piątek, 21 lutego 2014

"Mizantrop", reż. Kuba Kowalski, Teatr Polski w Poznaniu. Recenzuje Marcin Wasyluk.

fot. Monika Lisiecka

Środowiskowe pitu pitu.

Nie dziwię się Alcestowi (Piotr Kaźmierczak), że nienawidzi ludzi. Gdybym obracał się w takim towarzystwie jak on, też nie miałbym dobrego zdania o rodzaju ludzkim. Jego krytyka ludzi jest jednak wyjątkowo i zaskakująco powściągliwa. Kuba Kowalski (reżyser) i Julia Holewińska (dramaturg) otaczając Alcesta osobnikami interesownymi i pozbawionymi kręgosłupa moralnego, nie dają mu innego wyboru jak tylko być... mizantropem. W rzeczywistości Alcest jest nieszczęśliwym człowiekiem, zmuszonym do życia w obcym mu świecie.

Głównym bohaterem poznańskiego „Mizantropa” nie jest jednak tytułowa postać. Holewińska, przepisując Moliera, umieściła akcję w zachwyconym sobą środowisku teatralnym. Pełno tu odniesień do aktualnych wydarzeń rodzimego „żyćka kulturalnego”. Twórcy rozdają sobie nagrody „Bociany” (analogia do filmowych „Orłów”), występują w spektaklach, w których nie o treść chodzi, a o rozebranie popularnej aktorki. Kostiumolożka (Klitandra) dostaje za nagie kreacje nagrodę. A właściwie za najlepsze buty, stanowiące cały kostium Celimeny, w feralnym przedstawieniu, które poznajemy na szczęście tylko z opowieści. Pojawić się musiał oczywiście wątek homolobby – Klitandra zakochana jest w Celimenie.

Przykuwa uwagę scenografia i kostiumy Katarzyny Stochalskiej. Dominują (nadęte) balony, nowoczesne kanapy, które bardziej wyglądają niż służą do siedzenia. Postaci ubrane są w błyszczące, modne kostiumy, godne popularnych celebrytów. Nawet krawat Filinta – dyrektora teatru – błyszczy się salonowym brokatem.

Świetni są aktorzy. Wspomniany Filint (Michał Kaleta) – jak to dyrektor – lawiruje, kluczy, byle tylko nikomu się nie narazić. Celimena (Barbara Prokopowicz) jest aktorką, która „pójdzie z każdym”, kto może jej się do czegoś przydać. Nie zajmuje ją, co akurat gra, ważne by się podobać. Prawdę mówi rzadko, najczęściej po alkoholu. Elianta (Weronika Nockowska) – teatrolożka z początku szczerze zapatrzona w Celimenę, to szara myszka, która w finale wykorzysta swoją idolkę dla nośnego artykułu w kolorowym pisemku. Ale tym występkiem jej nie zaszkodzi, bo przecież nie ważne co się mówi. Byle nazwiska nie przekręcili. I wreszcie Alcest targany między życiem w zgodzie ze swoim światopoglądem, a miłością do Celimeny, która stanowi zaprzeczenie jego ideałów. Widzi wady swojej oblubienicy, ale nie potrafi uwolnić się od uczucia.

W czym więc problem? Otóż, nie bawi mnie obśmiewanie na scenie współczesnego teatru, a blisko połowa spektaklu na tym właśnie polega. Oront (Przemysław Chojęta), zamiast grafomańskiego wiersza – jak w oryginale – przedstawia (po)nowoczesny dramat o… Madzi rozpisany na dialogujące ze sobą małą Madzię i matkę Madzi. Dość mam rozmów o najnowszych pomysłach twórców teatralnych na co dzień. Nie śmieszy mnie też satyra na celebrytów. Mam tego pod dostatkiem, śledząc wiadomości na poważniejszych portalach niż Pudelek. Postaci rysowane są na poznańskiej scenie tak jednowymiarowo, że trudno mieć wątpliwości kto jest złym, kto dobrym. Paradoksalnie, mimo, że u Moliera (jak i w życiu) można się jeszcze zastanawiać czy Alcest czyni słusznie, mówiąc całą prawdę prosto w oczy, tak u Kowalskiego/Holewińskiej odnoszę wrażenie, że nie ma on innego wyjścia.


Przestrzeni, gdzie zakłamani ludzie, naskakują sobie nawzajem obgadując się za plecami, nie brakuje. Dziwi zatem czytanie dramatu kluczem współczesnej popkultury i środowiskowych aluzji. Dla tak zwanego zwykłego widza, teatr jest jednak zbyt daleki, odrealniony. Waśnie środowiskowe tym bardziej. Spektakl nie stawia żadnych pytań, nie zasiewa wątpliwości. Jest rodzajowym obrazkiem z życia teatru i celebrytów.

Marcin Wasyluk - dziennikarz radiowy i telewizyjny, fotograf. Publikuje w portalu teatralny.pl.

1 komentarz:

  1. spektakl nudny jak flaki z olejem i wkurza mnie tendencja do kradzieży tytułów wielkich autorów przez chłystków, którzy bawią się w wielką dramaturgię... ze spektaklu jedynymi aktorami godnymi uwagi to Prokopowicz i Chojęta. Kaleta bez różnicy, czy gra w Mizantropie czy w Panna z Wilka - zero emocji, cały czas taki sam, do znudzenia.

    OdpowiedzUsuń