sobota, 22 lutego 2014

„Mizantrop”, reż. Grzegorz Chrapkiewicz, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy, Scena na Woli. Recenzuje Paulina Sygnatowicz.

fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

"Molier w dyskotece"

To spektakl doskonale pomyślany i dobrze zagrany, ze świetnie ułożonym ruchem scenicznym, znakomitą scenografią i nowoczesnym przekładem, który nie traci nic z molierowskiego ducha.

Nowego przekładu „Mizantropa” podjął się Jerzy Radziwiłowicz. Sceniczne doświadczenie pomogło mu stworzyć tekst współczesny, żywy, wciągający. Choć został napisany trudnym do interpretacji jedenastozgłoskowcem, to młodzi aktorzy potrafili operować tym językiem w stopniu doskonałym. Duża w tym zasługa reżysera, Grzegorza Chrapkiewicza, który zrezygnował z molierowskiego kostiumu i salonu z meblami w stylu Ludwika XIV, zamieniając je na współczesne sukienki „od projektantów” (znakomite kostiumy Anety Suskiewicz i Joanny Gawrońskiej) i funkcjonalną scenografię Agnieszki Bartold. Pomysłom scenicznym Chrapkiewicza towarzyszy świetna, klubowa muzyka opracowana przez Rafała Kowalczyka.

Mimo wyraźnych atrybutów współczesnego świata, spektakl rozgrywa się poza konkretnym miejscem i czasem, momentami przypominając, za sprawą wyświetlanych na ścianie obrazów Rafała Olbińskiego, świat „Alicji w Krainie Czarów”. Od wieków nic się bowiem nie zmieniło: jeżeli chcemy żyć pośród ludzi, musimy przyjąć obowiązujące reguły, nawet jeżeli miałoby to oznaczać naginanie naszych przekonań. Najdobitniej udowadnia to Filint (doskonała, wyrazista i czytelna rola Sławomira Grzymkowskiego). Choć zgadza się z Alcestem (Wojciech Solarz) i początkowo próbuje odwieść go od pomysłu mówienia wszystkim, tego co się o nich myśli, ostatecznie obserwuje wydarzenia z boku. I wychodzi na tym najlepiej – wygrywa rękę Elianty (Maria Dejmek).

Wojciech Solarz gra Alcesta wyobcowanego, zamkniętego w sobie, neurotycznego. Świetnie opracował subtelne wyginanie rąk, nieco zgarbioną postawę, częste schodzenie do parteru, jakby chciał stać się po prostu niewidzialny. Momentami jednak za bardzo „gra w sobie”, na czym traci nośność tekstu. Na tle doskonałej dykcji i emisji pozostałej obsady jest to szczególnie odczuwalne. Najlepiej wypada w scenie, w której burzy czwartą ścianę, zwracając się wprost do widzów. Zarzuca im, że ludzie są z natury źli i zwierza się, że on w takim świecie żyć nie potrafi. Z Agatą Wątróbską w roli Celimeny, tworzą duet idealny. Tak gorącej i szczerej miłości Celimenie pozazdrości zapewne niejedna kobieta. Niejedna też utożsami się z bohaterką, gdy ta w końcowej scenie odrzuci oświadczyny Alcesta ze zdziwieniem pytając, jak on sobie wyobrażał jej życie na wsi. Wątróbska pracuje na tę scenę przez cały spektakl, budując pewną siebie, świadomie bawiącą się mężczyznami i spragnioną życia młodą kobietę, która w gruncie rzeczy nie przejmuje się salonowymi konwenansami i opinią innych. Prawdziwą perełką jest jednak po mistrzowsku rozegrana scena, w której Arsinoe (Magdalena Smalara) i Celimena jeżdżąc po scenie na elektrycznych rowerach, wygarniają sobie, w imię przyjaźni, wszystkie swoje wady.

Chrapkiewicz, zgodnie z molierowską ideą komedii charakterów, wyraziście rysuje wszystkich bohaterów, dając każdemu z aktorów przysłowiowe pięć minut na zaistnienie na scenie. Niespełniony poeta Oront (Piotr Siwkiewicz) to bywalec modnych, warszawskich knajp. Jest zabawny, ale bywa też rozczulający, gdy czyta nieco kiczowaty wiersz z całą mocą wierząc w swój geniusz. Klitander przypomina ekscentrycznego wokalistę, Michała Szpaka (doskonale odnalazł się w tej roli Krzysztof Szczepaniak), Akast zaś w kaszkiecie i sweterku w kratkę – angielskiego dżentelmena z wybujałym ego. W tej roli Kamil Siegmund błyszczy w momencie opowiadania o swoich zaletach. Maria Dejmek w roli Elianty, sprawiająca wrażenie nieco zagubionej na dużej scenie, także ma swój urok. W tym spektaklu nie ma niedopracowanych ról. Nawet epizody Bartosza Wesołowskiego (Drewniak), Michała Podsiadło (Gwardzista) i Daniela Szczypy (Bask) są mocno charakterystyczne i dopieszczone w szczegółach.


Chrapkiewicz z aktorami uważnie przeczytał tekst wydobywając z niego, to co dla współczesnego widza najciekawsze. Pozostał wierny autorowi, nie naginał wiersza do potrzeb współczesnej inscenizacji, wszystkie sytuacje i konflikty mają uzasadnienie w dramacie Moliera, ale także nie dał się ślepo prowadzić jego melodyce. To dzięki temu udało mu się zbudować spektakl świeży i nowoczesny, który nie stracił nic ze swojego klasycznego ducha.

Paulina Sygnatowicz – dziennikarka, blogerka. Przez kilka lat pracowała w redakcjach kulturalnych „Życia Warszawy” i „Polska The Times”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz