poniedziałek, 24 marca 2014

„Jak kochają się w niższych sferach”, reż. Grzegorz Chrapkiewicz. Teatr Kamienica w Warszawie. Komentuje Rafał Jędrzejak.

fot. materiały prasowe teatru

Humor brytyjski przełożony na humor międzynarodowy, bez uszczerbku.
Miliard dolców! Tysiąc milionów dolarów! Taki roczny dochód osiąga położony na nowojorskim Manhattanie Theatre District, potocznie nazywany Broadway’em. To mekka przemysłu rozrywkowego, opartego na sztukach teatralnych i musicalach. Broadway dla teatru jest jak Hollywood dla filmu, a wszelkie zarzuty komercjalizacji, choć dla wielu prawdziwe, dla większości pozbawione są zdrowego rozsądku. Chcesz się liczyć w środowisku? Wystaw sztukę na Broadway’u. Później najlepiej wystaw tam kolejną i kolejną. Alan Ayckbourn zrobił to dziesięć razy, po tym jak okrzyknięty został guru londyńskiego West Endu.
Moje analityczne podejście doprowadziło do korelacji faktów i powstania następującej hipotezy: „Nawet nieudolna reżyseria i gra autorska nie są w stanie zaprzepaścić kunsztu uznanego brytyjskiego komediopisarza”. Udowodniona hipoteza to już teza. W poszukiwaniu dowodu, udałem się do Teatru Kamienica na sztukę Alana Ayckbourn’a, pod tytułem „Jak kochają się w niższych sferach” w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza.
Przed wejściem do teatru ustawiono wagon tramwajowy. Medialna propaganda, dotycząca unijnego wsparcia polskiej kultury, skupiała się właśnie na teatrze Kamienica. Dziwiłem się wtedy, po co tyle krzyku.
Nie raz zdarzyło mi się lecieć tanimi liniami, cierpiąc i klnąc z powodu ograniczonego miejsca. Scena Oficyna jest jak bardzo tanie linie lotnicze, choć za cenę biletu przeleciałbym w takich warunkach całą Europę. O komforcie oglądania nie było mowy. Cynicznie pomyślałem, że za unijne środki Kamiński powstawiał dodatkowe rzędy foteli pomiędzy wcześniej istniejące. Jakoś oparłem kolana o siedzenie przede mną i zacząłem moje badanie.
Stojąc w kolejce do szatni zastanawiałem się, dlaczego dotychczas nie miałem pojęcia o takich mechanizmach jak zastosowany w, przed chwilą co obejrzanym, spektaklu. Czy jest to konstrukcja zasugerowana przez autora? Czy to reżyser ze scenarzystą pozwolili sobie na takie mistrzowskie rozwiązania? Kooperacja kolorystyki, układu scenicznego oraz dialogów i sprawnego poruszania się aktorów stworzyły symultaniczną kompozycję transparentnie umożliwiającą odnajdywanie się widza w czasie.
Chwilę później uświadomiłem sobie, że postawiona hipoteza była niewłaściwa. Nie jestem przecież w stanie wskazać zasług reżysera pracującego na sztuce dopieszczonej pod każdym względem. Informacja o tym, że boli mnie kolano uciskane półtorej godziny przez oparcie siedzenia, dotarła do mnie w momencie odbierania kurtki. Nie dbałem o to. Spektakl minął. Nawet nie wiem kiedy. Nie odnotowałem fragmentu dłużyzny. Oglądałem z zaciekawieniem, jak bliźniak syjamski zespolony z panią przede mną. Kiedy ona drgała, powodowana śmiechem, drgał również jej fotel przekazując energię drgań na mnie. Za pośrednictwem moich kolan oczywiście. Kiedy ja trząsłem się śmiejąc, na tej samej zasadzie trzęsła się i ona. A może po prostu cała widownia rechotała w tym samym czasie? Z tym, że śmiech podczas tego przedstawienia rozpatrywać należy w ujęciu permanentnym.
Jest to sztuka na sześciu aktorów. Świetni Piotr Polk, Grażyna Wolszczak, Rafał Królikowski i Piotr Cyrwus we właściwej kolejności. Odstaje Andżelika Piechowiak, której niedociągnięcia sceniczne widoczne są raczej z powodu wysoko zawieszonej, przez resztę aktorów, poprzeczki.
Na bazie służbowo-społecznych relacji trzech par, bez zbędnego mitygowania się, obnażone zostały wadliwe przyzwyczajenia, które są przesłanką do ujawnienia takich zachowań międzyludzkich jak: zdrada, tyrania, złośliwość, prowokacja, naiwność, a co najistotniejsze brak zaufania. Całość nasycono gagami, ciętymi ripostami i dynamiką. Uchodzi aktorom na sucho nawet pomyłka w znajomości tekstu. Natychmiastowa poprawka Polka i Wolszczak u jednych wzbudziła szacunek, u innych przekonanie, że był to zaplanowany gag.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz