wtorek, 15 kwietnia 2014

Robert Zawadzki, „Zapiski chwilowego emigranta” (cz. III).

Robert Zawadzki i Eamonn McCann
Z miasta do miasta.


Minęły dwa tygodnie naszej tułaczki po zielonej wyspie. W tym czasie przemierzyliśmy trasę ze wschodu na zachód od Dublina, aż po daleko na północ wysunięte zakątki wyspy, nie przekraczając jednak granicy Republiki z Irlandią Północną. Wspaniała to była okazja do podpatrywania, jakim rytmem toczy się życie poza większymi aglomeracjami. Dajmy na to, o takim Roscommon trudno cokolwiek powiedzieć, skoro nawet sami Irlandczycy określają, że „leży w samym środku niczego”. Przełożyło się to w pewnym sensie również na spektakle, które tam zagraliśmy. Dość twarde było to nasze zderzenie z miejscową rzeczywistością. Widownia raczej nie dopisała, głównie ze względów organizacyjnych (słabej kampanii promocyjnej, prowadzonej przez ośrodek kultury, w którym gościliśmy). Widzowie, którzy zdecydowali się spędzić z nami te dwa wieczory, ostatecznie byli raczej zadowoleni, chociaż w trakcie spektakli nam nie pomagali. Ściana. Prawie całkowity brak reakcji. Każdy, kto choć raz w życiu stanął na scenie wie doskonale, jak mało komfortowa jest to sytuacja dla aktora.

Kolejne na mapie naszego objazdu Castleblayney jest podobnej do Roscommon wielkości (około 1,7 tysiąca mieszkańców) ale odbiór był już zupełnie inny. Być może dlatego, że „Blaney” leży tuż przy samej granicy z Północą, a co za tym idzie mieszkańcy są już bezpośrednio zaangażowani w temat przedstawienia.

Sligo to sporej wielkości, jak na irlandzkie warunki, miasto leżące u wybrzeży Atlantyku. Tutaj świętowaliśmy Światowy Dzień Teatru. Świętowaliśmy to może górnolotne określenie, bo okazało się, że tylko ja chodziłem podekscytowany z tego powodu i w ogóle o tym dniu pamiętałem. Postawiłem sobie ambitny cel poinformowania o tym fakcie publiczność, czytając po spektaklu oficjalne orędzie Beretta Baileya, opublikowane na stronie Międzynarodowego Instytutu Teatralnego. Doskonale wpisało się ono zarówno w tematykę naszej opowieści jak i w całą ideę objazdu. Gdyby tylko nogi mi się tak nie trzęsły podczas czytania to byłbym w pełni zadowolony. Koledzy, co prawda mówili, że było nieźle ale mam niepokojące wrażenie, że mój angielski z podekscytowania nabrał tonację, delikatnie rzecz ujmując, słowiańską. Dzień wcześniej mieliśmy też pierwszą rozmowę z publicznością po spektaklu. Ciekawą, wielowątkową. Ogromne zainteresowanie ze strony widzów zarówno tematem jak i samą pracą nad spektaklem. Ciepłe, życzliwe przyjęcie pomimo faktu, że pomieszczenie, w którym graliśmy było niedogrzane, widzowie siedzieli w kurtkach, a ja miałem wrażenie, że zamarznę grając w samej koszulce.

Ze Sligo zawędrowaliśmy na północny kraniec wyspy, do Letterkenny. Tutaj, przy granicy z Irlandią Północną dyskusję po jednym ze spektakli moderował Eamonn McCann – północnoirlandzki dziennikarz i aktywista polityczny. Kolorowa ale i kontrowersyjna osobowość. Socjalista wspierający w Irlandii prawa aborcyjne, prawa emigrantów oraz małżeństwa gejowskie, zaangażowany w ruch praw człowieka w Irlandii Północnej. Człowiek, który był naocznym świadkiem i osobiście uczestniczył w wielu kluczowych wydarzeniach, związanych z kłopotami w Irlandii Północnej, między innymi w Bitwie o Bogside (sierpień 1969 roku) oraz w Krwawej Niedzieli (styczeń 1972 roku). McCann to również zdeklarowany trockista, przyznający w swoich artykułach prasowych rację Putinowi w działaniach na Krymie. Żałuję, że nie wiedziałem tego przed rozmową, bo z pewnością bym go o Rosję zapytał.

Z Letterkenny powróciliśmy ponownie na środkowy zachód, tym razem do Castlebar. Miejscowość przemysłowa, z silnymi tradycjami wojskowymi i ciekawą historią. W XVII wieku, w wyniku działań toczonych podczas irlandzkiej wojny konfederackiej pomiędzy rzymskokatolickimi Irlandczykami oraz protestanckimi angielskimi osadnikami, Castelbar przez lata znalazło się pod władaniem angielskim. Wówczas rozwinął się tam na szeroką skalę przemysł lniany, na którego potrzeby wybudowano Linnen Hall – miejsce w którym magazynowano krosna i narzędzia, oraz nadzorowano finanse. Budynek ten stoi do dnia dzisiejszego, pełniąc funkcję centrum sztuki. I w nim właśnie gościliśmy. Jeden wieczór, ale za to z publicznością wypełniającą po brzegi widownię tej osobliwej stodoły. Tym razem dyskusji po spektaklu nie zorganizowano. Nawiasem mówiąc, nie potrafię rozgryźć, na podstawie jakiego klucza podejmowane są przez organizatorów decyzje, kiedy rozmowa po spektaklu się odbędzie a kiedy nie. Trochę żal, bo w tak doświadczonym historią miejscu mogłoby potoczyć się bardzo interesujące spotkanie. Co ciekawe, to niewielkie miasteczko dysponuje jeszcze jednym dużym teatrem zwanym The Royal Theatre and Event Centre, mogącym pomieścić 6000 osób z czego 2200 to miejsca siedzące.

Następnym przystankiem było, oddalone kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Dublina, Navan. Nowoczesny architektonicznie budynek centrum kultury z oryginalnym układem widowni ale nie najlepszą akustyką, spowodowaną surowymi, betonowymi ścianami po obu stronach widowni. Publiczność wspaniała. Po obu spektaklach otrzymaliśmy owacje na stojąco. Tym razem dyskusja skupiła się dość mocno wokół mojej postaci, co sprawiało, że częściej byłem zmuszony zabierać głos. Początkowo trochę mnie to zestresowało, bo pomimo dość sprawnego posługiwania się językiem angielskim, miałem obawy, że czegoś nie dosłyszę albo zwyczajnie nie zrozumiem. Różne były poziomy czystości artykulacyjnej pytań padających z widowni. Okazało się jednak, że przy odpowiednim poziomie koncentracji także tę barierę da się jakoś przeskoczyć.

Na koniec chciałbym wspomnieć jeszcze o jednej historii, która wydarzyła się właściwie w chwili, kiedy zabrałem się do opisywania tych wszystkich przygód, korzystając z dnia wolnego. Otóż otrzymałem właśnie mail z teatru. W mailu zaś kopię odręcznie napisanego listu od jednego z widzów. Pozwólcie proszę, że go przetłumaczę:

Drodzy Twórcy

Cóż mogę powiedzieć?
Przyszliśmy zobaczyć „Quietly” z wielkimi oczekiwaniami i nie zawiedliśmy się.
Scenografia była genialna, sztuka poruszająca, aktorzy wspaniali i wiarygodni. Wszystko to razem złożyło się na niesamowite dzieło i kawał dobrej roboty.
„Teatrze Abbey” – być może nigdy nie wybiorę się do Dublina aby Was odwiedzić (z powodów finansowych oraz przez moją niepełnosprawność) ale proszę, proszę, Wy odwiedźcie Linnen Hall ponownie. Dziękujemy Wam Artyści.
Bilety czekały na nas a obsługa była najwyższej klasy.
Do zobaczenia w sobotę.
Widzowie

Ten list nie potrzebuje komentarza więc go nie poczynię. Jestem szczęśliwy.
Dziś i jutro gościmy w Cavan, a w przyszłym tygodniu wisienka na torcie – Belfast.

2 komentarze:

  1. Bardzo dziękuję za te kolejne odcinki relacji z podróży! Świetne pióro!
    Czekam na nie i kibicuję Panu w zmaganiach na Wyspach.
    Martwiłam się, że po Malambo nie mogliśmy nigdzie Pana zobaczyć i cieszę się, że gra Pan w teatrze, choć tak daleko... Fajnie, że Miernik Teatru udostępnił Panu swoje łamy.
    I cały czas czekamy na Pana w kraju!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robert Zawadzki16 kwietnia 2014 11:35

      Bardzo serdeczne dzięki za ciepłe słowa. Po "Malambo" grałem dość dużo ale głównie poza Warszawą. Między innymi w Legnicy, Koszalinie, Lublinie i jeszcze kilku innych ciekawych miejscach. Irlandzki wypad jest chwilową odskocznią ale nigdzie się nie wybieram na stałe, mieszkam w Polsce i tutaj mam dalej zamiar grać w teatrze. Pozdrawiam i zapewniam, że jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. A Miernikowi Teatru dziękuję za udostępnienie bloga bo wielka to przyjemność dzielić się z innymi swoimi przygodami. ;)

      Usuń