poniedziałek, 10 marca 2014

„Skazany na bluesa”, reż. Arkadiusz Jakubik, Teatr Śląski w Katowicach. Recenzuje Małgorzata Bryl.

fot. materiały prasowe Teatru Śląskiego

Teatr Śląski czerwony jak cegła

„Śląsk Święty / Śląsk Przeklęty” to nowy cykl repertuarowy Teatru Śląskiego w Katowicach, w ramach którego przedstawienia poruszają temat śląskiej ambiwalentnej tożsamości. Spektakle opierają się na historiach legend pochodzących z tego regionu. W najbliższym czasie ma powstać spektakl o Zbigniewie Cybulskim, z kolei w miniony piątek, 7 marca odbyła się prapremiera Skazanego na bluesa, scenicznej opowieści o frontmanie zespołu Dżem – Ryśku Riedlu.

Śląsk dla Ślązaków był zawsze święty. I tak jest do dziś, mimo że upadły kopalnie, a w tyle głowy pojawiło się niepokojące pytanie: „Jak nie węgiel, to co?”. Ślązacy kochają swój Dom, ale jednocześnie czasem go nienawidzą. Niekiedy śnią o wyprowadzce w dalsze i lepsze „gdzieś”, poza tę cholerną pustynię. Biografia Riedla do pewnego stopnia wpisuje się w zbiorowe fantazmaty Ślązaków. Urodził się i zmarł w Chorzowie, ale udało mu się wybić. Choć z drugiej strony także i temu legendarnemu wokaliście nieobce były śląskie dylematy tożsamościowe. Lider Dżemu był autsajderem i o tym też śpiewał. Został taki aż do tragicznego finału, bo, parafrazując tekst piosenki innego zespołu, był zbyt światowy dla Śląska, a dla świata zbyt śląski.

W 2004 roku Przemysław Angerman i Jan Kidawa-Błoński napisali scenariusz na podstawie biografii tego rock and rollowego banity z Chorzowa. W 2005 roku powstał film Skazany na bluesa, a w główną rolę wcielił się Tomasz Kot. Po dziesięciu latach scenariusz trafił na katowicką scenę. Arkadiusz Jakubik, reżyser teatralnego Skazanego postanowił wystawić widowisko muzyczne. Dlatego rolę Ryśka Riedla zagrał wyłoniony w drodze castingu wokalista, Tomasz Kowalski, któremu towarzyszył na scenie zespół muzyczny.

W pierwszych scenach spektaklu poznajemy Ryśka, ubranego w przetarte dżinsy, trampki i zwykłą kraciastą koszulę, który może tylko pomarzyć o karierze muzycznej. Na nijakim osiedlowym podwórku brak jakichkolwiek inspiracji. Obie kulisy przysłaniają okna szklarni lub szyby tarasów typowe dla modernistycznej, śląskiej zabudowy XX wieku, zza których przebija się soczyście zielona roślinność. Podobny kolor ma podłoga sceny. W centrum stoi kwadratowy, niski budynek, na którego dachu umiejscowiła się kapela muzyczna. Na dalszym planie widać zarysy kamienic i dachy z antenami. Rysiek dość szybko musi uruchomić wyobraźnię, by nie zwariować tu z nudów. Pomaga mu w tym nieodłączny druh, Indianer (Dariusz Chojnacki) z indiańskim pióropuszem na głowie i butelką jabola w ręce. Wyobraźnia Riedla kreuje nietypowych bohaterów. Podwórze wypełniają nagie baby z opadającymi na plecy długimi, czerwonymi włosami, umorusany węglem górnik z kilofem, Matka Boska, dziewczęta w śląskich strojach, karzeł i Budda w lśniącej szacie wyjeżdżający na platformie spod sceny. Wszystko to razem tworzy groteskowy pejzaż, który można skojarzyć z reprezentatywnym dla Śląska malarstwem Grupy Janowskiej. Ilekroć zjawy zaczynają snuć się po scenie, oświetlenie ciemnieje, wpadając w tony szarości i ciemnego błękitu, bucha para, a muzyka robi się tajemnicza – ma to zapewne dawać efekt grozy czy niesamowitości. Jestem jednak przekonana, że we wrażliwej psychice Riedla, który miał też talent plastyczny, działy się niejednokrotnie rzeczy stokroć dziwniejsze i piękniejsze. W kontekście tych scen można mieć też zastrzeżenia do rozwiązań choreograficznych, które uderzały przewidywalnością. Snujący się po scenie wte i wewte aktorzy wcielający się w mary z wyobrażeń Riedla to banalne, na dłuższą metę niewidowiskowe rozwiązanie.

Czasem jednak trzeba wrócić na ziemię. Ojciec Ryśka (Adam Baumann), mundurowy ZOMO ani myśli o tym, żeby utrzymywać darmozjada. Pieniędzy i mieszkania brak, a ukochanej Goli (Ewa Kutynia) rośnie ciążowy brzuch. A jakby tego było mało matka (Alina Chechelska) zmusza przyszłego polskiego Morrisona do śpiewania wraz z zespołem ludowym grafomańskich tekstów Tadeusza Kijonki. Jednak Riedel nie wstępuje do wojska, nie zostaje przykładnym mężem i ojcem, a tym bardziej nie robi kariery w zespole ludowym. „Najbardziej lubię śpiewać moje teksty” – mówi główny bohater i jakby na zawołanie scena kipi muzyką.

Kowalski wspaniale imitował barwę głosu Riedla w dżemowych hitach Whisky czy Czerwony jak cegła. I pewnie przez chwilę dalibyśmy wiarę, że Rysiek zmartwychwstał, gdyby nie to, że główny odtwórca szczególnie w pierwszej części przedstawienia był bardzo spięty. Stanie na baczność przy mikrofonie w partiach wokalnych i nieprzekonująca gra w okrojonych i tak do minimum dialogach nie sprawiały dobrego wrażenia. Chojnacki jako Indianer robił, co mógł, by pociągnąć scenicznego partnera w bardziej dynamiczną grę. Niestety, efekt był słaby. Kowalski przykuwał uwagę tylko w momencie śpiewania. Potwierdziła się jednak teza, że najtrudniejsze aktorsko są sceny komiczne lub obyczajowe, a znacznie łatwiej uderzyć w ton tragiczny. Pewnie dlatego Kowalski w drugiej części scenicznej historii Riedla wypadł dużo lepiej.

Rysiek pierwszą działkę zażył podczas własnego wesela z nieodłącznym kompanem Indianerem. Z czasem heroina stała się jego życiem, a plany kariery muzycznej musiały odejść w niepamięć. Wkrótce uzależnienie całkowicie go wyniszczyło. Druga część przedstawienia wita zmienioną scenografią. Zza szyb przy kulisach wyzierają suche badyle. Z kolei zieloną płaszczyznę sceny pokrywają wysuszone placki ziemi, niczym skórę wyniszczonego narkomana szpecą liszaje i krosty. Wyraźnie bardziej wyluzowany Kowalski wije się przy mikrofonie ubrany w kowbojki, skórzane, czarne spodnie, chustę i kapelusz z szerokim rondem. Wykonawca wciela się w Ryśka z czasów, gdy pozornie jeszcze wszystko było w porządku. To etap, gdy stał się idolem mas, choć w kulisach estrad i w domu było już z nim bardzo źle. Kowalski i Kutynia przekonująco grają kochające się małżeństwo, które zmaga się z nałogiem. Na uwagę w tym kontekście zasługuje także kreacja najmłodszego z aktorów, który wcielił się w ich syna, Bastka Riedla (Karol Huget). Chłopiec tworzy realistyczną postać, ale także wykazuje się dobrym wokalem, śpiewając w duecie ze swoim scenicznym ojcem.

Jednak zdecydowanie najmocniejszą sceną przedstawienia jest wykonanie Listu do M. przez Riedla – Kowalskiego, który w stanie wycieńczenia narkotykowego staje ostatkami sił przed mikrofonem, by zawalczyć o kolejny kontrakt z wytwórnią płyt. Dalszy ciąg spektaklu robi się patetyczny. Reżyser nie boi się ustawić Riedla na monumentalnym, złotym piedestale wyjeżdżającym z kanału sceny. I tak pryska czar, bo zamiast człowieka widzimy ikonę, która zasiądzie we wspólnej śląskiej gablocie z górnikiem i śląską babą z warkoczami.


W przypadku Skazanego na bluesa Arkadiusza Jakubika trudno mówić o pogłębionym, ludzkim portrecie, ale reżyser od początku zapowiadał, że nie to jest jego celem. W zamian skonfrontował się z ikoną i zapytał o jej miejsce w śląskiej mentalności. Biorąc pod uwagę teatr wypełniony po brzegi widzami, którzy wręcz szaleli w czasie ukłonów, kilkakrotnie domagając się muzycznych bisów, legenda Ryśka Riedla jest wciąż na Śląsku żywa. Artystom udało się rozgrzać widownię do czerwoności, więc już teraz można postawić tezę, że w regionie powstał kolejny muzyczno-teatralny hit obok Jesus Christ Superstar z Teatru Rozrywki w Chorzowie.

Małgorzata Bryl – absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Pełniła obowiązki sekretarza redakcji kwartalnika teatralnego „nietak!t” i współtworzyła serwis teatralny.pl. Obecnie pracuje jako dziennikarka serwisu informacyjnego GazetaCodzienna.pl - Śląsk Cieszyński on-line. Jej pasją jest teatr, o którym często pisze na łamach czasopism kulturalnych. Współpracowała z: „Dziennikiem Teatralnym”, „Performerem”, „Didaskaliami”, „Ultramaryną” i „Reflektorem”.

2 komentarze:

  1. "W pierwszej części utworu słyszymy wokal Riedla, w drugiej zaś zaczyna śpiewać Kowalski." - zarówno z playbacku, jak i na żywo śpiewa Kowalski. Warto sprawdzać informacje przed publikacją. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. 1. "Ojciec Ryśka (Adam Baumann), mundurowy ZOMO" - nieprawda, bo ORMO.
    2. "Kowalski wspaniale imitował barwę głosu Riedla w dżemowych hitach Whisky czy Czerwony jak cegła" - Whisky śpiewał Bastek, a Czerwony jak cegła i Wehikuł czasu były akurat najbardziej oddalone barwą od oryginału, choć nie mówię, że to źle

    OdpowiedzUsuń