czwartek, 13 marca 2014

"Trzy siostry", reż. Małgorzata Bogajewska, Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy. Recenzuje Paulina Sygnatowicz.


Czechow bez Czechowa.

Miał być spektakl o rozpadzie świata, o wielkich ambicjach w małym mieście, „o dziwnych wybuchach emocji, gdy człowiek już nie daje rady.” Wyszedł zbiór mniej lub bardziej udanych scen i efekciarskich pomysłów reżyserskich, w których ciężko odnaleźć myśl przewodnią.

Gdyby nie seria wywiadów, jakich reżyserka Małgorzata Bogajewska udzieliła tuż przed premierą „Trzech sióstr” w warszawskim Teatrze Dramatycznym, ciężko byłoby zorientować się, o co jej w tej inscenizacji chodzi. Rzecz dziać się ma tu i teraz o czym przypominać powinny: zawieszony nad sceną zegar odliczający w czasie rzeczywistym wysokość długu publicznego, współczesne sukienki trzech sióstr, dżinsy ich brata i bliżej nieokreślone mundury wojskowych. Problem w tym, że za tymi znakami nie kryje się konkretna myśl.

Charakterystyczny dla Czechowa rozpad świata reżyserka zaznacza już w pierwszej scenie, gdy na kilka sekund podświetla plastikowe „akwarium”, w którym zamknięte są brzozy, a na ich tle migają sylwetki trzech na czarno ubranych kobiet. Zbyt krótko trwa jednak ta sekwencja, aby publiczność pozostająca myślami jeszcze w korytarzowych rozmowach, mogła zrozumieć jej znaczenie. Odnalezienia się w czasoprzestrzeni nie ułatwia nijaka scenografia Macieja Chojnackiego, na którą składają się głównie stare krzesła i błyszczące pianino. Chojnacki nie dzieli przestrzeni, ciężko zorientować się, kiedy akcja dzieje się we wnętrzach domu Prozorowów, a kiedy w ogrodzie,. Aktorzy zaś nawet nie próbują wyczarowywać tych lokalizacji tekstem czy zachowaniem.

Reżyserka nie czyta dramatu uważnie. I nie chodzi tylko o drobną pomyłkę w kolorze paska, jaki nosi Natasza (u Bogajewskiej jest on żółty, podczas gdy u Czechowa zielony, a jednak o zielonym w pierwszym odruchu mówi aktorka), bo tą można by zrzucić na premierowe nerwy. Takich błędów jest więcej. W jednej ze scen wyraźnie jest mowa o tym, że mają się pojawić kolędnicy, co wskazywałoby na to, że akcja rozgrywa się zimą. Tymczasem bohaterki pojawiają się w letnich sukienkach. Wytykanie tego typu błędów można by uznać za złośliwość, gdyby nie fakt, że rzucają cień na interpretację sztuki. A w połączeniu z innymi niedociągnięciami powodują, że całość spektaklu traci na wiarygodności i nośności znaczeń.

Mocno akcentowana w pierwszym akcie tęsknota za pracą, jako remedium na nudę, na tle zegara liczącego uciekające miliony, wydaje się pomyłką. Nie w lenistwie, o którym mówi Tuzenbach leży dziś problem długu społecznego, ale w braku możliwości pracy. A tych bohaterom sztuki nie brakuje.

W drugiej części Bogajewska środek ciężkości przenosi na życie uczuciowe. Okazuje się, że każda z postaci pragnie miłości, jednak żadna jej nie otrzymuje. Ciekawym odkryciem jest fakt, że Olga, tak samo jak i Masza, może być zauroczona Wierszyninem. Nie bez wzajemności zresztą (Adam Ferency pokazuje to jednym drobnym gestem, gdy podczas robienia wspólnego zdjęcia zdejmuje z włosów Olgi kolorowe serpentyny). Ten wątek jednak nuży. Brakuje tu napięć i gorących emocji. Wyjątkiem jest finałowa scena, w której Masza rozpacza po pożegnaniu z Wierszyninem. Agnieszka Warchulska od pierwszej sceny świadomie buduje postać zamkniętej w sobie, głęboko nieszczęśliwej mężatki, która w końcu nie wytrzymuje wewnętrznego napięcia. Pozostałe siostry na jej tle wypadają nijako. Anna Szymańczyk co prawda oddaje młodzieńczą naiwność Iriny, brakuje w niej jednak uzasadnień zachowań swojej bohaterki. To nie jej wina (w tej młodziutkiej jeszcze aktorce tkwi duży potencjał, czekający na reżysera, który będzie potrafił go wykorzystać). Spektakl poprowadzony jest od sytuacji do sytuacji, brak w nim nie tylko głównej myśli przewodniej, ale także ciągu przyczynowo-skutkowego zachowań bohaterów.

Adam Ferency gra Wierszynina poprawnie. Paula Kinaszewska próbuje bronić postaci Nataszy, ale nie ma zrozumienia w partnerach. Andrzej Blumenfeld jako Kułygin mówi tak szybko, że zwyczajnie trudno jest go zrozumieć. Andrzej, grany przez Macieja Wyczańskiego, szybko staje się nudny, podczas gdy Anfisa Izabeli Dąbrowskiej wprowadza jedynie element komediowy. Na tym tle bezkonkurencyjni okazują się aktorzy starszego pokolenia – Władysław Kowalski jako Fierapont, który pokazuje z jakim spokojem i pokorą należy grać epizody, aby zostały zapamiętane oraz Janusz R. Nowicki jako Czebutykin. To on najlepiej czuje i rozumie rosyjską duszę. W jednej krótkie pauzie (po pytaniu Maszy, czy kochał się w jej matce, a ona w nim) zamyka całą tragedię tej postaci.

Zamiast skupić się na głębokim zajrzeniu w duszę bohaterów Czechowa, Bogajewska stara się przyciągnąć uwagę widza efektownymi sztuczkami. A to z antresoli sypać się będą kolorowe serpentyny, a to na biedną Anfisę padać będzie deszcz (tylko po to, aby odwrócić uwagę widza od ekipy technicznej zmieniającej scenografię), a to każe Irinie śpiewać krótki monolog do mikrofonu (po co?) i uwodzić Solonego w samej bieliźnie, by chwilę potem zdecydowanie krzywić się na jego zaloty (dlaczego?), a to Fiedotik wbiegnie na scenę w palącej się czapce krzycząc „Pogorzelec!” (tylko po to, aby przy okazji gaszenia czapki Irina i Masza mogły zostać miss mokrego podkoszulka?). Wszystkie te efekty odwracają uwagę od tego, co w tekście Czechowa jest najciekawsze – napięć pomiędzy postaciami i ich wewnętrznych dylematów. Szkoda.

Paulina Sygnatowicz – dziennikarka, blogerka. Przez kilka lat pracowała w redakcjach kulturalnych „Życia Warszawy” i „Polska The Times”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz