niedziela, 18 maja 2014

Robert Zawadzki, „Zapiski chwilowego emigranta” (cz. V).

fot. archiwum autora

Środkowy pomocnik

Po tygodniowym pobycie w Belfaście oraz dwudniowym, ostatnim wypadzie w głąb irlandzkiej prowincji, powróciliśmy do Dublina na macierzystą Peacock Stage w Abbey Theatre. Ilekroć przyjeżdżam do tego miasta, czuję jakbym wracał do domu. Nawet wtedy, gdy zatrzymuję się na chwilę w hotelu. Odczuwam coś swojskiego, dalekiego od wielkich światowych aglomeracji. Porównując atmosferę Belfastu, w którym byliśmy chwilę wcześniej oraz Dublina byłoby to jak porównanie zmierzchu do świtu.

Irlandia Północna jest dość mroczna, bardzo ciekawa ale emanująca niepokojem. Dublin natomiast jak i całą Republikę Irlandii odbieram zupełnie odwrotnie: jako miejsce rozrywkowe, w którym życie toczy się swoim rytmem, bez zbędnego napięcia. Wrażenie to potęgował fakt, że po przekroczeniu umownej granicy z „południem” ponownie zaczął działać mi telefon, który nie wiadomo dlaczego nie chciał łapać zasięgu na północy.

W Dublinie zagraliśmy trzynaście spektakli, w tym jeden z translacją na język migowy. Zdarzyło mi się to już po raz drugi grając w Abbey, że podczas spektaklu w narożniku przed sceną w subtelnym strumieniu światła stała pani, która tłumaczyła dla osób głuchoniemych. Była niczym kolejny aktor spektaklu, nie mówiący ani słowa a jednak skupiający na sobie uwagę widzów. „Quietly” to spektakl w którym fizycznie niewiele się dzieje. Ot, trzech facetów w pubie, którzy przy piwie i meczu dokonują rozliczenia z własną przeszłością. Główny ciężar historii spoczywa na tekście. Potrafię więc sobie wyobrazić, że byli tacy widzowie, którzy nie mieli potrzeby patrzeć na nas i na to, co dzieje się na scenie, kierując swój wzrok w stronę pani tłumacz. Na rozmowę z publicznością przyjechali, znani już nam z Belfastu, Kate Turner i Jimmy McAleavey oraz pisarz Glenn Patterson. To bardzo dobre posunięcie ze strony Fiacha Mac Conghaila, dyrektora Abbey Theatre, że zdecydował o wznowieniu spektaklu w Dublinie na kolejne dwa tygodnie. Dzięki temu osoby, które przegapiły moment gdy „Quietly” było w repertuarze, pod koniec 2012 roku, zachęcone dobrymi recenzjami mogły nadrobić zaległości. Zaowocowało to kompletami na widowni podczas każdej prezentacji. Wróciliśmy tutaj po półtora roku i chociaż od tego czasu bardzo wiele się wydarzyło, to miałem wrażenie, jakby nie zmieniło się nic. Po prostu kolejne spektakle tam, gdzie graliśmy „przed chwilą”, w naszym teatrze, dla naszej publiczności, która jak zwykle nie zawiodła i przyjęła nas bardzo serdecznie.

Pisząc o Dublinie i o teatrze, który w nim poznaję nie mogę nie wspomnieć również o działalności polskiej emigracji teatralnej w tym mieście. Od kilku lat coraz prężniej rozwija się „Polish Theatre Ireland” prowadzony przez Annę Wolf. Jest to miejsce, w którym na warsztat brana jest polska współczesna dramaturgia, tłumaczona na język angielski i realizowana w zawodowym zespole twórców z obu krajów. Polski Teatr w Irlandii ma na swoim koncie spektakle na podstawie sztuk Radosława Paczochy („Zapach czekolady”, „Faza delta”) oraz Julii Holewińskiej („Ciała obce” i „Rewolucja Balonowa”), a także projekt bazujący na poezji Czesława Miłosza. Z tego co wiem, w planach są kolejne realizacje, możliwe głównie dzięki dofinansowaniu ze strony irlandzkiej narodowej fundacji wspierającej kulturę – Community Foundation of Ireland. Polish Theatre Ireland to nie jedyny kulturalny polski akcent w Irlandii. Karolina Szemerda, młoda absolwentka reżyserii w Dublinie, założyła właśnie Enigma Theatre. Pierwsza premiera „Enigmy” już dziesiątego czerwca. Będzie to spektakl na podstawie „Wariata i zakonnicy” Witkacego w anglojęzycznej adaptacji i reżyserii Karoliny. Warto również wspomnieć, że wśród irlandzkiej obsady znalazła się polska aktorka Magdalena Gera, związana do niedawna z Teatrem Polskim w Bielsku-Białej. A jeszcze rok temu wraz z Magdą świętowałem premierę „Cesarza Ameryki” w reżyserii Jacka Głomba, właśnie w Bielsku-Białej. Dziś drogi krzyżują się nam w Dublinie. Nawiasem mówiąc spektakl „Cesarz Ameryki”, który niestety nie był zbyt często grany w bielskim teatrze, to właśnie opowieść o emigracji i skomplikowanych losach Polaków na obczyźnie, chociaż osadzony w innej epoce.

Następnym etapem naszej teatralnej podróży z „Quietly” były Niemcy i duży festiwal w niewielkiej miejscowości zagłębia Ruhry – Reckilnghausen Ruhrfestspiele. Ta trwająca sześć tygodni teatralna uczta przypomina trochę Fringe Festival w Edynburgu i prawdopodobnie na jego podobieństwo została utworzona. Ruhrfestspiele gromadzi wiele spektakli z różnych zakątków świata w jednym miejscu, z kilkudniowymi prezentacjami. My graliśmy w Recklinghausen trzy razy (11, 12 oraz 13 maja) w Kleines Theater. Mała scena zdolna była pomieścić ponad trzystu widzów. Kiedy ją zobaczyłem od razu zapytałem o ilość foteli na dużej scenie. Podobno około tysiąca. Granie w Niemczech to pierwszy poważny sprawdzian uniwersalności tematu podejmowanego w „Quietly”. Jak dotąd graliśmy wyłącznie dla widowni anglojęzycznej w Irlandii, Irlandii Północnej oraz Szkocji. Nie liczę oczywiście pojedynczych przypadków, gdy na widowni zasiadali obcokrajowcy. Chodzi raczej o miejsce i mentalność odmienną od anglosaskiej. Spektakl w Recklinghausen prezentowany był z niemieckimi napisami, wyświetlanymi symultanicznie po obu stronach sceny. I o ile już po pierwszej prezentacji można było dostrzec zasadniczą różnicę pomiędzy publicznością „na Wyspach” i w Europie Środkowej, polegającą głównie na sposobie w wyrażaniu swoich odczuć po spektaklu, o tyle różnic w odbiorze tematu nie było żadnych. Widzowie reagowali dość podobnie na poszczególne wątki, odbierając również specyficzny i bardzo przypisany miejscu północnoirlandzki humor, którym operujemy. Najciekawsze jednak były wspomniane przeze mnie reakcje po spektaklu. Regułą w Irlandii i Wielkiej Brytanii jest, że do ukłonów zazwyczaj nie wychodzi się więcej niż dwukrotnie a najczęściej raz. I nie ma przy tym większego znaczenia jak bardzo podobała lub nie podobała się sztuka. Ot, taki temperament tamtejszej widowni, którą szybciej można podnieść z foteli niż zanudzić kolejnym zginaniem się w pasie. Oklaski bywają równie gorliwe, co krótkie do czego już zdążyłem się przyzwyczaić. Tymczasem z mojej obserwacji wynika, że w Niemczech, podobnie jak i w Polsce reguł nie ma, jest za to więcej spontaniczności. Z jakże wielkim zdziwieniem i radością przyjęli grający ze mną koledzy fakt, że wywoływani byliśmy pięciokrotnie, po każdym zagranym spektaklu, słysząc przy tym entuzjastyczne tupanie nogami w podłogę. Wraz z ostatnim pokazem udało nam się w końcu nawet poderwać widzów z foteli oraz wywołać spontaniczne wiwaty i okrzyki. To z kolei w Niemczech podobno nie jest częste, zwłaszcza na zagranicznych spektaklach.

I w takich właśnie sytuacjach jak na dłoni widać siłę dobrej dramaturgii i świetnie napisanej historii. Akcja może być umiejscowiona nawet na księżycu Saturna i opowiadać o marmurowych ludkach ale jeśli łączy je wspólny temat, podparty ciekawymi wątkami oraz znakomitymi dialogami, to opowieść broni się sama. Piszę to z myślą o wszystkich osobach argumentujących, że „Quietly” to hermetyczny tekst, daleki od naszych polskich realiów i kręgu zainteresowań. Szanuję oczywiście ten punkt widzenia a jednocześnie zupełnie się z nim nie zgadzam, będąc zdania, że kontekstów do opowiedzenia tej historii mamy u nas wiele, a północnoirlandzkie problemy w niej przytaczane zdają się być interesującą metaforą.

Wylatując z Niemiec natknąłem się na lotnisku na ekipę Borussii Dortmund zmierzającą na finał Pucharu Niemiec do Berlina. W jednym z wcześniejszych felietonów z ubiegłego roku dotyczącego festiwalu w Edynburgu napisałem, że czuję się trochę jak piłkarz grający w zagranicznej lidze. W dalszym ciągu to podtrzymuję, choć zarobki są mimo wszystko nieporównywalne. Gdybym jednak miał określić swoją pozycję w „Quietly” nazwałbym się środkowym pomocnikiem. Taki, co to raz w defensywie, raz w ofensywie ale cały czas kontroluje sytuację na boisku a kiedy przytrafi się okazja to i bramkę strzeli. W BVB rolę tę pełni Kuba Błaszczykowski, zatem wspólne zdjęcie z Kubą z tego krótkiego spotkania dołączam do dzisiejszego felietonu. Następny przystanek: Soho Theatre w Londynie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz