Wstydziłem się, że musieli mnie słuchać. Bo co ja mogę im powiedzieć o bezdomności?
MIERNIK Potem zagrałeś Cześnika w Zemście, w reżyserii Weroniki Szczawińskiej.
DYŁA To mogło się zdarzyć tylko w Wałbrzychu i tylko z moim najlepszym kolegą, Rafałem Kosowskim. Mogliśmy sobie w pracy pozwolić na pewną swobodę.
MIERNIK U Weroniki Szczawińskiej, która uchodzi za…
DYŁA Za matematyka! Śmiałem się i mówiłem do Kosy: „Chodź, zagramy w ten sposób, inaczej. Zobaczysz, że ona to kupi”. Kupowała. (śmiech) Werka nie czuła aktora, ale ceniłem ją za intelekt. Ona jest taka… od linijki. Zespół aktorski proponował przy Zemście wiele rozwiązań. Cenię ją za to, że potrafiła z nami rozmawiać, nie narzucała swoich pomysłów, nie mówiła: „Zagrajcie mi tak i tak”. Większość pomysłów w Zemście jest efektem naszego spotkania. Bo skończył się czas, gdy reżyser kazał sobie mówić „Boże Ojcze”. Dziś młodzi reżyserzy już nie pytają: „Co pan tu robi? Co mi pan tu gra?”. Dobrze pamiętam te reżyserskie święte krowy, tych mitomanów sprzed wielu lat.
MIERNIK Z jednego z nich srogo zakpiłeś w spektaklu #Dziady w reżyserii Michała Kmiecika.
DYŁA „Jestem Adam Hanuszkiewicz, więc jestem genialny”. A przecież to bzdura!
MIERNIK W kabarecie Dom Aktora kpicie, że nawet gimnazjalista jest w stanie reżyserować w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. #Dziady postrzegam jako spektakl aktorski, budowany z Waszych aktorskich pomysłów.
DYŁA W naszym teatrze pośród aktorów pracują prawdziwi artyści. Jestem w stanie każdemu to udowodnić. Śmiejemy się, że nawet dziecko może tu reżyserować. My tworzymy, a to jest zupełnie inna perspektywa. Na tym polega różnica między teatrem wałbrzyskim a warszawskim. Nie wykonujemy czyichś wyobrażeń. Ważne, że aktorzy mają świadomość własnego warsztatu. Trochę szkoda, że nas ubywa, koledzy odchodzą do innych, rzekomo lepszych teatrów.
MIERNIK Obecnie jesteś w próbach w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu. Odbywają się zapewne systemem godzinowym: 10.00–14.00, 18.00–22.00. Kilka lat temu trafiłem do Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, gdy pracowała z Wami Weronika Szczawińska. Minęła pierwsza w nocy, a aktorzy ciągle oglądali film, który reżyserka puściła. Tu reżyserzy mogą sobie pozwolić na znacznie więcej w pracy z aktorem.
DYŁA W Wałbrzychu na próbach długo fedrujemy, jak górnicy.
MIERNIK U Strzępki zagrałeś w szeroko komentowanym, nagradzanym przedstawieniu, pod tytułem Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej.
DYŁA Wzięła mnie chyba z litości do tej pracy. Podczas prób męczyła mnie i dręczyła. Strzępka wspiera najsłabsze ogniwo, które męczy, aż dojdzie do perfekcji. A ja nie lubię być męczony. Chcę mieć przyjemność z prób. (śmiech)
MIERNIK Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej odniósł ogromny sukces. Roznieśliście w pył tak zwaną kulturalną Warszawkę. W przedstawieniu Krystyna Janda zaprasza do swojego prywatnego, dotowanego teatru na foie gras. Na festiwalu Boska Komedia w Krakowie otrzymaliście główną nagrodę od międzynarodowego jury. Krytyka dobrze o Was pisała, chociaż trafiały się głosy, że dziś łatwo jest krytykować system. Podpisujesz się pod politycznymi tezami Strzępki? Podejrzewałeś, że na widowni może zasiąść Kazimierz Kutz, którego parodiujesz?
DYŁA Podejrzewałem. Ale salon wiedział o naszym przedstawieniu, pojawiał się niekiedy na widowni.
MIERNIK Po Był sobie Andrzej… zagrałeś w spektaklu w reżyserii obecnego dyrektora teatru, Piotra Ratajczaka. Przygotowaliście Sorry, Winnetou, w którym skrytykowaliście ideę zjednoczonej Europy, uniwersalizm, brak wspólnoty narodów, tak przecież różnych w Unii Europejskiej. Grasz postać Old Shatterhanda.
DYŁA Bawiliśmy się w strzelaninę. Zupełnie jak dzieci.
MIERNIK Sorry, Winnetou jest spektaklem zrozumiałym dla szerokiej publiczności, w przeciwieństwie do środowiskowych #Dziadów Kmiecika. Czy dla aktora istotne jest, by wygrać idee, które ma zapisane w roli, czy może ważniejsze jest, żeby porozumieć się z publicznością? W Sorry, Winnetou macie kontakt z publicznością, a Ty w roli kowboja doskonale się bawisz.
DYŁA Muszę mieć radość z bycia na scenie. Kiedy aktor jest obsadzony tak jak ja w Sorry Winnetou, wówczas radość z grania przenosi się na widownię. Zapraszam widzów do cieszenia się wraz ze mną. Niebezpieczne, kiedy aktorzy się bawią, a widownia nie. Poznałem też i takie aktorstwo.
MIERNIK Poznałem reżyserów, którzy cieszą się, kiedy widzowie wychodzą w czasie przedstawienia.
DYŁA Również ich poznałem. To hochsztaplerzy. Aktor jest dzieckiem, które czasem chce być pogłaskane dobrym słowem, akceptacją widza.
MIERNIK Mówisz „kurki jedzą”, ale gdy oglądam Cię w spektaklach, nie odnoszę wrażenia, że grasz, aby się przypodobać widzom.
DYŁA I całe szczęście, bo to byłaby porażka. Nie ma nic gorszego niż aktor mizdrzący się do publiczności.
MIERNIK Jak wyglądała praca z Marcinem Liberem przy Na Boga!?
DYŁA Początkowo miałem w tym nie grać. Ostatni monolog nie świadczy o tym, że jestem genialny. To zasługa całego zespołu. Ja tylko zbieram śmietanę. Marcin Liber jest fajnym facetem, inspirującym. W Na Boga! jest wiele świetnych ról. Patrzę na koleżanki i kolegów – ja, stary wyjadacz – i jestem z nich dumny, kiedy widzę, jak jeden, drugi, trzeci idzie po swoje. Nie odgrywa, tylko niesie myśl. A ja w finale jedynie kładę wisienkę na torcie. (śmiech)
MIERNIK Na Dom Aktora widzowie wałbrzyscy przychodzą już któryś raz w kolei, znają poszczególne piosenki, nucą, śpiewają z Wami.
DYŁA Dom Aktora to taki żart. Nieopodal naszego teatru funkcjonowała restauracja Malibu. Kiedy z Rafałem Kosowskim usiłowaliśmy swego czasu eksplorować Wałbrzych by night (śmiech), trafiliśmy do Malibu, gdzie pani Terenia pozwalała nam palić papierosy. Kiedy w teatrze zastanawiano się, gdzie umiejscowić kabaret Dom Aktora, podrzuciliśmy pomysł Malibu. Kabaretowe zgrywy wpisały się w kontekst miejsca, a pani Terenia była zachwycona. Niestety knajpa zaraz potem padła. Teraz gramy w innym, jak zauważyłeś, również dość ekscentrycznym lokalu. Wałbrzyszanie polubili te nasze kabaretowe zgrywy.
MIERNIK A pomysł na Twoją rolę Dyrektora teatru wyszedł od reżysera, Michała Walczaka?
DYŁA Nie pytaj mnie z kogo czerpałem inspiracje…
MIERNIK Zdajesz sobie sprawę, że jesteś bardziej kojarzony z Teatrem Dramatycznym w Wałbrzychu niż z Teatrem Cinema?
DYŁA Tak.
MIERNIK O rolach, które grasz w wałbrzyskich przedstawieniach, jest głośno, o nich się mówi, są nagradzane.
DYŁA Wiesz, jak się momentami czuję? Jak nadmuchany.
MIERNIK W jakim sensie?
DYŁA Teraz jest na mnie moda, która szybko przeminie. Myślisz, że wcześniej nie grałem lepiej? Że nie reprezentowałem wcześniej polskiej kultury? W Izraelu, w Egipcie… Tym powinienem się chwalić, a nie jednym monologiem na końcu w Na Boga!
MIERNIK Włodzimierz Dyła w próbach to trudny aktor?
DYŁA Mówiący prosto i dobitnie. Gdy widzę wydmuszkę, w którą ktoś dmucha, a w środku nic nie ma, to głośno o tym mówię.
MIERNIK Możesz głośno mówić, bo nie jesteś w teatrze na etacie. Nie zwolnią Cię. Najczęściej jednak aktorzy godzą się na podpisywanie umowy o pracę etatową. Co ma swoje plusy i minusy.
DYŁA Nie chcę nikogo oceniać. Ja, na szczęście, nie mam rodziny i kredytów.
MIERNIK Co jest najważniejsze w teatrze w ogóle? Odwaga?
DYŁA Chyba tak. Odwagą jest mówienie o rzeczach prostych.
MIERNIK Odważni często tracą.
DYŁA Tak już jest. Dziwią się różni ludzie, że ja od dwudziestu paru lat pozostaję bez etatu i mam za co zapłacić rachunki. Ale czasami nie miałem za co żyć. Bo na odwadze się geszeftu nie zrobi.
MIERNIK Kiedyś powiedziałeś mi, że dwadzieścia pięć lat temu Twoi koledzy ze studiów nie wierzyli, że kiedykolwiek odniesiesz sukces. Dlaczego?
DYŁA Nie wiem, może wtedy byłem jeszcze nieopierzony? Ale miałem chęć i determinację, by przestać chałturzyć. Uważam, że nie zostaniesz dobrym aktorem, jeśli w okresie przedświątecznym nie zagrasz roli Mikołaja. Dobry aktor musi zagrać Świętego Mikołaja. Po takiej roli może być już tylko lepiej. Mówisz o sukcesie, a ja niekiedy chcę to wszystko rzucić, zastanawiam się, po co mi to? Mam pięć hektarów ziemi, dom, w którym nie mieszkam, mógłbym kupić ze trzy kozy… Turyści by przyjeżdżali do mnie w góry…
MIERNIK Skąd myśl, by rzucić zawód?
DYŁA Zawód sam w sobie jest piękny, tylko środowisko marne. Po co się użerać? Wiem, że teraz jest mój czas, powtarzam sobie: „Tak trzymaj!”. Zauważ, że wcześniej nie chciałeś przeprowadzić ze mną wywiadu. Byłem wtedy gorszym aktorem? Nie. Teraz aż mi trochę wstyd, że zbieram po kolegach śmietanę i przyszły nagrody na festiwalach. Mam dystans do siebie i do tego zawodu. Nie zmieniłem się. Jestem konsekwentny. Wreszcie dostrzegłem, co jest istotne w Wałbrzychu.
MIERNIK Co takiego?
DYŁA Koleżeństwo. Tu nie ma ściganek, jest otwartość i odwaga. A można ten zawód uprawiać zupełnie inaczej.

Rozmowa została opublikowana w numerze 6/2014 miesięcznika TEATR.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz