piątek, 14 marca 2014

"Gorączka czerwcowej nocy", reż. Remigiusz Brzyk, Teatr Nowy w Poznaniu. Recenzuje Marcin Wasyluk.

fot. Bartłomiej Sowa

Okno z widokiem na czerwiec. 

Na początku był spektakl. „Oskarżony: Czerwiec pięćdziesiąt sześć” wyreżyserowała Izabella Cywińska w 1981 roku. Po trzydziestu latach Remigiusz Brzyk wraca do niego by odrzeć tamte wydarzenia z mitów, którymi obrosły.

Gdy wchodzimy na scenę poznańskiego Teatru Nowego, bo miejsca widzów i aktorów tym razem zostały odwrócone, widzimy przede wszystkim wielki ekran rozwieszony nad naszymi głowami. Na nim obraz z kamery umieszczonej w foyer, pokazujący ulicę przed teatrem. Przechodzący tamtędy ludzie i przejeżdżające samochody będą nam towarzyszyć przez całe przedstawienie. Nie pozwolą zapomnieć, że tuż obok teatru tętni życiem Poznań.

Na scenę wychodzi dwóch aktorów. Przedstawiają się. To Zbigniew Grochal i Andrzej Lajborek. Obaj grali w słynnym spektaklu Cywińskiej. Wprowadzają nas w historię wydarzeń. Są świadkami – przewodnikami.

A było to tak. 28 czerwca 1956 roku poznańscy robotnicy zbuntowali się przeciwko złym warunkom pracy. Protestowali przeciwko niskim wynagrodzeniom, zawyżaniu norm, warunkom socjalnym i mieszkaniowym. Władza, nie mogąc opanować strajków, użyła siły. Zginęło 57 osób, około 650 zostało rannych. Zatrzymano przeszło 800 osób. Trzystu dwudziestu trzem postawiono zarzuty. Rozpoczęły się procesy, które miały zrzucić odpowiedzialność za przelew krwi na protestujących. Nastąpiła odwilż. Władysław Gomułka zaapelował o spuszczenie „żałobnej kurtyny” nad tymi wydarzeniami. Poznań jednak pamiętał i w 1981 roku podniósł kurtynę milczenia. W tamtych czasach teatr miał dużo większe znaczenie dla Polaków niż obecnie. I o tym właśnie opowiada przestawienie reżysera Remigiusza Brzyka i dramaturga Tomasza Śpiewaka.

Gorączka czerwcowej nocy” nie jest rekonstrukcją spektaklu Izabelli Cywińskiej. Nie jest też na szczęście pomnikiem. Twórcy raczej rozprawiają się z mitami, które wówczas narosły wokół słusznej skądinąd sprawy. Zresztą, wtedy te mity były potrzebne. Pomagały jednoczyć w walce o lepsze jutro. Dopiero dziś można, a nawet trzeba opowiedzieć, jak było naprawdę. Choć zapewne nie wszystkim się to spodoba.

Tak jak dziś, tak i wtedy – w ’81 – wszyscy nagle stali się bohaterami. Wszyscy byli najważniejsi. Nikodem Kasprowicz, autor pomnika, który postawiono niedaleko Teatru Nowego, początkowo przegrał konkurs, był rozgoryczony, że to nie jego projekt ma zostać zrealizowany. Nawet teatralna portierka (Małgorzata Łodej-Stachowiak) czuła się najważniejsza w procesie powstawania jubileuszowego spektaklu. Ofiarom przypisano bohaterskie zasługi mimo, że większość zginęła przez przypadek. Tak było chociażby w przypadku ikony tamtych wydarzeń – najmłodszej z ofiar – Romana Strzałkowskiego. W spektaklu świetnie pokazuje to scena, w której jego matka (Daniela Popławska) rozmawia z duchami innych dzieci, które zginęły w tamtym czasie. Na drugim biegunie jest postać aktorki (w spektaklu Dorota Abbe), która miała wcielić się w rolę dziewczyny oskarżanej przez „bohaterów” czerwca o kolaborację z UB. Ona jedna czuła odpowiedzialność za swoją postać. Miała wątpliwości, których nie mieli pozostali. Bo co się stanie, jeśli pierwowzór jej postaci przyjdzie na spektakl i okaże się, że jednak było inaczej? Także premiera „Oskarżonego…” grana była w karnawałowym stylu, jakże przypominającym dzisiejsze tak zwane „obchody rocznicowe”. Na drugi plan zeszła istota sprawy. Najważniejsze, by na widowni zjawili się Kuroń, Michnik i Bartoszewski.

W całym tym, lekko i z humorem poprowadzonym przedstawieniu, jedna postać wprowadza niepokój. Duch (Marta Szumieł), niczym chochoł z „Wesela” czy Persefona/Kora z „Wyzwolenia”, co chwilę pojawia się w foyer i patrzy nam prosto w oczy, by na koniec wypomnieć, że zapomnieliśmy o ideałach Solidarności. Hasła poznańskiego czerwca, jak i pozostałych zrywów (bo przecież w Poznaniu czy w Gdańsku, wolnościowe hasła pojawiały się później, zwykle zaczynało się od żądań finansowych) pozostają aktualne również dzisiaj. Tomasz Śpiewak odwołał się do poznańskich czyścicieli kamienic, ale w całej Polsce można by takich czyścicieli znaleźć. „Za krew i wolność i nową Polskę” gdyński Janek Wiśniewski padł. Ale czy za taką Polskę jaką mamy obecnie?

Gorączka czerwcowej nocy” to świetnie opowiedziana i zagrana opowieść o wydarzeniach, o których nie wolno nam zapomnieć, ale jednocześnie pokazująca, jak łatwo zgubić ich znaczenie. W końcu jesteśmy tylko ludźmi.

Marcin Wasyluk - dziennikarz radiowy i telewizyjny, fotograf. Publikuje w portalu teatralny.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz