poniedziałek, 23 czerwca 2014

„Anioł dziwnych przypadków”, reż. Krzysztof Cicheński, Teatr Wielki w Poznaniu. Recenzuje Stanisław Godlewski.

fot. Katarzyna Zalewska

Pod dziwnym aniołem

Polscy twórcy bardzo często ostatnio podejmują temat alkoholu – Wojciech Smarzowski zekranizował „Pod mocnym Aniołem” Pilcha, w gdańskim Teatrze Wybrzeże Ewelina Marciniak zrealizowała „Ciąg”. W poznańskim Teatrze Wielkim problem alkoholu również się pojawia, jednak potraktowany bardzo lekko i dowcipnie. „Aniołowi dziwnych przypadków” Bruno Coli bliżej do satyr Krasickiego i „Moskwy-Pietuszki” Jerofiejewa, niż do mrocznych filmów Smarzowskiego.

Bohater opery, opartej na opowiadaniu Edgara Allana Poe, to dystyngowany, młody mężczyzna (dawniej – dandys, dzisiaj – hipster?), który, oprócz czytania „Leonidasa” Glovera i innych snobistycznych lektur, lubi raczyć się winem Lafite. Mimo upodobania do trunków, jest niezwykle flegmatyczny i racjonalny. Właśnie ta racjonalność sprawia, że na jego drodze staje Anioł Dziwnych Przypadków, który wywołuje fantastyczny karnawał zdarzeń, mający na celu przekonać bohatera, że coś takiego jak „przypadek” istnieje, a logika czasem zawodzi.

Fabuła jest dosyć prosta, miejscami ujmująco naiwna. Jednak kompozytor Bruno Coli, choć podąża za tekstem, tworzy muzyką zupełnie inną narrację – w partyturze mieszają się wszystkie możliwe konwencje muzyczne, zapisana jest niemal cała historia opery. Ten dowcip ma jednak bardzo precyzyjną strukturę. Zespół pod kierownictwem Grzegorza Wierusa świetnie odnajduje się w szybkim rytmie opery, w dodatku bardzo dobrze puentuje zapisane w muzyce elementy humorystyczne.

Spektakl powstał ze współpracy trzech ośrodków – Akademii Muzycznej im. Jana Paderewskiego, Katedry Dramatu, Teatru i Widowisk UAM oraz Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Założenie było proste – najzdolniejsi studenci tworzą wspólnie przedstawienie. Efekt jest świetny, bowiem energia młodych wykonawców i radość z jaką pracują jest odczuwana przez widza.

Jednak niewątpliwie największym zwycięstwem tego spektaklu jest reżyseria. Krzysztof Cicheński, doktorant wiedzy o teatrze, lider alternatywnego teatru „Automaton” (nieznany szerokiej publiczności, a jeden z najciekawszych i najkonsekwentniej prowadzonych teatrów alternatywnych w Polsce), wie świetnie jak reżyserować komedię. Jego strategia przypomina trochę to czego dokonał Piotr Cieplak w „Słomkowym kapeluszu” - najważniejszy jest rytm, tempo i zegarmistrzowska precyzja. O ile Coli ukazuje zabawnie historię przemian muzycznych, o tyle Cicheński ogrywa całą machinę teatralną i bawi się konwencjami. Jednocześnie bardzo świadomie używa skrótów teatralnych, przez co nie popada w efekciarstwo. Reżyser, który w spektaklach zawsze umiejętnie i nierzadko ironicznie używa współczesnej estetyki teatralnej, tutaj również zaproponował nowoczesne środki wyrazu. Współczesne kostiumy (Laura Skowron) i scenografia (Magda Flisowska), gra świateł, formalne aktorstwo nie przesłania treści, a jedynie ją wzmacnia. Opowiadanie Poe, które dziś czytane, może budzić tylko lekceważący uśmiech, dzięki tym środkom staje się dla odbiorcy bardziej współczesne i zrozumiałe. Cicheński niejednokrotnie bawi się nadmierną stylizacją tekstu, punktując wiele archaizmów.

Bohater grany jest jednocześnie przez tenora Huberta Walawskiego (w kuluarach szeptano, że od czasów Drabowicza nie było tak wspaniałego debiutu w poznańskiej Operze) oraz Marcina Kluczykowskiego, aktora teatralnego (nieśpiewającego zawodowo) który nie tylko pełni funkcję alter ego głównego bohatera, ale również prowadzi narrację całej opowieści. Ta dwójka jest wobec siebie komplementarna – gdy jeden jest odważny i dumny, drugi – nieśmiały i wstydliwy. Choć niektórych mogą drażnić długie monologi wygłaszane przez Kluczykowskiego, również to zostaje dowcipnie ograne, w scenie gdy Wierus wkracza na scenę i dyrygując śpiewakami, próbuje zmusić aktora do śpiewu.

Wejście na scenę Anioła (rola dublowana – występują na zmianę soprany: Urszula Cichocka i Magdalena Wachowska), już z powodu samej charakteryzacji staje się mocnym momentem. Poe opisuje Anioła jako zantropomorfizowaną beczkę pełną alkoholu. Tutaj Anioł jest ubraną w czarną skórę barmanką, przypominającą kobiety z fotografii Nan Goldin. Silna, wulgarna domina z ostrym makijażem i tatuażami na ramionach przypomina raczej diabła niż anioła. Nie bez powodu. Choć bohater coraz bardziej cierpi, Anioł podsuwa mu na dolegliwości butelkę Kirchewasser. Im więcej alkoholu, tym więcej absurdalnych przygód spotyka bohatera. Traci dom w pożarze, starania o ożenek z bogatą wdową kończą się publiczną kompromitacją. A wszystko za sprawą „dziwnych przypadków”.

Nie wiadomo kto zsyła na bohatera te wszystkie pechowe wydarzenia. Oprócz Anioła, na scenie stale obecny jest Dziennikarz (baryton Julian Kuczyński), którego pracą jest opisywanie żenujących, groteskowych historii. Być może cała ta historia to jego wymysł? Może wszystko jest po prostu alkoholowym zwidem bohatera? Mimo dowcipnej formy, Cicheński zadaje ważne pytanie o determinizm naszego życia (nieprzypadkowo bohater czyta książkę o „obecności Boga we wszechświecie”).

Światowa prapremiera tej opery powinna była odbić się szerszym echem. Tak się nie stało. Szkoda, bo Teatr Wielki w Poznaniu może poszczycić się znakomitym spektaklem, w którym udaje się połączyć ważne tematy z dowcipem, za pomocą wdzięcznej i kunsztownej formy. 

Stanisław Godlewski – student Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych na UAM w Poznaniu.

2 komentarze:

  1. bardziej patetycznie i snobistycznie się nie dało.
    proszę się nie zwodzić, to znajomy pisze recenzje.
    ograniczyć czcze zachwyty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co z tego, że znajomy pisze recenzje, kiedy to co opisuje to 100% prawdy. Byłam - WIDZIAŁAM! Bawiłam się wyśmienicie, jeden z najlepszych spektakli w Operze Poznańskiej.

      Usuń