niedziela, 16 lutego 2014

„Rum & Vodka Online”, reż. Agita Elksne. Recenzuje Paulina Sygnatowicz.



„Jak multimedia zabiły teatr”

Nagradzany za przekraczanie granic tradycyjnego teatru, chwalony za multimedialność spektakl „Rum & Vodka Online” pokazano w warszawskim klubie Znajomi Znajomych. Wydarzenie to teatralnie się nie broni, a aktorsko wypada słabo. Multimedia zabiły to, co w teatrze jest zawsze najciekawsze – spotkanie z drugim człowiekiem.

Gdy Conor McPherson, popularny w Polsce irlandzki dramatopisarz, pisał w 1992 roku swój monodram, zapewne nie przypuszczał, że można ten tekst potraktować jako pretekst do multimedialnego widowiska. Widowiska, w którym scenografia wyświetlana jest na ścianach, aktor rozmawia z widzami za pośrednictwem Skypa, a część akcji rozgrywa się poza budynkiem. W rezultacie znaczną część spektaklu publiczność ogląda w formie videorelacji na żywo z wieczornego spaceru bohatera po mieście. Nowatorstwo? Raczej wyważanie otwartych drzwi. Podobny zabieg w 2008 roku zastosował Krzysztof Lang, próbując w warszawskiej Fabryce Trzciny spektaklem „Kobieta w czerni” reaktywować tradycję telewizyjnej „Kobry”.

Czy to zarzut? Nie. Pod warunkiem, że używanie nowoczesnych środków wyrazu służy czemuś więcej niż zwykłemu efekciarstwu. Niezależnie od formy spektaklu, w teatrze zawsze najciekawszym pozostaje spotkanie z żywym człowiekiem – aktorem. Amin Bensalem opowiada historię chłopaka, który nie umie się odnaleźć w świecie pełnym wyzwań i oczekiwań wobec jednostki, który marzy, by po prostu być sobą i który z tego powodu popada w alkoholizm. Amin Bensalem jest w tym bardzo prawdziwy. Prawdziwy życiowo, ale nie scenicznie. W tych momentach spektaklu, gdy snuje swoją opowieść przemierzając miasto, wypada szczerze, ale także, paradoksalnie, nudno. Bensalem nie wciąga widza w swoją historię. Jego niechlujna dykcja (wyrazy się zlewają, końcówki znikają) zwyczajnie utrudnia zrozumienie, o czym tak naprawdę opowiada, a jednostajne tempo mówienia usypia. Zadania nie ułatwia mu też reżyserka Agita Elksne, każąc rozpoczynać spektakl plecami do widzów. Bohater siedzi przodem do ekranu komputera, tak, że jego twarz obserwujemy wyświetlaną na ścianie z minimalnym opóźnieniem, istotnym jednak na tyle, że wypowiadane przez aktora słowa nie zgrywają się z mową ciała.

Elksne próbuje wciągnąć do gry także widzów. Tuż przed spektaklem częstuje ich wódką albo rumem i nagrywa ten moment, aby później odtworzyć go w przedstawieniu na tle monologu bohatera. Zabieg ciekawy i wiele znaczący, ale także szalenie ryzykowny. Aktor walczy tu bowiem z zupełnie naturalnym skupieniem widza na wyświetlanych obrazach i ciekawością zobaczenia siebie na ekranie. Bensalem i w tym starciu przegrywa. Wszystko to powoduje, że moment, w którym zwraca się bezpośrednio do widzów z prowokacyjnym pytaniem „Dlaczego nie mogę być sobą tu i teraz?” zamiast wzbudzić wzruszenie, wywołać chwilę refleksji, powoduje jedynie ciężkie westchnienie. Westchnienie żalu, że choć pomysł na ciekawy spektakl był dobry, jego wykonanie okazało się dużo słabsze.

Paulina Sygnatowicz – dziennikarka, blogerka. Przez kilka lat pracowała w redakcjach kulturalnych „Życia Warszawy” i „Polska The Times”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz