wtorek, 18 marca 2014

Robert Zawadzki, „Zapiski chwilowego emigranta” (część II).

Civic Theatre - Tallaght

Historia kołem się toczy

Przebieg wydarzeń ubiegłego tygodnia ma dla mnie znaczenie szczególne, bardzo osobiste. W tej części relacji z podróży postanowiłem zawrzeć kilka wątków z przeszłości, aby głębiej i dokładniej zrozumieć teraźniejszość. Bez tej osobistej refleksji byłby to bowiem tylko suchy przekaz i niepełny obraz tego, jak znalazłem się tu, gdzie jestem.

Objazd ze spektaklem inaugurujemy w Tallaght. Ta południowa dzielnica Dublina słynie z wielu nowych inwestycji i młodej infrastruktury. W jej skład wchodzi, między innymi, oddany do użytku w 1999 roku Civic Theatre, znajdujący się w samym centrum głównego placu w Tallaght. W czasach, kiedy Irlandia zyskała przydomek „celtyckiego tygrysa”, miejsce to było jednym z największych placów budowy w Dublinie.

Wspominam o tym, bo to właśnie tutaj, niemal dziesięć lat temu, będąc świeżo upieczonym absolwentem szkoły teatralnej, po szeregu niepowodzeń związanych z poszukiwaniem pracy w zawodzie, z pustym portfelem i determinacją, żeby zarobić na start w spełnianiu marzeń, wylądowałem po raz pierwszy na irlandzkiej budowie. Później przeszedłem jeszcze przez dziesiątki innych, mniejszych lub większych placów budowy ale ten pamiętam szczególnie. Przede wszystkim dlatego, że był pierwszy i fakt, że się tam znalazłem był dla mnie czymś zupełnie nowym i niepojętym. Byłem pomocnikiem przy montażu okien w polskiej ekipie remontowej. Biegałem z góry na dół, niekiedy używając do tego schodów bez poręczy, innym razem rusztowań. W pamięci pozostała wielka betonowa dżungla, w której naczelną zasadą było nieustannie się poruszać i szukać sobie zajęcia, bo w przeciwnym wypadku mogło się okazać, że nie jesteś potrzebny, a co za tym idzie nie ma powodu abyś przychodził następnego dnia do pracy. W przerwach opowiadałem chłopakom, z którymi pracowałem o tym, co chciałbym robić, do czego dążę, co już zrobiłem i dlaczego tu jestem. Miałem wrażenie, że jestem w ich oczach jakimś świrem albo co najmniej kosmitą, ale chyba mnie lubili, bo słuchali tych moich opowieści z ciekawością i zarzucali pytaniami. Rozmowy stanowiły dla nas wszystkich swoistą odskocznię od tego całego znoju teraźniejszości. Już na samym początku, kiedy powiedziałem, że z wykształcenia jestem aktorem padło „w czym grałeś?”. Problem w tym, że właściwie prawie w niczym nie grałem i dlatego tam byłem. Ale nie chciałem ich rozczarowywać, więc opowiedziałem o tym, jak statystowałem w „Pianiście” albo grałem jednodniowe epizody w znanych serialach. Od tego momentu zyskałem przydomek „Polański”. Co ciekawe, rozniosło się to tak szybko, że nazywali mnie tak nie tylko koledzy z którymi bezpośrednio współpracowałem ale też kilku irlandzkich inżynierów, których właściwie zupełnie nie znałem. Trochę się w tym wszystkim pogubiłem i zastanawiałem się, czy to, że jestem aktorem na budowie to powód do dumy, czy może oznaka porażki. Wtedy skłaniałem się raczej ku temu drugiemu i za każdym razem gdy wołano „Polański, podaj młotek” to szlag mnie trafiał, kiedy po niego szedłem. Przez te wszystkie budowy, niczym najemnik, wolny strzelec lub ładniej – freelancer, przeczołgałem się w sumie jeszcze osiem miesięcy. Wiedziałem, że nie chcę aby to trwało w nieskończoność i kiedy tylko zrealizowałem plan, wróciłem do Polski. Powinienem, jeszcze dodać, że pierwszym miejscem, do którego od razu po przyjeździe do Irlandii zaniosłem swoje skromne CV był Abbey Theatre. Naiwnie wierzyłem, że uśmiechnie się do mnie szczęście i nie wyląduję na budowie. Oczywiście, wtedy się nie uśmiechnęło.

Moja pierwsza budowa w Tallaght

Tak więc, kiedy w ubiegły wtorek, siedziałem w ogródku przed teatrem w Tallaght, delektując się kawą przed spektaklem, w towarzystwie Patricka O’Kane, wspomnienia wróciły. Tym bardziej, że z tego miejsca rozciągał się bezpośredni widok na mój dawny plac budowy, który dziś jest okazałym apartamentowcem. Od tego czasu zmieniło się w moim życiu zawodowym wiele. Zniknął też tamten wstyd z bycia aktorem na budowie, a w jego miejsce pojawiło się nawet coś na kształt małej dumy. Opowiedziałem tę anegdotę Patrickowi. Odpowiedział: „Ja też za każdym razem, kiedy jadę obwodnicą Londynu, to przypominam sobie, że kiedyś kładłem tam asfalt...”

Wieczorem, przed pierwszym spektaklem, w garderobie znalazłem mały liścik powitalny z Abbey rozpoczynający się słowami „Witaj w domu”. Po spektaklu dostaliśmy owację na stojąco przy pełnej widowni. Podobnie reagowano po kolejnych dwóch spektaklach w tym miejscu. Wspaniałe przyjęcie i piękne, niezapomniane chwile. W piątek i sobotę gościliśmy w Droghedzie, pięćdziesiąt sześć kilometrów na północ od Dublina. Jeśli napiszę, że znowu spotkaliśmy się ze znakomitym odbiorem, to stanie się to już trochę nudne, ale w istocie tak właśnie było. Jakoś tak to już jest z tym spektaklem, że trafia we właściwe nuty. W sobotę, po raz kolejny, z Belfastu przyjechał na spektakl Owen. Czuć, że ta sztuka jest jego ukochanym dzieckiem, którego dojrzewaniu z radością się przygląda, i z którego jest bardzo dumny. Tak też traktuje nas – aktorów, jak swoje ukochane dzieci. I nie jest to tylko przenośnia. Gdyby tak było, nie przynosiłby nam regularnie tylu słodyczy...
W tym tygodniu odwiedzimy Roscommon i Castleblanney.

1 komentarz:

  1. Proszę o przesłanie informacji o występach w Irlandii. Zapraszam do wpółpracy. Kontakt info@poloniairlandia.pl

    OdpowiedzUsuń