piątek, 16 maja 2014

Rozmowa z Piotrem Szczerskim, dyrektorem Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach.


fot. Magazyn Impuls Kielce

Dajcie mi zapałki na suchy mech

z Piotrem Szczerskim, dyrektorem Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, rozmawia Bartłomiej Miernik

Nasz teatr utrzymywał się zawsze na tym samym poziomie, ale faktem jest, że obecnie jest nam łatwiej, powstał efekt kuli śnieżnej. Większe ożywienie, więcej publiczności, zgłoszeń reżyserów, aktorów, wyjazdów festiwalowych”.

BARTŁOMIEJ MIERNIK W foyer kieleckiego teatru stoi od niedawna „gablotka pamięci”, a w niej znajduje się kapelusz należący niegdyś do Sławomira Mrożka…

PIOTR SZCZERSKI …autentyczny kapelusz.

MIERNIK Co ten kapelusz ma sugerować widzowi, który przychodzi na spektakl? Parę miesięcy temu nie udało się Panu uczynić patronem teatru Sławomira Mrożka, zatem na złość niechętnym wstawił Pan do gablotki nakrycie głowy dramatopisarza? Rozumiem, że po śmierci Mrożka na afisz w Kielcach wróciły Wdowy. Celny to, pośmiertny hołd dla twórcy. Pod koniec marca nadał Pan dużej scenie Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach nazwę Pokój Mrożka. W wystawianiu kapelusza dostrzegam jednak pół milimetra przesady.

SZCZERSKI To wyniknęło naturalnie. Przypomniałem sobie moje spotkania ze Sławomirem Mrożkiem w Krakowie, czy tu, w kieleckim teatrze. Gdy się spotykaliśmy, on zawsze przychodził w tym samym kapeluszu. Na jego pogrzebie przywitałem się z Susaną, która spytała: „Piotr, a co chcesz dostać po Sławomirze? Książki? Bo ja wszystko sprzedaję, wszystko rozdaję. Przenoszę się do Barcelony”. I przypomniałem sobie ten kapelusz. (śmiech) Susana przyjechała do Kielc na wznowienie Wdów z kapeluszem w prezencie. Dawid Żłobiński, który gra w tym przedstawieniu kelnera, miał zagrać właśnie w tym kapeluszu, bowiem kelner objawił mi się jako porte parole Mrożka. Ale Mrożek miał większą głowę od Żłobińskiego. Spreparowaliśmy więc identyczne nakrycie głowy, na wzór oryginalnego, a ten prawdziwy, zdecydowałem, że wyeksponujemy. Ma Pan rację, gdy konserwatywna część Kielc zaprotestowała przeciwko zmianie nazwy teatru, postanowiłem wyeksponować chociaż kapelusz.

MIERNIK Na złość konserwatystom?

SZCZERSKI A dlaczego nie? Stworzyłem tu malutkie mauzoleum dramatopisarza, bo nad gablotą powiesiłem portret namalowany przez kieleckiego artystę Sławomira Golemca. Narysował Mrożkowi kilka portretów, szkiców i namalował też ten obraz, kiedy twórca przebywał na nasze zaproszenie w Kielcach.

MIERNIK Decyzję, by Wdowy powróciły na afisz, uważam za trafną, oczywistą. Treść tej sztuki nawiązuje przecież do śmierci. Autor pokazuje ją w optyce funeralnej tradycji Ameryki Łacińskiej.

SZCZERSKI Ostatnie moje spotkanie z Mrożkiem odbyło się pod jego domem w Krakowie. Żegnając się, powiedziałem mu, że nie jestem zadowolony z Wdów, które ponad sześć lat temu wyreżyserowałem. Nie jestem usatysfakcjonowany artystycznie, bo nie zrealizowałem spektaklu tak, jak chciałem. A on odparł: „Przesadzasz, daj spokój, nie wygłupiaj się”. Chciałem mu złożyć hołd wznowieniem tego spektaklu z inną obsadą.

MIERNIK I już w nim Pan nie zagrał.

SZCZERSKI Ponieważ byłem niezadowolony ze swojego aktorstwa. Sześć lat temu zagrałem źle, ponieważ potwornie się spiąłem, a nikt mnie nie reżyserował. Mrożek mnie dopingował, że niby taki neurastenik jak ja powinien zagrać tę rolę. A to nie była prawda. Na szczęście zmieniła się obsada i interpretacja, bo jednak Dawid Żłobiński grający kelnera jest wreszcie porte parole autora. Tomasz Nosinski gra lekko zblazowanego, romantycznego neurastenika w kontrze do Mirosława Bielińskiego, i ta kontra wreszcie nam wyszła. No i wdowy są inne. Wcześniej były to młode kobiety, bo sugerowałem się didaskaliami. Tylko że Mrożek, pisząc ten dramat, miał już siedemdziesiąt parę lat i jego „młode” były inne niż moje. A to są po prostu dojrzałe, doświadczone kobiety. Teresa Bielińska i Joanna Kasperek wyciągają podteksty, niuanse doświadczeń damsko-męskich. Chciałbym, żeby Mrożek zobaczył dzisiaj nasze przedstawienie. Ciekawe, co by powiedział…

MIERNIK A co by powiedział na Pańską próbę zmiany nazwy teatru? Jak Pan patrzy na tamtą sprawę z perspektywy kilku miesięcy? Nie należało jednak spotkać się z marszałkiem województwa wcześniej i uzgodnić plan zmiany patrona z Żeromskiego na Mrożka?

SZCZERSKI Wszystko zostało ustalone z dyrektorem departamentu kultury i z marszałkiem, z wicemarszałkiem i z wojewodą.

MIERNIK Bazuję na informacjach z prasy.

SZCZERSKI Nieprawdziwych. Zrobiono ze mnie w mediach człowieka niepoważnego, no ale stało się.

MIERNIK Jesienią zeszłego roku poddał Pan pod publiczną ocenę swój pomysł, rozpoczął dyskusję, publiczność kielecka dostała gorący temat.

SZCZERSKI Dla mnie osobiście to był ważny moment. Dzięki deklaracji, że chciałbym zmienić nazwę teatru i że pomysł poddaję pod publiczną dyskusję, Kielce tym żyły. Wcześniej niektórzy nawet nie wiedzieli, że w mieście funkcjonuje teatr.

MIERNIK A czy nie należało jednak odczekać chwilę po śmierci Mrożka? Bo część teatralnego środowiska uznała, że Pański pomysł pojawił się nieco za szybko. Zarzucano Panu koniunkturalność.

SZCZERSKI Ja już za życia Mrożka chciałem zmienić nazwę teatru. Rozmawiałem z wieloma osobami, sondowałem. Dziś cieszę się, że ta dyskusja przetoczyła się przez miasto i środowisko teatralne w kraju, że narobiliśmy fermentu. Szkoda, że pomysł przepadł.

MIERNIK Lech Raczak parę sezonów wstecz zrealizował w legnickim teatrze Różę Żeromskiego pod tytułem Czas terroru. To była interesująca premiera. Niebawem premierę Dziejów grzechu będzie miał u was Michał Kotański. Może więc patron teatru w Kielcach nie zasłużył na odwołanie?

SZCZERSKI Uważam, że trzeba wystawiać Żeromskiego i nigdy bym się nie zdecydował na Dzieje grzechu, gdybym nie wierzył w sukces. Stefana Żeromskiego chciałem zdjąć z nazwy teatru z prostej przyczyny. W 1946 roku nasz dzisiejszy patron został nadany przez ówczesną władzę dekretem. Przed II wojną światową stał tu Teatr Polski, na pamiątkę odzyskania niepodległości. Gdyby ten teatr przed wojną został nazwany Teatrem im. Stefana Żeromskiego, to, oczywiście, nawet nie próbowałbym tknąć patrona. Bo ja uważam, że wszystko, co się stało po czterdziestym piątym roku w naszym kraju, należy absolutnie przekreślić. A Mrożka zaproponowałem z oczywistych względów: tu wystawialiśmy jego sztuki, on tu bywał.

MIERNIK Które z dramatów Mrożka najbardziej Pan ceni?

SZCZERSKI Te późne, począwszy od Miłości na Krymie.

MIERNIK Mieliście premierę Miłości na Krymie w 1994 roku, chyba tuż po tej z Teatru Współczesnego w Warszawie?

SZCZERSKI Niemal równocześnie. Równolegle ten świetny dramat robiono w Starym Teatrze, we Współczesnym i u nas. W ciągu dwóch tygodni odbyły się trzy premiery. Sławomir Mrożek przyjechał wtedy z Meksyku. Mimo że przecież już nie było żelaznej kurtyny, to on ciągle przebywał za granicą, ciągle był tym obcym. A jednocześnie, jak tu rozdawał autografy, to do rogu ulicy Małej stała kolejka czytelników.

MIERNIK W niedawnym wywiadzie z Marcinem Wasylukiem, dla portalu teatralny.pl, wspomniał Pan o Teatrze 38: „Od zera tworzyłem zespół, ustawiałem światło i dźwięk, sami robiliśmy dekoracje… Mam nadzieję, że coś z tego alternatywnego ducha ocalało do dziś w kieleckim teatrze”. I tu Pan postawił kropkę, a ja chciałbym się dowiedzieć, co dokładnie ocalało w Teatrze im. Stefana Żeromskiego z ducha alternatywnego, studenckiego Teatru 38? Bo nie sądzę, by sam Pan ustawiał światła do spektakli czy zbijał w pracowni elementy scenografii.

SZCZERSKI Ocalało podejście do teatru, to znaczy teatr musi tworzyć grupa przyjaciół! W teatrze zawodowym nie jest to do końca możliwe, ale trzeba iść w tym kierunku. Oczywiście, obecnie fizycznie nie ustawiam reflektorów. Przecież teraz, w teatrze zawodowym, repertuarowym, mamy większe możliwości: zatrudnieni są maszyniści, obsługa sceny, akustyk i oświetleniowiec. W krakowskim Teatrze 38 wszystko robiliśmy razem, a tu staram się przekazać zespołowi, że tworzymy jedność, wspólnotę, że teatr nie jest fabryką obuwia, do której się przychodzi i po zmianie wychodzi. Zależy mi, by w instytucji, którą prowadzę, istniała więź między pracownikami, którą rzecz jasna ciężko jest stworzyć w teatrze zawodowym. Ale ostatnio nawet Wiktor Rubin mówił mi, że z naszym zespołem pracuje mu się najlepiej.

MIERNIK Jak dyrektor teatru buduje wartościowy zespół aktorski? Czy poprzez castingi, czy z polecenia zapraszanych do pracy reżyserów, czy też jeździ na dyplomy aktorskie do szkół teatralnych? Wojciech Niemczyk i Tomasz Nosinski przyszli tu do pracy razem z Radkiem Rychcikiem, reżyserem Samotności pól bawełnianych?

SZCZERSKI Wszystkie możliwe kanały są otwarte. Tomek Nosinski przyszedł z Radkiem Rychcikiem, Wojtek Niemczyk był wcześniej. W zeszłym sezonie pojechałem na dyplom Wiktorii Kulaszewskiej i zaprosiłem ją do pracy. Publiczność zachwyciła się Wiktorią i Michałem Wanio, który też jest z tego samego roku i wystąpił u nas gościnnie. Szukam intuicyjnie, czasem się pomylę, ktoś odchodzi, ktoś przychodzi, ale wierzę, że siłą teatru jest Zespół. I to niekoniecznie związany etatami, ale ideą.

MIERNIK Aktorzy, grający w spektaklach prowadzonego przez Pana teatru, są doceniani. Przykładem choćby zeszłoroczna edycja festiwalu Boska Komedia, na której dwójka z nich dostała nagrody od międzynarodowego jury.

SZCZERSKI Od międzynarodowych jurorów, którzy nie oglądali ich nigdy wcześniej, co jest dla mnie szalenie istotne.

MIERNIK Potrafił Pan w Kielcach skompletować zdolny, różnorodny zespół aktorski, zaprasza Pan również młodych aktorów, modnych obecnie reżyserów. Ich spektakle zdobywają dla teatru nagrody na festiwalach. Ten trend zaczął się od Samotności pól bawełnianych, prawda?

SZCZERSKI Tak. Pojechaliśmy z Samotnością na festiwal Boska Komedia, po którym otrzymaliśmy mnóstwo zaproszeń do Stanów Zjednoczonych, Kanady, Ameryki Południowej, Niemiec, Anglii, na wszystkie polskie festiwale. Wiem, że nasz teatr obecnie stał się modny, ale to jest łut szczęścia. Ja jestem otwarty i wcześniej też byłem otwarty. A że akurat dopiero teraz to zaskoczyło…

MIERNIK A mogło nie zaskoczyć?

SZCZERSKI Mogło. Wcześniej stworzyliśmy wiele ważnych przedstawień, niestety niedocenianych, pomijanych, nieoglądanych przez krytyków. Nasz teatr utrzymywał się zawsze na tym samym poziomie, ale faktem jest, że obecnie jest nam łatwiej, powstał efekt kuli śnieżnej. Większe ożywienie, więcej publiczności, zgłoszeń reżyserów, aktorów, wyjazdów festiwalowych. To się dzieje już jakby poza mną, jest konsekwencją wieloletniej pracy. Tutaj, w Kielcach, grunt zawsze był podatny, taki suchy mech. Trzeba było tylko zapałki.

MIERNIK W repertuarze uderza duża ilość spektakli młodych reżyserów, opartych na nowych, współczesnych sztukach, przykładowo Mój niepokój ma przy sobie broń, Misja, Twardy gnat, martwy świat. Licealiści i studenci lubią tu przychodzić. A jak starsza publiczność reaguje na przykład na Carycę Katarzynę?

SZCZERSKI Przez te ponad dwadzieścia lat mojej dyrekcji zdobyłem trochę zaufania u kieleckiej publiczności. Nasi widzowie mają pewną tolerancję na współczesny język teatralny. Nie słyszę okrzyków „hańba!”, jak w Starym Teatrze w Krakowie.

MIERNIK Ale mógł się Pan ich spodziewać. Bo przecież niektóre przedstawienia z repertuaru kieleckiej sceny są odważniejsze niż te w reżyserii Jana Klaty.

SZCZERSKI Mogłem. Ale wokół naszego teatru jest zupełnie inny klimat. Po prostu chciałem sobie pozwolić na eksperyment. Caryca Katarzyna to, po Samotności pól bawełnianych, chyba najostrzejsze estetyczne uderzenie.

MIERNIK Chociaż w tym spektaklu nagość aktorów jest absolutnie umotywowana.

SZCZERSKI Przesadzamy z tym konserwatyzmem u widzów. Polski teatr nie jest dziś żadną świątynią sztuki, nie jest muzeum. Ludzie są już u nas przyzwyczajeni do nagości czy innych przekroczeń.

MIERNIK Powiedział Pan, że powstało tu mnóstwo premier niezauważonych. Naprawdę uważa Pan, że decyduje jedynie łut szczęścia?

SZCZERSKI Kiedy wiele razy wcześniej zgłaszałem jakiś spektakl na festiwal, to zgłoszenie przeważnie pozostawało bez odzewu. Teraz jest odwrotnie. Obecnie nigdzie się nie zgłaszam, a z Carycą Katarzyną jedziemy w tym roku na festiwale do Łodzi, Warszawy, Szczecina, Kalisza, Gdyni i Lublina.

MIERNIK Na festiwale jeżdżą spektakle reżyserów młodszego pokolenia. Spektakle, które Pan wyreżyserował, nie jeżdżą.

SZCZERSKI Zgoda, istnieje pewien nurt, który jest lansowany przez media. Cieszę się, że akurat modni twórcy chcą u mnie pracować.

MIERNIK A interesująco zrobiony dramat Levina nie funkcjonuje w tym nurcie? Pan wyreżyserował niedawno jego sztukę Jakiś i Pupcze.

SZCZERSKI Decydują mody, bieżące prądy. Przedstawienie jeździ i zdobywa nagrody, bo jest interesujące, ale w modnym nurcie. A moje spektakle są poza nim. I mam tego świadomość. Natomiast nie zamierzam zmieniać ani ich poetyki, ani koncepcji. Polubiłem już nawet moje wykluczenie… Zarazem jednak podoba mi się poetyka młodych, ich energia i pasja. Dlatego wpuszczam ich na scenę, zapraszam do realizacji marzeń. Chcę być otwarty, chcę ich słuchać, oni tworzą wokół siebie pewne struktury, powodują, że inni młodzi ludzie chcą tu bywać, oglądać, chcą tutaj pracować. Ponadto – nie jestem cenzorem. Kiedyś to mnie cenzurowano. Gdy nie zgadzałem się z Wiktorem Rubinem, co powiedziałem zresztą na premierze Carycy Katarzyny, z jego ideą dotyczącą Stanisława Augusta Poniatowskiego, to się po prostu od tego odciąłem. Artystycznie spektakl akceptuję i nie będę go cenzurował, bo to nie ma sensu. Jeżeli przedstawienie dopuszczam na scenę, to biorę na siebie część odpowiedzialności, mimo że się z nim ideowo nie zgadzam. Ale artysta ma prawo do różnych form prowokacji.

MIERNIK Dlaczego wybrał Pan do realizacji sztukę Mateusza Pakuły Twardy gnat, martwy świat? To przecież rzecz świadomie „źle napisana”. Co Pana w niej ujęło? Pakuła-kielczanin, piszący z sukcesami, jego wcześniejszy Mój niepokój ma przy sobie broń znalazł się w finale zeszłorocznego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Może więc stwierdził Pan: niech pisze, co chce, wystawimy, bo jest popularny?

SZCZERSKI Podoba mi się ten tekst. W ogóle nie miałem dylematu, czy wystawiać go na scenie. Czy to konsekwencja sukcesów autora? Oczywiście, że Mateusz ma u mnie carte blanche. No, bo skoro pisze sztukę, która zostaje zakwalifikowana do finału konkursu dramaturgicznego, a decyduje się napisać dla mnie kolejny tekst, to musiałby mi się on wyjątkowo nie spodobać, bym go nie puścił na scenę. W Twardy gnat, martwy świat znów dominuje dowcip Pakuły, który uwielbiam, a w drugiej części sztuki, pod tytułem Samotność psów bawełnianych, mamy teatr w teatrze, teatr o teatrze, metateatr, rozebranie na kawałki pierwszej części i ośmieszenie autora. Jeden autor pisze, drugi oskarża, że tamten ukradł mu tekst i następuje cudowny konflikt z dziennikarką. Pakule wyszła zabawa wyjątkowej urody, która podoba mi się bardziej niż Niepokój… Ale nie robimy tylko Pakuły. Na 17 września zaplanowałem premierę przedstawienia w swojej reżyserii, pod tytułem Hemar. Poeta przeklęty. Chciałbym, żeby było to przedstawienie o losie artystów po II wojnie światowej. Po tej stronie żelaznej kurtyny ludzie byli gnojeni, niszczeni, deptani albo przetrącano im kręgosłupy. Zginęli albo żyli na emigracji jak Hemar – wykluczony zupełnie z kultury polskiej, znany z kilku szlagierów.

MIERNIK Data premiery nieprzypadkowa… Rozliczenia, powroty do przeszłości są nam dziś jeszcze potrzebne?

SZCZERSKI Przypomnę Hemara-poetę, który przez czterdzieści lat komentował z Londynu polską rzeczywistość. Pokażę, co zrobiono z poetami, z tymi barometrami społecznymi, najdelikatniejszymi, najwrażliwszymi ludźmi. Uważam, że warto o tym pamiętać. A katastrofa zaczęła się 17 września 1939 roku wkroczeniem „bratniej radzieckiej armii”.

MIERNIK Publikowano i wystawiano już dramaty rozliczeniowe, o układach komunistycznych, jak choćby Norymbergę Wojciecha Tomczyka.

SZCZERSKI Były, tylko jakoś niestety nie potrafiły zmienić głównego nurtu myślenia. Mój spektakl będzie kolejnym przyczynkiem do tej zmiany. Nie robię teatru politycznego, ale siłą rzeczy wrześniowa opowieść stanie się polityczna, bo nie da się tego uniknąć.

MIERNIK Byle puenta nie została łopatologicznie dopowiedziana, jak w Jakiś i Pupcze. Ładnie pan toczył Levinowską opowieść, rozplatał tę historię powoli, niespiesznie, delikatnie. A na samym końcu, przez prysznice puszczony zostaje gaz. Czy wystawiając komediodramaty Levina, musimy je na siłę wtłaczać w kontekst Zagłady?

SZCZERSKI Ale interpretacyjnie jest to szalenie ważne! Podobną dyskusję toczyłem z tłumaczami i przyjaciółmi Levina, z których część była za, część przeciw…

MIERNIK Tej ostatniej scenie?

SZCZERSKI Tak. Scenie, która dla mnie była konieczna, bo tylko z nią ten spektakl ma sens. Levin pisał swoje sztuki w Izraelu, ale był dzieckiem polskich Żydów z Końskich. Nie znał języka polskiego i w ogóle pisał bez związku z Holokaustem, natomiast atmosfera sztetli jest obecna w tych dramatach. A ja wychowałem się tutaj, w tym kraju, w cieniu Holokaustu. Zapragnąłem pokazać miasteczka, które zniknęły z powierzchni ziemi, zadać pytanie: co się stało z ich mieszkańcami? Jakiś i Pupcze to przecież opowieść o mieszkańcach, którzy żyli obok nas.

MIERNIK Interpretacja, którą Pan nadał temu dramatowi, jest zrozumiała – aż nadto.

SZCZERSKI Fantastycznie, że Pan wymowę utworu tak odebrał, że końcowa scena już nie była Panu potrzebna. Ale dla dziewięćdziesięciu procent naszych widzów ten gaz stanowił szok. Na premierze podchodzili do mnie i mówili: „W życiu byśmy się nie spodziewali!”.

MIERNIK Podobało mi się w Jakiś i Pupcze rozbujane koło ludzkiej egzystencji. Gdy te postaci biegają dookoła… tak zupełnie bez sensu, wyruszywszy w banalną przecież podróż. Podobał mi się, typowy dla twórczości Levina, dualizm między śmiechem a nostalgią.


SZCZERSKI I o to mi chodziło. Żeby utrzymać ten balans. Bo Levin grany na serio jest niestrawny, a oglądałem ostatnio w telewizji taką realizację, a grany buffo – pusty.

Rozmowa została opublikowana w numerze 5/2014 miesięcznika TEATR.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz