sobota, 22 lutego 2014

„Calineczka”, reż Konrad Dworakowski, Teatr Lalki i Aktora w Wałbrzychu; „Calineczka”, reż. Przemysław Jaszczak, Teatr im. H. Ch. Andersena w Lublinie.

fot. materiały prasowe Teatru im. H. Ch. Andersena w Lublinie


Obejrzałem w Wałbrzychu przedstawienie, które mimo że piąty już sezon obecne w repertuarze, to wciąż pełne jest energii i rytmu. Reżyser nie traktuje dzieci infantylnie, zaprasza je do podróży, wraz z mierząca ledwie cal bohaterką, na spotkanie żab, chrabąszczy, myszy i kreta. Lubię wyobraźnię Dworakowskiego, świat sceniczny, który prezentuje w swoich spektaklach. Można w „Calineczce” dostrzec zalążki pomysłów i działań, które w pełni reżyser rozwinie w późniejszej o rok „Historii występnej wyobraźni”, czy niedawnych „Balladynach i romansach”. Ot, choćby wędrowanie maleńkiej Calineczki przez kolejne krainy. Projekcja przemieszczającej się dziewczynki rzucana jest na ruchome plansze, trzymane przez aktorów. Podobnie, jak w „Balladynach...”, część akcji animowania maleńką lalką toczy się na stole, ustawionym pośrodku sceny. Spotkania z ropuchami czy chrabąszczami dzieją się bez dialogów, animowane jedynie do dwóch motywów muzycznych, celnych zresztą. Ropuchy i chrabąszcze nie odzywają się do Calineczki, bo jak zauważył Dworakowski – zwierzęta i owady przecież nie mówią. Wykluczył tym samym pytania dzieci: dlaczego żabka mówi po polsku. Pamiętam, że sam zadawałem podobne trzydzieści lat temu. Mówi tylko mysz, kret i jaskółka, bo właśnie jest Wigilia, a jak wiadomo w wtedy to zwierzęta porozumiewają się z ludźmi.

Ten toczący się w szybkim, wartkim tempie, trwający niespełna godzinę spektakl, pełen jest pięknych pomysłów reżysera. Takie dajmy na to narodziny, podgrzewanej lampami Calineczki: śliczny kwiat wolno wzrastający z donicy ustawionej na stole. Wszyscy zgromadzili się wokół, oczekując narodzin powstającej z ziarenka niewielkiej dziewczynki.

Przeszkadza jakość, styl i wygląd lalek. Paskudne, w estetyce firmy Mattel, lalki Calineczki i Króla Elfów są małe i niewidoczna dla dzieci, siedzących w ostatnich rzędach. Tandetne i zwyczajnie brzydko wykonane są też lalki chrząszczy, kreta czy ropuch. Są zwyczajnie... pocieszne, takie lalki-przytulanki, ciężko więc zrozumieć dzieciom, dlaczego Calineczka się ich boi lub czemu wydają się jej brzydkie. W baśni Andersena mała bohaterka lęka się podziemi i korytarzy kreta. Na wałbrzyskiej scenie jest z kolei kolorowo, zabawnie i pociesznie. Warto, myślę, zwrócić uwagę i zadbać, podczas następnych premier o jakość i wykonanie lalek i rekwizytów, elementów scenografii, wykonywanych przez miejscową pracownię. Bo nietrafionym pomysłom scenografa pomogło ich infantylne wykonanie.

W Lublinie baśń Andersena wyreżyserował młody absolwent wrocławskiej reżyserii – Przemek Jaszczak. Lubelska „Calineczka” dzieje się głównie w planie aktorskim (nie rozumiem sformułowania plan żywy. Czy istnieje plan martwy?). Adaptacji dokonała Magda Żarnecka. I o adaptację miałbym najwięcej pretensji oraz o kilka reżyserskich decyzji. Ale po kolei. W roli głównej wyróżnia się Gabriela Jaskuła. W zasadzie to dla niej warto wybrać się na to przedstawienie. Oraz, by podziwiać kostiumy zaprojektowane przez Adama Królikowskiego. Zachwyca ich kolorystyka: dopasowane tonacje, nietypowe, kontrastowe łączenia materiałów. To właśnie kostiumy, ich barwa i krój, skupiają uwagę dzieci i dorosłych, widzów przedstawienia. Suknia Calineczki, z naszytymi czerwonymi wzorami, czy imitujący czarną skórę kostium kreta, z długimi pazurami, doczepionymi do rąk, czy wreszcie absolutny hit: stroje żab, ze zszytych, łączonych ze sobą rombów, kwadratów, materiałów o różnej strukturze. Zaskakuje kapelusz ropuchy, z naklejonymi wyłupiastymi oczyma. Równie doskonały jest pomysł na sztywny pancerz kostiumu chrabąszcza.

Pośród artefaktów rozczarowuje liść na kółkach doczepiony do wózka, takiego, którym ciąga się w hurtowniach pomniejsze palety. Wyjątkowo niekorzystnie wygląda na tym poruszającym się niby liściu-wózku Calineczka. Kiczowata jest też lalka jaskółki, zaprojektowana, jak czytam w programie przez Magdę Bielecką. Niepasująca tu, rodem z objazdowych teatrzyków, występujących po szkolnych świetlicach, gabarytami przypomina pingwina.

Jak wspomniałem, w przedstawieniu prym wiedzie odtwarzająca tytułową rolę Gabriela Jaskuła. To ona kreuje całą akcję, posuwa ją do przodu, dynamizuje. To z nią każda niemal postać pragnie wziąć ślub. Jest jakieś dziwne, szaleńcze opętanie w tej baśni, zupełnie niewytłumaczone przez adaptatorkę i reżysera, by brać ślub, ubezwłasnowolnić bohaterkę, nie pytając jej o zdanie. Brakuje jasnego sygnału, że ślub już przestał być głównym marzeniem młodych dziewcząt. Inaczej, niż w wałbrzyskim spektaklu, tu ratują dziewczynkę elfy – dobra wróżka (Daniel Arbaczewski) pomaga jej wydostać się z kłopotów, w które popada. Przejmująca jest pieśń Calineczki, w której żegna się z przyrodą, by zejść do jamy kreta. Niezrozumiałe z kolei i chybione są decyzje reżysera, by na przykład rozmowę myszy z Calineczką prowadzić na podwyższeniu (a przecież wszystkie dzieci wiedzą, że mysz żyje w ziemi, nie na drzewach). Dziwi też szkolny błąd, by jednym spotem oświetlać w tańcu Calineczkę i mysz, oddalone od siebie o kilka kroków na proscenium. Światło pada to na jedną, to na drugą. Po co więc ten spot? Mógłbym jeszcze wymieniać inne niedbałości Jaszczaka. Sumując – to dobre przedstawienie, warte wybrania się do teatru, nie pozbawione jednak usterek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz