czwartek, 1 maja 2014

Felieton: O barowych sztukach, Rataju, flakach ojca i kłamczuszce Majewskiej.

Ta moja przerwa w pisaniu felietonów trwała już dość długo, dwa miesiące. Nie napiszę, jak doświadczony polityk, że namawiali mnie wyborcy, bym wrócił. Nie nic takiego. Przesilenie, wypalenie, dwa miesiące ładowania akumulatorów potrzebne mi były jak Kai Paschalskiej przyjaciel – od zaraz. Dzień dobry! Wracam do pisania cotygodniowych felietonów.

Bo też i tematów nazbierało się sporo. Pokończyły się kwietniowe festiwale, kolejne przede mną. Przede mną też relacje z tych już zakończonych. Za coraz większą liczbę wydarzeń sam zaczynam być odpowiedzialny. To rola inna od dotychczasowej, niemniej powodująca zupełnie różne emocje. Od września zeszłego roku, co miesiąc reżyseruję (chociaż to słowo na wyrost) próby czytane w lubelskiej restauracji. Nazwaliśmy je z producentką, „Barowe sztuki”. Ostatnie trzy czytania zgromadziły cały lokal widzów-słuchaczy. Czytania są uteatralnione, za co odpowiadam. Siedzę nocami, na przykład dzisiaj i zastanawiam się, czy linijkę utworu wyciąć z monologu czy zostawić, czy może jest tautologiczna wobec zakładanej delikatnej inscenizacji, czy też nie. Tak sobie dziergam do świtu. Najciekawiej jest jednak potem, gdy już aktorka lub aktor zacznie powoływać postać do życia, obdarzać ją emocjami, intencjami, motywacjami. Te comiesięczne narodziny postaci, oglądanie, przyglądanie się bohaterowi, nachylanie, oddalanie, wybaczanie głupot, dają sporą dawkę zadowolenia. Albo ten poniedziałkowy wieczór, gdy wymyślona już postać przychodzi do pubu, zasiada za stołem i zaczyna snuć swoją wieczorną opowieść. Leniwie, jak Tuwimowa lokomotywa, aż poderwie się z hokera, aż zadrży emocją, opieprzy kelnerkę za whisky z lodem, bo przecież miało być bez. Odprowadzi ją wzrokiem jak niesie makaron i sztukamięs na talerzu, nachyli się do widza, siedzącego przy stoliku naprzeciwko, coś mu szepnie. Piękne są te nasze barowe wieczory, każdorazowo wywołują we mnie krótki oddech i mały stres.

Co tam jeszcze? Ostatnio kilkudniowy wyjazd do Koszalina i zajmująca rozmowa o przyszłości Bałtyckiego Teatru Dramatycznego, z dyrektorem placówki. Potem dzień w Mielnie na plaży, dorsz i zupa piracka doprawiona że aż głowę przekręcało, sapałem jak smok. A potem spacer plażą i byczenie się na piasku. Potem spektakl „Love Forever”, o którym szerzej już niebawem, bo wart jest szerszego opisania. Potem całonocna podróż do Warszawy, Stalowej Woli i do rodzinnego Zwierzyńca na Roztoczu. No a tu to już raj i cisza i możliwość spacerów i czytanie książki nocą i wstawanie w południe, prosto na... smakowite flaki ojca. „Flaki ojca” – Szymon Bogacz miałby niezły tytuł dramatu. Albo Jarek Jakubowski: „Flaki ojca Pio”, taki sequel, appendix jego „Licheń story”.

Opublikowano wyniki konkursu na wystawienie polskiej sztuki współczesnej. Bez większych niespodzianek, chociaż cieszy uznanie w werdykcie Piotrka Ratajczaka. Dwa jego spektakle w finale, a dwa z prowadzonego przez niego wałbrzyskiego teatru dramatycznego. Cenię Piotra jako twórcę i nawet lubię jako człowieka, co zaskakuje, jak zauważyłem, niektórych naszych wspólnych znajomych. W grudniu zeszłego roku starłem się z Piotrem na łamach serwisu e-teatr.pl. Było, minęło, pewnie jeszcze nie raz się pokłócimy o pryncypia. Kibicuję Piotrowi, bo umiejętnie łączy publicystykę ze sztuką. Inaczej: potrafi nadać publicystyce sznyt sztuki, co nieczęste. A aktorstwo Agnieszki Przepiórskiej w „Tato nie wraca” absolutnie zjawiskowe. Dobrze, że ten maleńki spektakl został zauważony. Cieszy też wyróżnienie Prześlugi, Guśniowskiej, Spiss i wałbrzyskiego teatru lalek. Pewnie mocnym głosem walczył o nich wszystkich Andrzej Lis, dzięki któremu lalki mają swojego apologetę, pośród członków komisji artystycznej. Praca dyrektora wałbrzyskiego teatru Zbyszka Prażmowskiego jest coraz bardziej widoczna. Po świetnej organizacji pierwszej, jesiennej edycji festiwalu małych prapremier, widać że teatr z maciupkim budżetem pnie się w górę. Oby tak dalej!

Na koniec sprawa niby nieważna, lokalna, ale symptomatyczna, opiszę ją tu ku przestrodze. Okradziono mnie z pomysłu, a jakby niektórzy powiedzieli: pożyczono sobie mój pomysł. Pożyczyła Małgorzata Majewska, mieniąca się kuratorką jednej z lubelskich galerii. Zdumieni znajomi podsyłają mi linki jej tak zwanych wydarzeń artystycznych. Kłamczucha opowiada o Witoldzie Gombrowiczu, którego, jak wynika z jej wypowiedzi, najwyraźniej nigdy nie czytała. Opowiada lokalnym mediom, jak to w mistrzu Witoldzie odnalazła pomysł na prezentowanie w półprywatnej przestrzeni jednego wytworu sztuki. Celowo nie piszę dzieła, bom wszedł na stronę galerii i ręce załamał, ale o tym za chwilę. Spytacie, jak stałem się ofiarą pożyczki? Otóż swego czasu opowiedziałem Kłamczusze o Gombrowiczu, że w „Dziennikach” napisał, jak to muzea go meczą, nadmiar obrazów powoduje niemożność koncentracji i najlepiej by było móc skupiać się w przestrzeni muzealnej na jednym tylko dziele. Żart Mistrza Witolda obróciłem w propozycję, by Majewska, stojące w rozkroku, pardon: kończące studia architektury krajobrazu, zapraszała gości do przestrzeni mieszkania i raz w miesiącu organizowała przemyślane, dograne konceptualnie wystawy. Majewska pomysł obecnie realizuje w wersji „pszennoburaczany basic”, została nawet nominowana do lubelskiej nagrody dla ludzi kultury, w radiu i w gazetach wypowiada się o rzecz jasna nie swoim pomyśle. O pomysłodawcy się nie zająknie. Prezentuje w tak zwanej galerii, która jest równocześnie jej pokojem mieszkalnym, swoisty miszmasz prac bez pomysłu, ładu i składu. Kłamczucha wykorzystała też już moje znajomości do prezentowania i proponowania swych wystaw, całkiem nawet zabawnych obrazków w warszawskim Teatrze Druga Strefa. Zrobiono jej tam miesiąc temu coś na kształt wystawy. Tak, wiem, mam nauczkę, by nie dzielić się dobrymi pomysłami, nie dawać impulsu niezrealizowanym pannicom kończącym studia. Generalnie z niezrealizowanymi pannicami lepiej się w ogóle nie zadawać, bo frustracja ochlapie wrażliwość. No nic, życzę Kłamczusze pomyślnych łowów... kolejnych artystów do swej tak zwanej galerii. Jak pisał Brzechwa: „Fe, nieładnie! Fe, kłamczucha!”. Brzechwę Kłamczucha (Brzechwy „Kłamczuchę”) też może cytować w mediach. Jedynie niech doda, że to Brzechwy a nie jej słowa.

1 komentarz:

  1. No i gdzie są te cotygodniowe felietoniki?!

    OdpowiedzUsuń